Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Brudnopis. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Brudnopis. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 17 listopada 2019

Mózg : Opowieść o nas / David Eagleman, 2018

Ciekawostkologia. 
To byłaby dziedzina nauki, którą uprawiałabym z największą przyjemnością. Może mogłabym zostać prawdziwym ekspertem w tej dziedzinie? Pomyślmy: interesuje mnie absolutnie każda wiedza, jeśli podana jest w sposób ciekawy i przystępny dla ciasnego móżdżku takiego humanisty jak ja. 

Uwielbiam wiedzę wszelaką: od religioznawstwa, poprzez medycynę i antropologię, aż po fizykę i astronomię. Czy to oznacza, że wiem dużo na jakikolwiek temat? Of course not! Jestem jak beztroski pasikonik, skaczący po różnych książkach i tematach, bez przerwy zachwycający się nową dziedziną wiedzy, o której istnieniu wcześniej nie miałam najmniejszego pojęcia. 

Tym razem moje oko ciekawostkologa natrafiło na Mózg - opowieść o nas. Czy czytałam już wiele na temat mózgu? Oczywiście. Czy Eagleman wniósł do mojego życia jakąś nową wiedzę? I TO JESZCZE JAK! 

Opowieść o nas czytamy z łatwością, jak przy kryminale czy babskiej powieści erotycznej. Lekkość pióra tego neurobiologa zachwyca. Może to zasługa tłumacza? Z całą pewnością książka nadaje się dla każdego - śmiało możemy ją podarować licealiście, w którym chcemy rozbudzić ciekawość. Jest tu wszystko: nieśmiertelność, roboty, eksperymenty naukowe, mordercze instynkty, przypadki ludzi o bardzo nietypowych mózgach. 

Czy można zeskanować ludzki mózg? Czy operacja plastyczna twarzy sprawi, że gorzej będziemy rozumieć innych ludzi (warte rozważenia, gdy chcemy się wygładzić tu czy tam). Czy człowiek może słyszeć plecami i widzieć językiem? Czy przynależność do danej grupy zmniejsza w nas automatycznie empatię w stosunku do przedstawicieli grupy obcej? Czy warto po śmierci zamrozić swoją głowę na przyszłość? Kogo warto przyjacielsko porazić prądem i czy skutki będą długotrwałe? 

Książka wydana przez Wydawnictwo Zysk i S-ka odpowiada na bardzo wiele pytań, a jeszcze więcej pytań zadaje. Z pewnością przeczytam jeszcze jakieś książki Eaglemana. Tą oceniam na 8/10 w skali brudnopisa. 

niedziela, 30 czerwca 2019

Klątwy, sekrety, skandale: historia Polski przez dziurę od klucza \ Stanisław Koper, 2019


Uwielbiam historię. Gdybym nie została bibliotekarką,
z pewnością byłabym historykiem. Wszystko co nas otacza jest ciekawsze z punktu widzenia historycznego. Medycyna? Bardzo interesująca, ale dla historii medycyny byłoby to słabe określenie. Geopolityka? Super, ale tylko jeśli uwzględni się zaszłości historyczne. A plotki? Cóż. Jestem stereotypową babą i uwielbiam sekrety i skandale. A najbardziej takie sprzed stuleci.

Sławomir Koper to autor, którego nikomu nie trzeba chyba przedstawiać. Wystarczy wejść do najbliższej biblioteki 
i poprosić o dziesięć kilogramów książek Kopera.
- Przepraszam, tak mi się usypało, może być piętnaście?

Jeśli lubisz lekkie pióro, fakty, a najlepszymi bohaterami książek są dla Ciebie postacie historyczne, odpowiedź może być tylko jedna.

Zaczynamy, jak to w podręcznikach bywa, od Piastów. Ich nałożnic, żon, rozterek związanych ze zmianą religii już w podręcznikach nie spotkamy. Przechodzimy gładko do tematu "męskich problemów", które w przypadku władców rzutowały na cały kraj. Odczarowujemy legendę Kazimierza Wielkiego, który może zostawił Polskę murowaną, ale prywatnie był niezłym gnojem. Ocieramy się o Krzyżaków i dowiadujemy co nieco o królowej Bonie. Mkniemy rozdział po rozdziale od najstarszej historii Polski, aż do czasów socjalistycznych. Towarzyszy nam dziwne odczucie, że chociaż czasy się zmieniają – ludzie nieszczególnie.

Wielką wartością książki jest smak, z którym została napisana. Opowiada o rzeczach kontrowersyjnych, ale bez wywlekania brudów i nadmiernie obrazowych opisów. Autor nie szuka sensacji ani w klątwach ani w sekretach, a skandale opisuje w elegancki sposób. Skupia się na konsekwencjach potknięć moralnych, a nie na ich przebiegu. Dzięki temu można ofiarować książkę w prezencie starej ciotce, albo młodszemu bratu i spać spokojnie. Sławomir Koper to nie Elwira Watała (której Seks w królewskich alkowach również polecam, ale tylko czytelnikom 18+). Podsumowując, ze Sławomirem Koprem warto nie tylko się zapoznać, ale również zaprzyjaźnić.


piątek, 8 marca 2019

Potępiony umysł / Sandra Feeser, 2016

Zastanawiałam się, czy napisać tak rozbudowaną opinię, ale ponieważ autorka jest polską debiutantką uznałam, że może przyda jej się bezstronna, pozbawiona hejtu opinia, która pomoże jej w dalszym rozwoju. Gdybym ja była autorką poszukiwałabym wszystkich opinii w internecie, najbardziej ciesząc się z konstruktywnej krytyki. Zdecydowanie Sandra Feeser ma spory potencjał, ale wiele pracy przed sobą. Potępiony umysł nie jest bowiem książką do końca spójną i kompletną.

Zaczynając od dobrych wieści: powieść czyta się niezwykle szybko dzięki bardzo prostemu, nieprzeintelektualizowanemu sposobowi narracji i wartkiej fabule. Akcja nawet na chwilę nie przestaje pędzić. Bohaterowie, przedstawieni głównie poprzez ich słabości nie pozostają czytelnikowi obojętni. Kto ma wzbudzać sympatię wzbudza ją, kto ma budzić niechęć budzi, postacie odrażające są doprawdy wstrętne. A to już wiele, jak na książkę debiutantki. Myślę, że jest w stanie dostarczyć dobrej rozrywki mniej wymagającym czytelnikom.

Teraz to co złe:

Mimo realistycznych, pozbawionych zadęcia dialogów i ciekawych opisów, postacie drugoplanowe są totalnie niewiarygodne. Mężczyzna uczestniczący w mordobiciu na wiejskiej potańcówce, ścigający się beemicą i biorący narkotyki, posiadający marny zasób słownictwa, po kilku stronach okazuje się zapalonym wielbicielem lokalnej historii i rzuca od niechcenia encyklopedycznymi faktami. Wyraźnie widać, że autorka stanęła w rozkroku między stworzeniem swojskich, a intelektualnie interesujących bohaterów. Dotyczy to zresztą większości bohaterów drugoplanowych, którzy raz mówią jak typowi ludzie bez studiów (a nawet matury), chwilę później opowiadając o czymś, jakby odczytywali informację z profesjonalnej strony internetowej. Osobie mało wrażliwej językowo zapewne nie będzie to przeszkadzać, dla mnie jest uderzające. 

"Policja nawet sugeruje, że może są wywożone za granicę, GDYŻ nie znaleźli jeszcze ich ciał" - macie  swoim  środowisku dużo młodych, imprezujących chłopaków, który używają spójnika gdyż w zdaniu wynikowym? 

Kolejnym grzechem debiutanta jest niewątpliwie łączenie wątków poprzez sny głównej bohaterki. Zazwyczaj w opowieściach młodych autorów ich bohaterowie mają prorocze sny, ewentualnie uciekają przed czymś przez las (wersja fantasy: jadą konno i pada deszcz). 

Kolejnym wątkiem jest policjant z zespołem Aspergera: bardzo kontrowersyjny pomysł. Nie jestem ekspertem, ale pracuję z osobą z tą dysfunkcją i wiem, jak trudna jest dla niej każda, nawet najmniejsza zmiana. Hałas, ruch, zmiana położenia rzeczy, które zazwyczaj znajdują się w stałym miejscu, powodują u niej napady niekontrolowanej złości i agresji. Jestem przekonana, że osoba z tą  zdiagnozowaną dysfunkcją nie miałaby szans na pracę w policji. Co innego, gdyby autorka nadała bohaterowi specyficzne cechy, pozostawiając jego schorzenie w ukryciu przed innymi bohaterami i w domyśle dla czytelnika.

