wtorek, 11 grudnia 2018

Weselne przeznaczenie / 2018


Znalezione obrazy dla zapytania Weselne przeznaczenie

Jestem najbardziej leniwym ze wszystkich stworzeń - gdybym miała futro porosłoby glonami jak u leniwców. Właśnie dlatego, mimo czytania ponad 50 książek rocznie i oglądania niezliczonej ilości filmów zamordowałam własny blog. Od czasu do czasu, gdy coś naprawdę mnie zainteresuje, napluję coś na stronce na Facebooku i rozsmaruję w kilku zdaniach. Czy to opinia? Raczej nie. Tym razem jednak uznałam, że naprawdę fajny film został okrutnie potraktowany. Mowa o tegorocznym weselnym przeznaczeniu z Winoną Ryder i Keanu Reevesem. 

Oczywiście do filmu przyciągnął mnie najwspanialszy, najprzystojniejszy, najseksowniejszy aktor wszechcasów czyli Keanu Reeves. Bałam się, że produkcja jest totalnym niewypałem: w końcu przeszła bez echa, a na filmwebie ma ocenę 5,2. Nieco ponad pięć gwiazdek! Plasowałoby ją to miedzy szmirą a miernotą. Okazuje się jednak, że to nie Keanu Reeves połaszczył się na gażę za totalny niewypał, ale po prostu film nie trafił w odpowiedni target.

Prawdopodobnie przez tytuł. "Weselne przeznaczenie" wskazuje na głupiutki filmik romantyczny, co nie idzie w parze z ciężkimi, niemalże filozoficznymi dialogami i trudnymi, depresyjnymi i cynicznymi bohaterami. 

Lindsay i Frank są poranionymi, ciężko doświadczonymi i zdziwaczałymi samotnikami, którzy spotkali się w drodze na wesele. Byłoby to idealnie cukierkowe rozpoczęcie typowego romantycznego filmidła gdyby nie fakt, że oboje nienawidzą pana młodego - zresztą jak całego świata. Nikt nie chce przebywać w ich otoczeniu, są więc skazani na siebie nawzajem przez kilka dni. Okazuje się, że weselej nienawidzieć świata razem niż osobno. 

To dla mnie najwspanialsze zaskoczenie od bardzo dawna. Film praktycznie bez akcji, fabuła oparta na fenomenalnych dialogach i zgorzkniałych, ironicznych bohaterach. Mimo, że na ekranie nie dzieje się praktycznie nic, półtorej godziny minęło w mgnieniu oka. 

Co za beznadziejne dialogi, nikt tak przecież nie rozmawia - komentują internauci. A ja pytam - czy ktokolwiek chciałby słuchać codziennych dialogów zwyczajnych ludzi półtorej godziny?

"Nie odczuwam przyjemności od 2006".

Jeśli cenicie przegadane kino (w dobrym tego słowa znaczeniu), gorąco polecam. Dla brudnopisa to twarde 7/10.

wtorek, 28 sierpnia 2018

W promieniach szczęścia / Agata Przybyłek, 2018

Zdecydowanie nie jest to godna reaktywacja bloga. 


Prawdopodobnie nie jest to żadna reaktywacja bloga, bo jestem leniwą bułą. 


Od ponad roku ograniczam swoją intelektualną aktywność do wstawiania na stronę na Facebooku kilku zdań na temat wyjątkowo dobrych książek, którymi chciałabym podzielić się z innymi. Żadnego z tych kilku zdań nie uznałam za godne, aby wstawiać tutaj. 


Ponieważ jednak dziś postanowiłam poszerzyć swoje horyzonty o zapoznanie się z zupełnie obcym mi gatunkiem literackim i poczułam się jakbym dostała pięścią w nos uznałam, że warto wspomnieć o tym nie tylko w opinii na lubimyczytać i na swoich Fan Page'ch na Facebooku, ale również tutaj. Tak więc na szybko...


Pierwszy raz w życiu sięgnęłam po wydaną polską powieść obyczajową. Zdarzało mi się już wcześniej wygłaszać niepochlebne opinie na temat wysyłanych przez znajome próbek, ale w głębi duszy wierzyłam, że "nieeee no, chyba AŻ takich rzeczy to nie wydają". Ehem... 3 na szynach i tylko dlatego, że nie jestem okrutna z natury. 


W bibliotece przejrzałam kilka nowych powieści kobiecych, przy większości nie dałam rady przebrnąć pierwszej strony. A to ktoś robił herbatę, a to uspokajał rozjuszone konie, a to inne bzdety. Wreszcie trafiłam na panią Przybyłek, która nie dała rady zniechęcić mnie od pierwszej strony. Niestety padłam po kilkudziesięciu kolejnych. 


Nie chodzi o styl, jest on całkiem znośny, choć mdły - niczego innego nie oczekiwałam. Przerażające jest natomiast podejście do czytelnika jak do kretyna: nastolatka znajduje w śmietniku niemowlę i... zostaje jego matką zastępczą! Tak, to przecież logiczne.