Jednym zdaniem dostrzegam w autorce potencjał, myślę ze może jej się przydarzyć autorsko coś dobrego. Przede wszystkim musi znaleźć dobrego i krytycznego redaktora, który skutecznie odciągnie ją od banalnych rozwiązań. Książkę można polecić jedynie mniej oczytanym i młodym czytelnikom, którzy przymkną oko na piętrzące się nieścisłości. Warto byłoby również ostrzec na okładce, że jest to powieść z wątkami parapsychologicznymi: może być to wyjątkowo rozczarowujące dla wielbicieli klasycznych kryminałów, którzy z całą pewnością sięgną po tą powieść zachęceni tytułem i okładką. Osobiście miałam nadzieję, że zagadkowe sny Moniki opisane w blurbie zostaną wyjaśnione w sposób realistyczny. 

poniedziałek, 25 lutego 2019

Boży coaching. To Ci się opłaca. Jak Biblia może pomóc w terapii / Małgorzata Kornacka, 2019.

Gdybym miała nazwać tę książkę powiedziałabym, że to książka-ulga. Na każdy rozdział reagowałam głębokim westchnieniem: “oooo czyli nie jestem nienormalna, to najwyraźniej całkiem typowe pokręcone myśli”. Jest idealna dla osób, które dopiero rozpoczynają przygodę z poradnikami psychologicznymi. Na samym początku nie byłam do niej przekonana - oceniłam bowiem książkę po okładce.

Jestem najtwardszym z lingwistycznych konserwatystów, dlatego do samego słowa coaching w tytule mam niechęć. Kolejną kwestią budzącą moje wątpliwości jest samo zjawisko coachingu i to, jak wielu “specjalistów od niczego” prowadzi wykłady motywujące, na których głoszą jak mamy żyć, abyśmy wszyscy byli szczęśliwymi bogaczami. Wszak jak głosi Wikipedia coatching to:

“interaktywny proces rozwoju, poprzez metody związane z psychologią, realizowaniem procesu decyzyjnego do zaspokajania potrzeb, który pomaga pojedynczym osobom lub organizacjom w przyspieszeniu tempa rozwoju i polepszeniu efektów działania, osiągnięcia celu.” 

Nie jestem człowiekiem rozwoju - staram się nie degenerować i to póki co tyle. 

Postanowiłam dać książce szansę głównie ze względu na podtytuł: jak Biblia może pomóc w terapii. Odkąd zaznajomiłam się z wykładami prof. Petersona połączenie religii i psychologii interesuje mnie jeszcze bardziej. Uznałam również, że mądrego to i warto poczytać, a pani Małgorzata Kornacka jest psychologiem, psychoterapeutą poznawczo-behawioralnym i doradcą zawodowym. W swojej książce opisuje typowe codzienne sytuacje z którymi zmaga się każdy z nas i stara się dodać nam otuchy. Rozkłada na czynniki pierwsze nasze emocje i logicznym wywodem utwierdza nas w przekonaniu, że “Hej! Chyba widzisz, że w sumie nie ma się czego bać?”. Nie wiemy co jest za rogiem, ale to nie znaczy że to coś złego - przecież zmiany następują również na lepsze!

Kornacka pisze o natrętnych myślach, poczuciu własnej wartości, o emocjach i przebaczaniu, depresji, motywowaniu czy asertywności. Narracja płynie swobodnie, wesoło, jakby autorka po prostu rozmawiała z przyjacielem. 

Przedstawione przez autorkę koncepcje psychologiczne znam z innych, bardziej szczegółowych pozycji. Trzeba jednak przyznać, że wiedza w poradniku została bardzo dobrze usystematyzowana. Nie jest to książka dla osób bardzo mocno zainteresowanych psychologią. Z całą pewnością jednak będzie wspaniała dla kogoś, kto odczuwa w swoim życiu pewien dyskomfort i postanawia stanąć do walki o własne szczęście. Godna polecenia czytelnikom w każdym wieku.

wtorek, 28 sierpnia 2018

W promieniach szczęścia / Agata Przybyłek, 2018

Zdecydowanie nie jest to godna reaktywacja bloga. 


Prawdopodobnie nie jest to żadna reaktywacja bloga, bo jestem leniwą bułą. 


Od ponad roku ograniczam swoją intelektualną aktywność do wstawiania na stronę na Facebooku kilku zdań na temat wyjątkowo dobrych książek, którymi chciałabym podzielić się z innymi. Żadnego z tych kilku zdań nie uznałam za godne, aby wstawiać tutaj. 


Ponieważ jednak dziś postanowiłam poszerzyć swoje horyzonty o zapoznanie się z zupełnie obcym mi gatunkiem literackim i poczułam się jakbym dostała pięścią w nos uznałam, że warto wspomnieć o tym nie tylko w opinii na lubimyczytać i na swoich Fan Page'ch na Facebooku, ale również tutaj. Tak więc na szybko...


Pierwszy raz w życiu sięgnęłam po wydaną polską powieść obyczajową. Zdarzało mi się już wcześniej wygłaszać niepochlebne opinie na temat wysyłanych przez znajome próbek, ale w głębi duszy wierzyłam, że "nieeee no, chyba AŻ takich rzeczy to nie wydają". Ehem... 3 na szynach i tylko dlatego, że nie jestem okrutna z natury. 


W bibliotece przejrzałam kilka nowych powieści kobiecych, przy większości nie dałam rady przebrnąć pierwszej strony. A to ktoś robił herbatę, a to uspokajał rozjuszone konie, a to inne bzdety. Wreszcie trafiłam na panią Przybyłek, która nie dała rady zniechęcić mnie od pierwszej strony. Niestety padłam po kilkudziesięciu kolejnych. 


Nie chodzi o styl, jest on całkiem znośny, choć mdły - niczego innego nie oczekiwałam. Przerażające jest natomiast podejście do czytelnika jak do kretyna: nastolatka znajduje w śmietniku niemowlę i... zostaje jego matką zastępczą! Tak, to przecież logiczne.


Nie jestem specjalistką od adopcji, ale z tego co mi wiadomo dzieci porzucone są w dramatycznej sytuacji prawnej. Jeśli więc obok dziecka nie leżało perfekcyjnie dopracowane zrzeczenie się praw rodzicielskich (co mało prawdopodobne) jest to bzdura nad bzdurami. 


Nad pomysłem, że sąd przyznałby opiekę nastolatce bez pracy, studiów i partnera spuśćmy zasłonę milczenia. Jeśli w dalszej części książki, której nie dałam rady doczytać, nie ma jakiegoś błyskotliwego wybrnięcia z tej sytuacji, a książka faktycznie dzieje się w Polsce XXI wieku, a nie na księżycu... oznacza to, że pani Agata nie ma szacunku dla inteligencji swoich czytelników. A to baaaardzo niedobrze, nawet gdy pisze się powieści dla kobiet.


Z jednej strony człowieka skręca gdy myśli o poziomie powieści, jakie są u nas wydawane, z drugiej jednak strony... to się czyta. Wydawca nie żyje z autorów dobrych, tylko z autorów czytanych. A ja codziennie po kilkadziesiąt razy słyszę w bibliotece prośbę o "coś polskiego proszę pani, może Kasię Michalak... tak żeby było lekko i przyjemnie, bo czytam jak spać nie mogę".


Drogie niewyspane pelikany. Obowiązuje zasada najmniejszego wysiłku - jeśli nie wymagacie od autora żeby się starał to tego nie zrobi. Research ograniczy do wypicia herbatki przed klawiaturą i napisania co mu się zdaje...że łykniecie.


niedziela, 26 listopada 2017

Czerwony rynek / Scott Carney, 2014

Czerwony rynek : na tropie handlarzy organów, złodziei kości, producentów krwi i porywaczy dzieci to niewątpliwie najbardziej przerażająca książka, jaką miałam w ręce od bardzo dawna. Tak przerażająca, że nie polecam jej osób o słabych nerwach i obrazowej wyobraźni. Mimo, że z niemal wszystkich opisanych przez Carneya procederów zdawałam sobie sprawę, przeczytanie książki tak dosadnej, a zarazem wyważonej, zawierającej zarówno dużo faktów jak i relacji naocznych świadków, bardzo obrazowej było niezwykle intensywnym przeżyciem. W ciągu trzech dni poświęconych tej książce nie byłam w stanie myśleć o niczym innym.

Wyobraź sobie świat, w którym cmentarze muszą być pilnowane, bo ludzkie kości wykorzystywane są bezprawnie do tworzenia pomocy dla studentów medycyny. W opuszczonych magazynach na odludziach pod sufitem zwisają suszące się ludzkie kręgosłupy. Wyobraź sobie świat, w którym kobieta jest warta tyle ile jej nerka - czyli marne grosze. Ta sama nerka na innym kontynencie będzie już warta fortunę. Wyobraź sobie świat, w którym sierocińce są przepełnione, ale na potrzebę zachodniego klienta porywa się dzieci ze szczęśliwych rodzin. Wyobraźcie sobie świat, w którym kobiety ryzykując życiem oddają swoje komórki jajowe, które po zapłodnieniu wszczepiane są kobietom po drugiej stronie świata, zamkniętych przez dziewięć miesięcy jak w więzieniu i poddawane przymusowemu zabiegowi cesarskiego cięcia. W końcu bogaty klient chce dostać swoje dziecko nie tylko odpowiedniej płci i koloru, ale również w konkretnym terminie. Świat, w którym narkomani zarażeni wirusem HIV oddają krew niezbędną do operacji, a inni składają ofiarę ze swojego ciała w świątyniach, które później sprzedają je za gigantyczne pieniądze na zachód. W końcu świat, w którym z bycia królikiem doświadczalnym czyni się zawód.

Jednym słowem świat, w którym w zależności od zasobności portfela jest się klientem, lub mięsem. 

A teraz należałby sobie uświadomić, że również należymy do tego świata, a co gorsze: nie można nic na to poradzić. Jak niemalże każdy aspekt ludzkiego życia, czerwony rynek również nie jest zagadnieniem z rodzaju czarno-białych. Autor w bardzo wyważony sposób zadaje pytanie, czy ludzkie ciało i to co wytwarza powinno podlegać zwykłym zasadom rynkowym i co można zrobić, aby ten rynek nie schodził do podziemi.

Jak dla mnie fascynująca i makabryczna lektura, z którą warto się zapoznać. 8/10 w skali Brudnopisa.

- Przyszłość to dzieci tworzone według określonego projektu (...) Matki zastępcze w Azji nosiłyby komórki jajowe superdawczyń z Ameryki, modelek z wysokim ilorazem inteligencji i dyplomami renomowanych uczelni (...) takie dzieci można by sprzedawać po milion dolarów za sztukę. 

wtorek, 31 października 2017

Tatami kontra krzesła / Rafał Tomański, 2017

O Japonii każdy z nas ma jakieś zdanie - każdy przecież kiedykolwiek coś o niej czytał lub oglądał. Dla jednych jest to cudowny i bajeczny świat dobrobytu: kwitnących wiśni, pięknych eleganckich gejsz, niezwykle niskiej przestępczości, pracowitości, honoru i oczywiście - technologii.

Dla innych to kraj samobójców, śmierci z przepracowania, automatów z używanymi majtkami nastolatek i zdziczałej pornografii.

Zainteresowanie młodych Polaków Japonią nie słabnie: wielu z nas uczy się języka, marzy o (niestety bardzo kosztownej) wycieczce do tego wyspiarskiego kraju, a w księgarniach znajdują się niewyobrażalne ilości japońskich komiksów dla młodzieży.

Nawet ja, mimo iż Japonia nie jest moim wymarzonym miejscem podróży, przeczytałam na jej temat kilka książek, obejrzałam kilkanaście filmów i zapoznałam się z niezliczoną ilością popularnonaukowych artykułów.

Tatami kontra krzesła to fantastyczna książka zarówno dla osób, które (podobnie do mnie) są laikami w kwestii kultury Japonii, jak i niezła rozrywka dla osób z nią obeznanych - ponieważ została po prostu dobrze napisana. Na tyle, że nie nudziłam się podczas odświeżania już dawno poznanych faktów. 

Rafał Tomański, co wcale mnie nie nobilituje, jest starszy ode mnie jedynie o 11 lat, a nie dość że dobrze pisze to jeszcze jest dziennikarzem, japonistą, zna się na technologiach, biznesie, jego książki są bestsellerami, jest lektorem bajek dla dzieci, obsługuje wielkie firmy, a nawet doradzał ministrowi [co można wyczytać na jego profilu autorskim na lubimyczytać]. Jednym słowem, takiemu brudnopisowi jak ja wypadałoby go znienawidzić. Najwyraźniej zafascynowała go nie tylko kultura Japonii, ale charakterystyczną dla tego narodu pracowitość postanowił wdrożyć w życie (chore!). 

Niemniej jednak postanowiłam wnieść się nieco powyżej (podobno charakterystycznej dla naszego narodu) zawiści i zazdrości i napisać, że tatami kontra krzesła dostarczyło mi dzisiejszego dnia bardzo dobrej i mądrej rozrywki.

Książka ta nie tylko zawiera bardzo dużo interesujących faktów podanych w przystępny i lekki sposób, ale autorowi udało się dokonać czegoś bardzo trudnego: pokazać dwoistość natury Japończyków, zarówno bez zachwalania jak i nadmiernego krytycyzmu. Autor pokazuje to, czego moglibyśmy się od Japończyków nauczyć, jak i to co robimy lepiej i dzięki czemu jesteśmy "zdrowsi". Z jednej strony zachwala piękno kraju i niezwykle wysoki poziom kultury, z drugiej strony nie wstydzi się pisać o tym, że młode Japonki nie zmieniają majtek. Jednym zdaniem: ta niespełna 300-stronicowa pozycja pokazuje bardzo ciekawe wycinki Japonii z jej blaskami i cieniami, dzięki czemu krytycy Japończyków mają okazję się nimi zachwycić, a ich wielbiciele odrobinę ochłonąć. 

Jeśli więc chcecie się dowiedzieć:
  • czemu Japończycy są coraz wyżsi, 
  • kiedy powstał pierwszy robot,
  • czemu Japonki chorują, gdy ich mężowie przechodzą na emeryturę,
  • jakie obrzydlistwa związane z nastolatkami można zakupić w japońskim sklepie,
  • skąd tak naprawdę wzięło się sushi,
  • co o cudzoziemcach myślą Japończycy,
  • dlaczego kobiety i mężczyźni jeżdżą w osobnych wagonach,
  • czy maszyny mają duszę,
  • czemu Japońskie telefony są brzydkie, a Japonki mają krzywe zęby
sięgnijcie koniecznie po książkę Rafała Tomańskiego.

Pierwsze wydanie ukazało się w 2011 roku, bardzo więc możliwe, że znajdziecie ją w swojej bibliotece. W skali od 1 do 10 tatami otrzymuje ode mnie 7 punktów

Niezamężna kobieta w Japonii już po dwudziestych piątych urodzinach
dostaje przydomek kurimasu keki, czyli bożonarodzeniowe ciasto.
Nazwa nawiązuje do tortu z truskawkami i bitą śmietaną, które bardzo krótko zachowuje świeżość. Jada się je przeważnie 25 grudnia - stąd też ukłon w stronę 25 roku życia młodej dla człowieka Zachodu, a zbyt starej już według Japończyków, kandydatki na żonę. 

piątek, 27 października 2017

Poznam sympatycznego Boga / Eric Weiner, 2012 ORAZ Seks a religia / Dag Øistein Endsjø, 2011

Przez ostatnie pół roku przechodziłam prawdziwy czytelniczy kryzys związany ze zmianą życia o 180 stopni - nowe miasto, nowa praca, pisanie pracy magisterskiej i nawet nowy kot. Oczywiście, nie oznacza to, że nie czytałam, ale często były to książki niegodne polecenia, których nie dokończyłam albo zwyczajnie głupie. 