Nie jestem specjalistką od adopcji, ale z tego co mi wiadomo dzieci porzucone są w dramatycznej sytuacji prawnej. Jeśli więc obok dziecka nie leżało perfekcyjnie dopracowane zrzeczenie się praw rodzicielskich (co mało prawdopodobne) jest to bzdura nad bzdurami. 


Nad pomysłem, że sąd przyznałby opiekę nastolatce bez pracy, studiów i partnera spuśćmy zasłonę milczenia. Jeśli w dalszej części książki, której nie dałam rady doczytać, nie ma jakiegoś błyskotliwego wybrnięcia z tej sytuacji, a książka faktycznie dzieje się w Polsce XXI wieku, a nie na księżycu... oznacza to, że pani Agata nie ma szacunku dla inteligencji swoich czytelników. A to baaaardzo niedobrze, nawet gdy pisze się powieści dla kobiet.


Z jednej strony człowieka skręca gdy myśli o poziomie powieści, jakie są u nas wydawane, z drugiej jednak strony... to się czyta. Wydawca nie żyje z autorów dobrych, tylko z autorów czytanych. A ja codziennie po kilkadziesiąt razy słyszę w bibliotece prośbę o "coś polskiego proszę pani, może Kasię Michalak... tak żeby było lekko i przyjemnie, bo czytam jak spać nie mogę".


Drogie niewyspane pelikany. Obowiązuje zasada najmniejszego wysiłku - jeśli nie wymagacie od autora żeby się starał to tego nie zrobi. Research ograniczy do wypicia herbatki przed klawiaturą i napisania co mu się zdaje...że łykniecie.


niedziela, 26 listopada 2017

Czerwony rynek / Scott Carney, 2014

Czerwony rynek : na tropie handlarzy organów, złodziei kości, producentów krwi i porywaczy dzieci to niewątpliwie najbardziej przerażająca książka, jaką miałam w ręce od bardzo dawna. Tak przerażająca, że nie polecam jej osób o słabych nerwach i obrazowej wyobraźni. Mimo, że z niemal wszystkich opisanych przez Carneya procederów zdawałam sobie sprawę, przeczytanie książki tak dosadnej, a zarazem wyważonej, zawierającej zarówno dużo faktów jak i relacji naocznych świadków, bardzo obrazowej było niezwykle intensywnym przeżyciem. W ciągu trzech dni poświęconych tej książce nie byłam w stanie myśleć o niczym innym.

Wyobraź sobie świat, w którym cmentarze muszą być pilnowane, bo ludzkie kości wykorzystywane są bezprawnie do tworzenia pomocy dla studentów medycyny. W opuszczonych magazynach na odludziach pod sufitem zwisają suszące się ludzkie kręgosłupy. Wyobraź sobie świat, w którym kobieta jest warta tyle ile jej nerka - czyli marne grosze. Ta sama nerka na innym kontynencie będzie już warta fortunę. Wyobraź sobie świat, w którym sierocińce są przepełnione, ale na potrzebę zachodniego klienta porywa się dzieci ze szczęśliwych rodzin. Wyobraźcie sobie świat, w którym kobiety ryzykując życiem oddają swoje komórki jajowe, które po zapłodnieniu wszczepiane są kobietom po drugiej stronie świata, zamkniętych przez dziewięć miesięcy jak w więzieniu i poddawane przymusowemu zabiegowi cesarskiego cięcia. W końcu bogaty klient chce dostać swoje dziecko nie tylko odpowiedniej płci i koloru, ale również w konkretnym terminie. Świat, w którym narkomani zarażeni wirusem HIV oddają krew niezbędną do operacji, a inni składają ofiarę ze swojego ciała w świątyniach, które później sprzedają je za gigantyczne pieniądze na zachód. W końcu świat, w którym z bycia królikiem doświadczalnym czyni się zawód.

Jednym słowem świat, w którym w zależności od zasobności portfela jest się klientem, lub mięsem. 

A teraz należałby sobie uświadomić, że również należymy do tego świata, a co gorsze: nie można nic na to poradzić. Jak niemalże każdy aspekt ludzkiego życia, czerwony rynek również nie jest zagadnieniem z rodzaju czarno-białych. Autor w bardzo wyważony sposób zadaje pytanie, czy ludzkie ciało i to co wytwarza powinno podlegać zwykłym zasadom rynkowym i co można zrobić, aby ten rynek nie schodził do podziemi.

Jak dla mnie fascynująca i makabryczna lektura, z którą warto się zapoznać. 8/10 w skali Brudnopisa.

- Przyszłość to dzieci tworzone według określonego projektu (...) Matki zastępcze w Azji nosiłyby komórki jajowe superdawczyń z Ameryki, modelek z wysokim ilorazem inteligencji i dyplomami renomowanych uczelni (...) takie dzieci można by sprzedawać po milion dolarów za sztukę. 

wtorek, 31 października 2017

Tatami kontra krzesła / Rafał Tomański, 2017

O Japonii każdy z nas ma jakieś zdanie - każdy przecież kiedykolwiek coś o niej czytał lub oglądał. Dla jednych jest to cudowny i bajeczny świat dobrobytu: kwitnących wiśni, pięknych eleganckich gejsz, niezwykle niskiej przestępczości, pracowitości, honoru i oczywiście - technologii.

Dla innych to kraj samobójców, śmierci z przepracowania, automatów z używanymi majtkami nastolatek i zdziczałej pornografii.

Zainteresowanie młodych Polaków Japonią nie słabnie: wielu z nas uczy się języka, marzy o (niestety bardzo kosztownej) wycieczce do tego wyspiarskiego kraju, a w księgarniach znajdują się niewyobrażalne ilości japońskich komiksów dla młodzieży.

Nawet ja, mimo iż Japonia nie jest moim wymarzonym miejscem podróży, przeczytałam na jej temat kilka książek, obejrzałam kilkanaście filmów i zapoznałam się z niezliczoną ilością popularnonaukowych artykułów.

Tatami kontra krzesła to fantastyczna książka zarówno dla osób, które (podobnie do mnie) są laikami w kwestii kultury Japonii, jak i niezła rozrywka dla osób z nią obeznanych - ponieważ została po prostu dobrze napisana. Na tyle, że nie nudziłam się podczas odświeżania już dawno poznanych faktów. 

Rafał Tomański, co wcale mnie nie nobilituje, jest starszy ode mnie jedynie o 11 lat, a nie dość że dobrze pisze to jeszcze jest dziennikarzem, japonistą, zna się na technologiach, biznesie, jego książki są bestsellerami, jest lektorem bajek dla dzieci, obsługuje wielkie firmy, a nawet doradzał ministrowi [co można wyczytać na jego profilu autorskim na lubimyczytać]. Jednym słowem, takiemu brudnopisowi jak ja wypadałoby go znienawidzić. Najwyraźniej zafascynowała go nie tylko kultura Japonii, ale charakterystyczną dla tego narodu pracowitość postanowił wdrożyć w życie (chore!). 

Niemniej jednak postanowiłam wnieść się nieco powyżej (podobno charakterystycznej dla naszego narodu) zawiści i zazdrości i napisać, że tatami kontra krzesła dostarczyło mi dzisiejszego dnia bardzo dobrej i mądrej rozrywki.

Książka ta nie tylko zawiera bardzo dużo interesujących faktów podanych w przystępny i lekki sposób, ale autorowi udało się dokonać czegoś bardzo trudnego: pokazać dwoistość natury Japończyków, zarówno bez zachwalania jak i nadmiernego krytycyzmu. Autor pokazuje to, czego moglibyśmy się od Japończyków nauczyć, jak i to co robimy lepiej i dzięki czemu jesteśmy "zdrowsi". Z jednej strony zachwala piękno kraju i niezwykle wysoki poziom kultury, z drugiej strony nie wstydzi się pisać o tym, że młode Japonki nie zmieniają majtek. Jednym zdaniem: ta niespełna 300-stronicowa pozycja pokazuje bardzo ciekawe wycinki Japonii z jej blaskami i cieniami, dzięki czemu krytycy Japończyków mają okazję się nimi zachwycić, a ich wielbiciele odrobinę ochłonąć. 

Jeśli więc chcecie się dowiedzieć:
  • czemu Japończycy są coraz wyżsi, 
  • kiedy powstał pierwszy robot,
  • czemu Japonki chorują, gdy ich mężowie przechodzą na emeryturę,
  • jakie obrzydlistwa związane z nastolatkami można zakupić w japońskim sklepie,
  • skąd tak naprawdę wzięło się sushi,
  • co o cudzoziemcach myślą Japończycy,
  • dlaczego kobiety i mężczyźni jeżdżą w osobnych wagonach,
  • czy maszyny mają duszę,
  • czemu Japońskie telefony są brzydkie, a Japonki mają krzywe zęby
sięgnijcie koniecznie po książkę Rafała Tomańskiego.

Pierwsze wydanie ukazało się w 2011 roku, bardzo więc możliwe, że znajdziecie ją w swojej bibliotece. W skali od 1 do 10 tatami otrzymuje ode mnie 7 punktów

Niezamężna kobieta w Japonii już po dwudziestych piątych urodzinach
dostaje przydomek kurimasu keki, czyli bożonarodzeniowe ciasto.
Nazwa nawiązuje do tortu z truskawkami i bitą śmietaną, które bardzo krótko zachowuje świeżość. Jada się je przeważnie 25 grudnia - stąd też ukłon w stronę 25 roku życia młodej dla człowieka Zachodu, a zbyt starej już według Japończyków, kandydatki na żonę.