Jedną z wypożyczonych w celu zrecenzowania książką była Seks a religia. Od balu dziewic po święty seks homoseksualny Daga Øisteina Endsjø. Książka, która z góry wydawała się bardzo interesująca, okazała się wielką klapą. Jak można było się spodziewać po "norweskim religioznawcy, krytyku społecznym, publicyście i obrońcy praw człowieka" (za Wikipedią) autor skupił się głównie na przestawianiu tylko takich faktów religijnych, aby stworzyć obraz w którym chrześcijaństwo jest najbardziej agresywne pod względem seksualnym, a najbardziej tolerancyjny jest... islam. Religioznawcą nie jestem, ale coś tam wiem na temat manipulowania faktami w taki sposób, aby stworzyć tendencyjny obraz. Co ciekawe, obok chrześcijan najgorszymi dręczycielami kobiet (książka skupia się na obrazie religii jako narzędzi do ciemiężenia kobiet) są podobno buddyści. Tak więc tego. Nie dość, że napisana w dość sztywny i wyraźnie zarozumiały sposób, to
jest wyraźnie tendencyjna. Nie należę do osób religijnych, ledwo załapuję się do grupy wierzących, ale mając choć odrobinę szacunku dla religii jako idei nie da się przeczytać tej książki bez odrobiny odrazy. Nie ze względu na przedstawiane fakty, z którymi trudno dyskutować, ale ze względu na niezbyt elegancki sposób w jakie zostały przedstawiony (oczywiście, jak na norweskiego intelektualistę przystało) wszystko w bardzo subtelny sposób. 

Postanowiłam się jednak nie poddawać i sięgnęłam po kolejną książkę o religiach, tym razem wyraźnie tendencyjną w drugą stronę - Poznam Sympatycznego Boga. Jest to reportaż popularnego amerykańskiego dziennikarza, który w ramach walki ze swoją postępującą depresją postanawia odnaleźć swojego Boga. Jako osoba wierząca w jakąś wyższą siłę, ale nie przywiązana do żadnej konkretnej religii wyrusza w świat aby znaleźć taką, która go zachwyci. 

Drogę rozpoczyna od odwiedzenia sufich - dość liberalnego odłamu islamu, którego wiele myśli zostało uproszczonych, przemielonych przez kulturę zachodu i przejętych przez ruch New Age. Następnie rusza do buddystów, gdzie odwiedza duchowe siłownie, uczy się medytacji oraz wartości cierpienia i współczucia:

Skoro i ja, i inni
Jednako pragniemy szczęścia,
Co szczególnego jest we mnie?
Czemu domagam się szczęścia tylko dla siebie?

Wraca do własnego kraju i odwiedza część Nowego Jorku, do której nigdy wcześniej nie zaglądał - Bronx zwyczajnie go przerażał. Dla odwiedzenia zakonu franciszkanów jest jednak gotowy zaryzykować i ruszyć na pomoc potrzebujących. Zadziwia go niewdzięczność bezdomnych oraz niekończąca się cierpliwość i humor zakonników. 

Na chwilę porzuca poznawanie starych religii i rusza na spotkanie raelianizmu - stosunkowo nowej sekty, u której podstaw leży przekonanie, że życie na ziemi stworzyło UFO i że wymaga od nas jedynie przyjemności oraz dużej ilości bezpiecznego seksu. Religia jako usprawiedliwienie hedonizmu nie przemawia do poszukiwacza i rusza na spotkanie taoizmu - spotyka ludzi, którzy widzieli qi. Później poznaje wyznawców dość nowego ruchu, jakim jest wicca - czarownictwo. Wicca dopiero się kształtuje i wszystkie rytuały uważa za zabawę. W przedostatnim rozdziale poznajemy najstarsze wyznanie - szamanizm. Eric stara się odnaleźć swoje totemiczne zwierze i uznaje, że jest to świstak. Na samym końcu wraca do własnych żydowskich korzeni i poznaje na nowo kabałę

Poznam sypatycznego boga to z całą pewnością książka warta polecenia  - lekka, zabawna, mądra i bardzo pozytywna. Przedstawia dobry świat, co skutecznie leczy fobie wywołane oglądaniem telewizji i czytaniem wiadomości (zauważyliście, że zawsze są złe i przerażające?). Przedstawia również religie jako dobre i potrzebne, pomagające człowiekowi w udźwignięciu problemów codzienności i leczące z egoizmu (co już w ogóle w naszym nowoczesnym i "postępowym" świecie jest podejściem, za które niewątpliwie dostałby łupnia od panów pokroju Daga Øistein Endsjø). Wspaniała lektura na jesienne długie wieczory, oraz na prezent dla niemal każdego (no może z wyjątkiem wojujących postępowców). Podsumowując książka zasługuje z całą pewnością na 9/10 punktów w skali brudnopisa. 

poniedziałek, 23 stycznia 2017

Jak dawniej leczono, czyli plomby z mchu i inne historie / Nathan Belofsky, 2014

Nie da się ukryć, odkąd zawodowo zajmuję się przeglądaniem książek napotykam na taką ilość ciekawych pozycji, że zwyczajnie nie da się ich zliczyć. Do tego dochodzi nieproporcjonalność między listą "rzeczy do przeczytania", a posiadanym czasem i w wyniku łatwych wyliczeń matematycznych wychodzi nam... zastój na blogu. Od jakiegoś czasu zastanawiam się jeszcze nad kanałem na YT (coś w stylu: 10 rzeczy których dowiesz się z tej książki), ale pozostaje to w strefie marzeń (potrzebna by była do tego odpowiedniej jakości kamera, czysta ściana no i oczywiście... hm... aparycja). Postanowiłam więc wspomnieć Wam o książce, z której można by wyłuskać nie dziesięć, a sto ciekawych faktów. Jedynym warunkiem Waszego zaskoczenia, szoku i niedowierzania jest brak habilitacji z historii medycyny. 

Autor zaczyna ten swoisty zestaw ciekawostek medycznych i historycznych od dość kontrowersyjnej tezy: lekarze dopiero w XX wieku nauczyli się, jak pacjentom bardziej pomagać niż szkodzić. Osobiście uważam, że potrzebują do tego jeszcze wieeele czasu... Później jednak dzieje się coraz lepiej, ponieważ Belofsky funduje nam niezwykle intensywną (może zbyt krótką?) wycieczkę po historii medycyny: od Starożytnego Egiptu po XXI wiek. Po lekturze tej można dojść do wniosku, że medycyna posuwała się dość szybko do przodu, ale jedynie... w okrucieństwie. Czym innym bowiem jest nieświadomość istnienia zarazków, a kompletne ignorowanie ich istnienia z powodu niedbalstwa i źle pojętej dumy. Czym innym jest zalecanie lizania czaszki w nocy jako niezawodne panaceum na zgrzytanie zębami, a czym innym rutynowe wycinanie pacjentom jelita grubego, bo pan doktor uznał, że to "brudny i nikomu niepotrzebny organ". Czym innym było zalecanie stawania na węgorzu elektrycznym cierpiącym na podagrę, a czymś zupełnie odmiennym wkładanie pacjentom przez oko szpikulca do lodu, aby stali się potulnymi i prawymi obywatelami. Wszyscy z wyższością naśmiewamy się z naszych przodków żyjących w wiekach ciemnych i wierzących ślepo w zalecenia Kościoła, podczas gdy sami równie ślepo spoglądamy w stronę medyków, którzy - jak pokazuje historia - jeszcze do niedawna bardziej polegali na czuciu i wierze niż na szkiełku i oku. 
Weź po dwie uncje mchu porastającego czaszkę wystawioną na działanie pogody oraz ludzkiego tłuszczu, a także po pół uncji krwi ludzkiej ze zmumifikowanych zwłok. Zrób z tego maść i włóż do pojemnika. 
Nathan Belofsky, amerykański historyk medycyny w niezwykle ciekawy i nieprzeintelektualizowany sposób przeprowadza nas przez najbardziej mroczne zakątki naszej historii: publiczne operacje i sekcje zwłok, porywanie trupów do celów medycznych, nieuzasadnione niczym wyrywanie zębów. Pokazuje nam setki jak nie tysiące noworodków zmarłych w wyniku "pomagania w procesie ząbkowania", setki kobiet zmarłych w wyniku zakażeń poporodowych (wynikających z nie mycia rąk po wykonaniu sekcji zwłok, a przed przyjmowaniem porodu) czy ... zamykaniem w szpitalach psychiatrycznych naukowców znacząco wyprzedzających swoją epokę. 

W kartach i historiach choroby Freeman notował bez skrępowania, że wielu jego pacjentów funkcjonuje po leczeniu na poziomie "zwierząt domowych".

Jak dawniej leczono, czyli plomby z mchu i inne historie, 224 stronicowa, opatrzona dość obszerną bibliografią publikacja niewątpliwie należy do jednych z najciekawszych pozycji popularnonaukowych dotyczących medycyny, jaką do tej pory czytałam. NIE dla ludzi ze zbyt obrazową wyobraźnią. Dla mnie mocne 8\10 punktów.

Lallemand używał też sondy - cienkiego metalowego cylindra z kulką na końcu. Narzędzie to, pokryte żrącą substancją i wsunięte do kanału cewki moczowej, miało osłabić lub zniszczyć znajdujące się tam zakończenia nerwowe, które odpowiadały za rozwiązłość. Zabieg ten powodował "widoczne męczarnie" i doprowadził do paru zgonów, ale Lallemand uważał go za najskuteczniejszą metodę leczenia polucji. 


niedziela, 22 stycznia 2017

Obchody Chińskiego Nowego Roku, czyli czemu warto oglądać nowe rzeczy.

Nie będę ukrywać, że o Operze Pekińskiej wiem dokładnie tyle samo, co o regionalnych produktach Finlandii. No może przesadziłam, w końcu Operę Pekińską pokazują od czasu do czasu w jakimś lepszym filmie dokumentalnym, albo wspominają o niej w książkach reporterskich. Już na filmach przedstawienia te wyglądają malowniczo, są niezwykle dopracowane i - dla przeciętnego widza zachodniego - powalająco egzotyczne. To jednak nic w porównaniu z możliwością obejrzenia takiego spektaklu na żywo. 

Nie będę ukrywać, gdy dostałam bilet w dniu przedstawienia, w dodatku po 11 godzinach pracy nie specjalnie ucieszyła mnie perspektywa słuchania opery. Z jednej strony kultura Chin zawsze mnie intrygowała (tak jak 99 % innych rzeczy) z drugiej chciałam po prostu wrócić do domu, zawinąć się w koc i obejrzeć durnowaty serial Marvela. Zwyciężenie lenistwa było jednak niezwykle opłacalne - gdy tylko popłynęły pierwsze dźwięki muzyki dosłownie odpłynęłam. Nie było już zmęczenia, a jedynie niezwykle piękne, kolorowe widowisko. W dodatku nie trzeba było jechać na nie do Pekinu, a jedynie zainteresować się tym, co dzieje się w Krakowie! 

U zbiegu trzech dróg
Chińska muzyka i śpiew nie przypomina chyba w żaden sposób tego, do czego przywykliśmy jako Europejczycy, podejrzewam więc że może wywoływać mieszane uczucia. Jednego, nieprzywykłego do tego rodzaju widowisk odbiorcę autentycznie zachwyci, innego przyprawi o ból głowy. 

Ponieważ totalnie nie znam się na sztuce i kulturze Chin, nie jestem w stanie napisać profesjonalnej recenzji tego widowiska - jedynie tyle, że zostało ono wykonane perfekcyjnie. Jak nic od bardzo długiego czasu zachwyciła mnie płynność i lekkość ruchów aktorów oraz niezwykle dopracowane, piękne stroje. 

Niebianka rozsypuje kwiaty
 Pisząc tą krótką notatkę z wyjścia nie nazwałabym jej nigdy recenzją, ani nawet opinią na temat Opery Pekińskiej, a jedynie malutką próbą zachęcenia Was do próbowania nowych rzeczy. Często spotykam się z opinią moli książkowych, że im do szczęścia wystarcza jedynie dobra powieść, kocyk i herbatka, ale czy na pewno? Sama zazwyczaj mam to samo podejście, jednak za każdym razem gdy wypełzam spod kocyka jestem później bardzo zadowolona.

Może więc po lekturze na temat Chin warto wybrać się na jakąś chińską sztukę? Może po pochłonięciu powieści historycznej warto wdziać wyjściowy dresik i udać się na jakiś wykład otwarty na pobliską uczelnię? Albo zamiast oglądać filmy dokumentalne o fizyce egoistycznie zabrać dziecko na jakąś zabawę w stylu małego naukowca?

Zdecydowanie przystępuję do działania i idąc za ciosem kupiłam swojemu mężczyźnie w ramach prezentu walentynkowego bilet na balet moskiewski. Ciekawe, czy wyjdziemy z niego tak samo zachwyceni, jak ja po obejrzeniu Opery Pekińskiej. Podejrzewam jednak, że mężczyzna ma na to baaardzo duże szanse. W końcu w balecie nie brak... baletnic.



czwartek, 22 grudnia 2016

Bojowa pieśń tygrysicy / Amy Chua, 2011

Im dłużej myślę o zachodnich rodzicach, którzy lubią mówić o tym, co jest dobre dla dzieci, a co nie, nie jestem pewna, czy oni dokonują jakiegokolwiek wyboru. Po prostu robią to, co wszyscy. I niczego nie poddają w wątpliwość, co niby jest domeną Zachodu. Powtarzają tylko: "Trzeba dać dzieciom wolność, aby realizowały swoje pasje", chociaż wiadomo że tą "pasją" jest przesiadywanie na Facebooku i obrzydliwe, niezdrowe jedzenie.
To nie jest tak, że Brudnopis porzucił pisanie bloga na zawsze, albo nagle przestał czytać (teraz zastanawia się czy już nie za późno, czy ktokolwiek zobaczy tego błagającego o wyrozumiałość posta). Po prostu Brudnopis, jak przystało na mentalnego małego Azjatę uznał, że studiowanie dziennie i pisanie magisterki nie jest dla niego wystarczające. Uparł się więc, że pójdzie na cały etat do pracy, a gdy tylko pojawiła się możliwość zostawania po godzinach pierwszy zgłosił się na ochotnika.

Wstaje o 5ej. O 6.45 jako pierwszy pracownik swojego działu melduje się w bibliotece i odbiera klucz do pokoju.
Teleportuje się na uczelnię, w międzyczasie jedząc drugie śniadanie.
Wraca do pracy.
Zdaje klucz o 20.50 jako jeden z ostatnich pracowników. 
Czynność powtórzyć.
Oczywiście również w soboty, z tą różnicą, że ochrona wygania go już o 16ej.

Tu drobna uwaga do panów : musicie się jednak zdecydować czy chcecie kobietę piękną czy pracowitą. Jedno z dwóch, bo z niedoboru snu i kiepskiego żarcia człowiekowi robi się mięso mielone z twarzy. Ta zależność nie dotyka chyba jedynie bohaterek filmowych i Azjatek.

 Jednym zdaniem Brudnopis był z siebie dumny, póki nie przeczytał Bojowej Pieśni Tygrysicy. Teraz znów czuje się jak pozbawiona talentu i energii życiowej leniwa buła. Książka ta to wspomnienia matki, żony, prawniczki, ale przede wszystkim Chinki odstającej pod wieloma względami od swojego środowiska ludzi zachodu.

Amy Chua jest despotyczną matką. Krzyczy, wyrzuca dzieci z domu na mróz, nie pozwala im sypiać u koleżanek, nie pozwala na zbytki, nieustannie krytykuje. Zmusza je do codziennej pracy nad sobą. Oczekuje, że czego się nie dotkną będą bezkonkurencyjne. 

Chua to córka chińskich imigrantów, najstarsza z czterech sióstr inteligenckiej rodziny. Pisze naukowe artykuły, książki oraz jest profesorem Yale Law School. Jej mąż, amerykański Żyd również jest cenionym w środowisku prawnikiem. Nie oznacza to jednak, że kariera zawodowa jest dla Amy Chua najważniejsza. Jej główna życiowa misja, której poświęca niemal wszystkie pieniądze i każdą wolną chwilę jest jedna: być prawdziwą, chińską matką. Co oczywiście nie jest łatwe pośród tych wszystkich zachodnich rodziców, którymi wyraźnie gardzi. 

A kiedy dzieciom coś nie wychodzi, zamiast dokręcić śrubę, zachodni rodzice najchętniej podaliby do sądu cały świat!

Zachodni rodzice dają swoim dzieciom wolność wyboru zainteresowań, co sprowadza się prędzej czy później do siedzenia na Facebooku i picia z kolegami. Zachodni rodzice nie każą dzieciom uczyć się kilkuletnim dzieciom po dziesięć godzin dziennie, odpuszczają im naukę, gdy są chore lub na wakacjach. Zachwycają się nad każdą wykonaną przez dziecko czynnością, nad każdym postępem. Chińska matka ma dużo trudniejsze zadanie. Chińska matka w kraju zachodu musi ukrywać się ze swoimi metodami wychowawczymi. Nie może powiedzieć innym rodzicom, że spektakularne sukcesy jej dzieci nie wynikają jedynie z wrodzonego talentu, ale godzin kłótni, litrów potu czy wbijania zębów w fortepian. To całe dnie wypełnione nieustanną pracą i frustracją, myślą że czyni się dla swoich dzieci wszystko co najlepsze, a ona mogą za to znienawidzić. Chińska matka musi nauczyć swoje dzieci bezwzględnej pokory wobec rodziców, szacunku wobec starszych i poszanowania tradycji. Jak to jednak zrobić w Ameryce?

rodzina Amy Chua, źródło: oficjalna strona autorki
Nie będę ukrywać, po przeczytaniu wspomnień Amy Chua nie myślimy o niej ciepło. Wręcz przeciwnie. Matka dwóch odnoszących niebywałe sukcesy córek człowiekowi zachodu jawi się jako potwór. Patologiczna matka w eleganckiej garsonce. O takich jak ona mówi się na zachodzie, że cierpi na przerost ambicji i jest despotką. O takich rodzicach zwykło się mawiać, że mają dzieci tylko po to, żeby móc je tresować i się nimi chwalić. Dla chińskiej matki nie byłyby to zarzuty. 

Gdy Bojowa pieśń tygrysicy została wydana, wywołała naprawdę wiele kontrowersji. Choć minęło od tamtego czasu wiele lat pamiętam doskonale jak wielu rodziców było oburzonych jej słowami i nie mogło pogodzić się z metodami wychowawczymi Chua; jakby zupełnie nie dostrzegając różnicy kultur świata wschodu i zachodu, o których autorka nieustannie przypomina. W Ameryce dzieci uczą się grać na instrumencie przez tyle minut, ile mają lat. W Chinach kilkulatkowie potrafią ćwiczyć nawet po dziesięć godzin dziennie. W porównaniu z innymi Chinkami autorka wspomnień była prawdziwą luzaczką. Książka może nas do czegoś zainspirować albo niebywale oburzyć, ale na pewno jest godna przeczytania. Brudnopis ocenia ją na 7/10 punktów

P.S. Brudnopis nie ma dzieci, bo nie miałby czasu ich sobie zrobić, chyba że w niedzielę między 18.10 a 18.13. Jeśli jednak będzie je miał postara się zapamiętać, że prawdopodobnie jeszcze żadne nie umarło od niesienia własnej walizki.

czwartek, 29 września 2016

Mały światek Don Camillo i jego trzódka / Giovannino Guareschi, 1948

- Panie Jezu, na świecie jest za dużo rzeczy nie w porządku.
- Nie sądzę - odpowiedział Chrystus. - Na świecie tylko ludzie są nie w porządku. Cała reszta funkcjonuje bez zarzutu.

Tym krótkim dialogiem rozpoczęłam swoją przygodę z przeuroczymi opowiadaniami Guareschiego i już wiedziałam, że będzie to przepyszna lektura. Do niczego nie mam chyba tak dobrego nosa jak do książek, a zwłaszcza już tych starszych, z zamierzchłych czasów gdy autorzy dbali o narrację i smak tego co pisali, a nie tylko o pędzącą na łeb na szyję akcję. 

Uwielbiam książki, których autorzy nie czuli się w obowiązku konkurować z filmami rodem z Hollywood, a wręcz przeciwnie - wiedzieli, że odpowiednio poprowadzona książka może ofiarować odbiorcy dużo więcej niż odrobinkę kolorowego zapomnienia. Muszę przyznać, że od bardzo dawna nie czytałam niczego tak pogodnego jak dziełko wąsatego Włocha i od dawna nic nie potrafiło mnie tak rozbawić, rozczulić i momentami nawet wzruszyć. 

Zdecydowanie warto sprawdzić, czy pokładający ufność w Bogu i w pięści wiejski proboszcz zawitał do Waszej biblioteki i czy przypadnie Wam do gustu tak jak mi.

Giovannino Oliviero Giuseppe Guareschi urodził się w 1908 roku, a zmarł w 1968. Był włoski pisarzem, dziennikarzem i satyrykiem, jedynym ojcem pokochanego przeze mnie Don Camilla, którego przygody nawet zekranizowano (pierwszy raz w 1952 roku). Niesforną postać niepoprawnego, zaangażowanego politycznie księdza, umieścił w wiejskim probostwie nad rzeką Pad wśród rozrabiaków, bogaczy i komunistów.

Historia Don Camilla to nieustanny spór z panoszącymi się na wsi komunistami, ale również - gdy zachodziła taka potrzeba - zawierania z nimi paktów o nieagresję, a nawet wzajemna pomoc.

Don Camillo, rubaszny postawny ksiądz o wielkiej pasji do polowań i równie wielkim sercu, jest w stanie zrobić wszystko, aby uratować dusze swoich niesfornych owieczek. Nawet, jeśli trzeba w tym celu od czasu do czasu przetrzepać komuś skórę. Jego największy przeciwnik Peppon - wójt gminy, komunista i antyklerykał równie wiele chce czynić dla uciskanych przez Watykan i bogaczy proletariuszy. Czasem, mimo wzajemnej niechęci muszą stawać po tej samej stronie barykady; tak że czytelnik nie wie nigdy, czy są wrogami czy też najlepszymi przyjaciółmi.

I tak się właśnie powoli żyje na tej małej, włoskiej wsi, gdzie nieustannie zdarzają się małe cuda, a proboszcz codziennie dyskutuje z ukrzyżowanym Chrystusem. Książka zdecydowanie nadaje się dla wszystkich, którzy lubią dobrze napisane obyczajówki oraz posiadają choć szczątkową wiedzę historyczną. Ode mnie dostaje 8/10 punktów za ten mądry, wrażliwy rodzaj humoru, który tak rzadko spotyka się w dzisiejszych książkach.

Po odprawieniu porannej mszy podbiegł do Pepona i znalazł go w warsztacie. Ten, ledwo go ujrzał, wykrzywił się jak ktoś, kogo chwyta nagle potworny ból zębów.
- Peppone - powiedział don Camillo - nie przydałby ci się czołg?
Peppone spojrzał na niego ponuro.
- Jeśli jest ciężki, a ksiądz stanie nieruchomo to i owszem.


poniedziałek, 19 września 2016

Bridget Jones's Baby / Sharon Maguire, 2016

Bridget Jones to jedna z tych komedii romantycznych, które oglądają nawet bohaterki komedii romantycznych. Nic w tym dziwnego - nawet taka zimna kobieta jak ja widziała ją jedynie jakieś kilkanaście razy, dwójkę darząc niemal takim samym uwielbieniem. W Bridget mamy bowiem wszystko to, czego pragniemy, a do czego wstydzimy się przyznać: nieidealną kobietę popełniającą wpadki i dwóch idealnych mężczyzn, którzy za nią szaleją. Formuła ta sprawdziła się w 100% w poprzednich częściach, więc czemu teraz twórcy mieliby z niej zrezygnować?

Dlatego, że jej okrutna matka, Helen Fielding popełniła tak straszną trzecią część książki, że absolutnie nikt nie chciałby oglądać jej adaptacji?

Nonsens. Wystarczy zupełnie nie odwoływać się do nieudanych książkowych pomysłów!

Dlatego, że aktorzy są już... hm... mocno dojrzali i wpadki w stylu dawnej Bridget mogłyby być nieco niesmaczne?

Nonsens.
Podwójny, zwłaszcza że pan Darcy z roku na rok jest coraz piękniejszy (czego nie można powiedzieć o
Danielu Cleaverze, którego na całe szczęście wymieniono na nową, świeżą postać milionera i specjalisty od miłości Jacka Qwanta). Bridget natomiast, choć zmieniona, bardziej inteligentna, dojrzała i seksowna, nadal jest tą samą nieradzącą sobie w sprawach miłości zagubioną dziewczynką. 

Do tego dodajmy kilka ról pobocznych zagranych przez wyśmienitych aktorów, naprawdę zabawne dialogi i udane żarty sytuacyjne, a wychodzi nam komedia na której ze śmiechu trzęsie się sala kinowa (i słychać przy tym wyraźnie męskie, grube głosy). 

Po raz trzeci spotykamy Bridget, gdy jej życie ponownie się nie układa: siedzi samotnie na kanapie, świętując urodziny. Samotnie. Wszyscy jej dawni przyjaciele pozakładali rodziny i nie mają już dla niej czasu, a tylko jej się nie układa. Nic w tym dziwnego - nadal nie wyleczyła się do końca z miłości do Marka Darcego, z którym - wbrew wszelkim oczekiwaniom - jednak nie wzięła ślubu i nie urodziła mu gromadki dzieci. Nie podejrzewa jednak, że jej życie do góry nogami moga wywrócić dwie ekologiczne, przyjazne delfinom... prezerwatywy.

Więcej nie zdradzę, powiem tylko jedno: do kina iść warto, a nawet trzeba. Film zachowuje idealne proporcje między komedią, a romansem. Sceny zabawne przeplatają się z poważnymi i ckliwymi w odpowiednich momentach - widzowie na przemian wybuchają śmiechem i milkną oczarowani. Niektórzy nawet wycierają po kryjomu oczka w husteczkę. Wspaniałą wiadomością dla wszystkich fanów angielskiego kina jest grająca charakterną panią doktor Emma Thompson, a dla wszystkich fanów angielskiej muzyki - grający samego siebie pewien uroczy rudzielec. 

Bridget Jones 3 dostaje od Brudnopisa 9/10 punktów. Brudnopis zamierza obejrzeć ją jeszcze raz.

I jeszcze raz...

I jeszcze...

Zapomniałabym jeszcze dodać coś niezwykle istotnego dla piękniejszej części publiczności:

Ach, panie Darcy!





wtorek, 16 sierpnia 2016

Sausage Party / Conrad Vernon ; Greg Tiernan, 2016

Nie będę ukrywać, że z Sausage Party wiązałam bardzo duże nadzieje: zaraz po powrocie z Pragi (płatne toalety w muzeach to najbardziej zaskakująca rzecz, jaką widziałam w Czechach) pobiegłam do kina. Niestety, okazało się, że nadzieje okazały się płonne: mamy w tej animacji kilka naprawdę mocnych, politycznie niepoprawnych kawałków, nie jest to jednak tak fantastyczny film na jaki się zapowiadała. Wszystko co najlepsze widzieliśmy już w zwiastunie. Reszta to kompilacja humoru jaki znamy z bardzo wielu komedii. Tyle że zamiast ludzi mamy do czynienia z jedzeniem. Tylko tyle i aż tyle, bo sam pomysł był fantastyczny - można jedynie ponarzekać na wykonanie.

Głównych bohaterów poznajemy podczas otwarcia supermarketu: wszystkie produkty cieszą się na myśl, że zaraz pojawią się w nim bogowie, one zostaną wybrane i przekroczą drzwi marketu, za którymi czeka ich kraina szczęśliwości: w której nic nie ulega przeterminowaniu i nikt nie jest wyrzucany do kosza. Niespodziewany kataklizm skłania jednak głównych bohaterów do poszukiwania prawdy na temat tego, co czeka za drzwiami marketu i kim w ogóle są. Okrutna prawda mobilizuje pana Parówkę i jego cudną, seksowną Bułeczkę do stoczenia nierównej walki z bogami. A gdzieś za sklepową półką czai się rządny zemsty żel intymny... 

No i cudnie, no i wspaniale! Zwłaszcza jeśli dodamy do tego fantastycznie kolorowe, bardzo udane animacje i świetnych podkładających głos aktorów. Szkoda tylko, że to wszystko co miało być w animacji Hardkorowe ogranicza się tylko do przekleństw i jednej, końcowej sceny... reszta to tylko naśmiewanie się z różnych kultur, religii i różnic które mamy przecież w wielu komediach i nie są one bynajmniej 18+. Możliwe więc, że albo Brudnopis jest już na to wszystko uodporniony, albo film mógłby być spokojnie 16+, a grożenie czego to tam nie będzie strasznego i tylko dla dorosłych było po prostu chwytliwym marketingiem. Dla mnie kiełbaski to całkiem udany film do jednokrotnego obejrzenia w domowym zaciszu. Dupy jednak nie urywa i dostaje ode mnie 6/10 punktów. Przy niejednej animacji dla dzieci bardziej się uśmiałam.



środa, 10 sierpnia 2016

Fetysz mózgu / Kinga Korska, 2016

Czuję się odrobinę nieswojo, komentując tę pozycję. Rzadko recenzuję polskie książki, jeszcze rzadziej powieści pisane przez kobiety, a tym razem jest to w dodatku komiks - od których jakoś z reguły trzymałam się do tej pory z daleka. Ponieważ jednak miałam dziś wolną godzinkę, a Fetysz leżał obok mnie i kusił intrygującym tytułem i okładką (i to aż w dwóch wersjach językowych!) postanowiłam zajrzeć. Konsekwencją tego jest chęć ostrzeżenia Was przed tą powieścią graficzną. Przeczytanie jej bowiem za darmo jest całkiem w porządku, zapłacenie jednak kilkudziesięciu złotych za tą wątpliwą przyjemność już z pewnością nie. Zresztą takie odczucia mam przy bardzo wielu książkach: jeśli są wypożyczone z biblioteki i poświęcacie na nie tylko czas, trudno: nie spodoba Wam się to odłożycie na bok i żadnej straty nie będzie. Gorzej, jeśli skuszeni jakimś marketingowym chwytem zapłacicie za nią kupę kasy, a później czytacie z poczucia obowiązku. Właśnie przed tym chcę Was ustrzec z kilku powodów:
  • Na świecie jest tyle fantastycznych rzeczy, na które można wydać kasę, że aż szkoda ją marnować!
  • Odwiedzających tego bloga jest tak żałośnie mało, że czuję się osobiście odpowiedzialna za Wasze czytelnicze dobro :D
  • Rysunki i opisy na okładce są na tyle ciekawe, że łatwo wyjść z założenia że będzie to coś ciekawego, jeśli nie ma się możliwości zajrzenia do środka. Głupio byłoby więc kupić ten komiks komuś w prezencie, a potem się za niego wstydzić. 

Wydawca zapewnia nas, że jest to błyskotliwa, wciągająca i poryszająca psychologiczna powieść graficzna na 5gwiazdek. Ja wiem, marketing i te sprawy, ale żeby aż tak kłamać? W opisie komiksu możemy przeczytać:
Często zapominamy, że kobiety, obok cycków, mają również mózg. Co więcej, są też takie, które - podobnie jak autorka - nie wahają się go używać. To pierwsza powieść graficzna na rynku wymagająca zaangażowania, która prowokuje do zabawy intelektualnej, użycia nie tylko zmysłu wzroku, ale i czegoś więcej, by w pełni uruchomić mózg czytelnika - tak, by stał się rownież jego fetyszem.


przykładowa odkrywcza myśl
No i pięknie! Liczyłam, że będzie to naprawdę błyskotliwa powieść graficzna, oparta na odkryciach psychologów, która otworzy przede mną jakiś nowy świat. Nie jestem jakąś wielką fanką autorek takich jak chociażby Katarzyna Miller, ale lubię sobie czasem przeczytać niezobowiązująco i zabawnie o rzeczach poważnych. A czy może być w naszym życiu coś ważniejszego niż miłość i związki? Tym większe było moje rozczarowanie debiutem pani Kingi Korskiej, który nie zachwyca od strony graficznej, ale przede wszystkim treścią. Dostajemy bowiem garść porad i faktów, które można znaleźć w chyba każdym krótkim artykuliku o psychologii i związkach, obleczone w 183 strony truizmów w stylu Paulo Coelho. Pani Kinga przedstawia nam bowiem "swoje starsze alter ego", dojrzałą matkę zbliżającą się do trzydziestej rocznicy ślubu, która tłumaczy swojej nieco bezczelnej córce zasady udanego pożycia małżeńskiego.

Sama koncepcja bardzo fajna, ale to co dowiadujemy się z ust głównej bohaterki to dokładnie te same złote mądrości, jakie za darmo można usłyszeć w telewizjach śniadaniowych. Dodałabym do tego jeszcze, że wszystkie żarciki są dość seksistowskie - mężczyźni przy kobietach wypadają w niej bowiem jak u Bennego Hilla. Z tym, że gdy to kobieta robi z facetów gorszą, brzydszą i niedomyślną płeć wypada to dużo mniej śmiesznie niż w moim ulubionym show z dzieciństwa.

Do tego pani Kinga dodała odrobinę wylgaryzmów i prymitywnych dowcipów i to mieliśmy chyba odebrać jako zapawiadaną przez autorkę "ironię". Niestety, najwyraźniej brudnopisom ironia jest całkowicie obca.

O matko... Brudnopis trochę się wyżywa i jest to nieładne, baaaardzo rzadko tak źle oceniam czyjąś ciężką pracę. Nie wątpię bowiem, że pani Kinga bardzo się naprawcowała przy tworzeniu. Po prostu podejrzewam, że pozwolono jej zadebiutować zbyt wcześnie, zanim uświadomiła sobie dokładnie co chce czytelnikowi tak naprawdę przekazać. Tym bardziej zastanawia mnie fenomen tej pozycji, która została wydana w dwóch wersjach językowych i jest dość energicznie promowana. Wydawnictwo nazywa się vorto, czytelnik sam oceni czy worto było, czy nie worto :)

Niestety, z mojej recenzji mogą wynikać jedynie trzy wnioski:
  1. jest to dość kiepska pozycja,
  2. w ogóle się nie znam!
  3. takie marudy jak ja, same hobbistycznie interesujące się psychologią (jak chyba wszyscy mający problemy emocjonalne) nie są targetem tej książki. 

Niezależnie jednak od powodów Fetysz oceniam na 3/10, jednocześnie nie "przekreślając" autorki na zawsze: z tego co można bowiem o niej poczytać jest wszechstronną artystką, która może nas jeszcze zaskoczyć. Aby potwierdzić tę tezę dodam, że niektóre obrazeczki były całkiem udane:


wtorek, 9 sierpnia 2016

Extensa / Jacek Dukaj, 2002

Przyznam niechętnie, że dość długo zastanawiałam się, czy napisać recenzję Extensy. Nie jestem osobą dobrze zaznajomioną z science fiction i bałam się, że przerośnie ona mój mały, przywykły do fantasy móżdżek. Biorąc pod uwagę fakt, że do powieści Dukaja podchodziłam już dwukrotnie i żadna nie przypadła mi do gustu (ładnych kilka lat temu, kiedy byłam zdecydowanie mniej wyrobionym czytelnikiem, więc może teraz do nich powrócę) sięgnięcie po Extensę było już sporym wyzwaniem. Natomiast samo przeczytanie to już czysta przyjemność.

Kojarzycie pewnie dobrze ten "zabieg" stosowany przez wszystkich niedoświadczonych autorów fantastyki: poświęcają oni z reguły cały pierwszy rozdział, aby opowiedzieć czytelnikowi wszystko o świecie przedstawionym. Wydaje im się, że to fair, skoro jest to później potrzebne do zrozumienia fabuły. To chyba najbardziej drażniący ze wszystkich podstawowych błędów, na widok którego mam ochotę krzyczeć: nie opowiadaj mi tego, tylko mi to pokaż

Na szczeście autorowi tej nominowanej do Nagrody im. Janusza A. Zajdla powieści jest to "zabieg" całkowicie obcy. Z marszu zostajemy bowiem wrzuceni do całkiem nowego, zadziwiającego świata, w którym absolutnie nic nie jest dla nas zrozumiałe i musimy go powoli zgłębiać, jak badacze odległego lądu. Od razu ostrzegę jednak wszystkich niecierpliwych czytelników, którzy lubią proste sytuacje: w tej powieści wiele wątków jest zupełnie niezrozumiałych prawie do samego końca. 

Trafiamy do Zielonego Kraju, gdzie towarzyszymy dorastającemu chłopcu w jego ciężkim życiu na ranczu. Mimo iż jego rodzina zajmuje się hodowlą koni, żyje bez telewizorów i komputerów, w czasach w których nawet lekkie urazy mogą skończyć się śmiercią, znajdujemy się w bardzo odległej przyszłości. Sam Zielony Kraj jest bowiem dawną Grenlandią, enklawą pośród rozpadającego się wszechświata, na którą raz po raz spadają kolejne ciosy: a to grad diamentów, a to napad potwornych zwierząt, a to błąkające się po świecie, nielubiane przez nikogo duchy. 

W dodatku Oni na przemian grożą unicestwieniem Zielonego Kraju albo kuszą obietnicami wiecznego, zdrowego i pozbawionego wszelkich trosk życia. Oni, ta niezrozumiała nikomu zupełnie obca cywilizacja, posunięta w rozwoju tak dalece, że w niczym nieprzypominająca ludzi i zwierząt. Pozbawiona indywidualności, emocji i ciał, ceniąca jedynie szeroko pojętą informację, potrafiąca zachwycać się jedynie bogactwem kosmosu, technologii i matematyki. 

Nasz narrator i zarazem główny bohater, dorasta w podtrzymującej tradycje rodzinie, jak każdy ceni sobie czas spędzany z siostrą, zakochuje się, przeżywa tragedie rodzinne i rozmyśla nad sensem istnienia. Jest więc typowym bohaterem powieści obyczajowej, z tą różnicą, że przychodzi mu żyć w niezwykłym świecie i zmuszany jest do dokonywania niezwykłych wyborów. W tym prymitywnym, niepewnym świecie poznaje on starego astronoma, mistrza zapomnianej przez wszystkich nauki i za jej pomocą przybliża się niebezpiecznie do ich świata. Jednocześnie nabywa umiejętność, jakiej pozazdrościli by mu wszyscy współcześni astronomowie: połączył się z kosmosem na poziomie biologicznym, czuje strach ginących gwiazd i fizycznie odczuwa obecność planet.

W tej niezwykłej powieści Dukaja zagadnienia naukowe (jak chociażby tzw. paradoks Einsteina-Rosena-Podolskiego), problematyka towarzysząca od zawsze literaturze science fiction (jak np. wpływ technologii na rozwój człowieka) splecione zostały z typowymi wątkami literatury obyczajowej - miłością, przyjaźnią, trudem dorastania i młodzieńczymi fascynacjami. 

W trakcie czytania Extensy mamy okazję zastanowić się nad kierunkiem rozwoju technologii, a co za tym idzie również ludzkości, jej ceny. W którym momencie można by mówić o końcu człowieczeństwa i jak mocno należy walczyć o zachowanie własnej kultury i odrębności. Niewątpliwą zaletą tej powieści jest fakt, że każdy czytelnik po jej przeczytaniu będzie mógł zadać sobie zupełnie inne, najbliższe jego sercu pytania. Extensie nie można w żaden sposób zarzucić braku głębi, nieprzemyślanego świata czy fabuły, ale przede wszystkim - kiepskiego wykonania. Język Dukaja jest bowiem równie precyzyjny co technologia przedstawionych przez niego obcych.

Extensa dostaje ode mnie 8/10 punktów. Myślę, że zdecydowanie jest to powieść, od której można rozpocząć swoją przygodę z Dukajem, choć może niekoniecznie z science-fiction. 

czwartek, 14 lipca 2016

Bliźnięta z lodu / Tremayne S.K, 2015.

Od kiedy pracuję w bibliotece przeglądam dziesiątki książek dziennie i zapisuję sobie tytuły, które chętnie wypożyczę sobie na później i do których (najprawdopodobniej) nigdy więcej nie zajrzę ze względu na totalny brak czasu. Blog zaniedbałam prawie równie mocno jak relacje towarzyskie i szafę. 

Dość jednak tego! 

Dziś chcę Wam polecić książkę wydaną jeszcze w tamtym roku, która (nie wiedzieć czemu) przeszła jakoś bez echa. A przynajmniej ja ją jakoś przegapiłam. Nieco ponad dwa i pół tysiąca czytelników, jakich zyskała na portalu Lubimy Czytać jest zupełnie niesprawiedliwa w porównaniu chociażby z pięciokrotnie większą ilością czytelników Dziewczyny z pociągu, która mnie osobiście mocno rozczarowała. To, jak mało popularne są Bliźnięta z lodu jest niezwykle niesprawiedliwe: są bowiem idealną rozrywką na dwa, a może nawet trzy spokojne wieczory. Odradzam je jednak każdemu, kto ceni sobie zawrotną, przerażającą akcję. Sean Thomas, ukrywający się pod pseudonimem Tremayne S.K wprowadza nas bowiem w świat, w którym najbardziej przerażającymi są nasze własne, drobne grzeszki, nieszczerość i niedopowiedzenia. Codzienne drobiazgi, które w każdej chwili mogą doprowadzić do tragedii. Akcja przebiega powoli, od zdarzenia do zdarzenia, momentalnie wydaje się nawet bezcelowa. Można nawet odnieść wrażenie, że autor miał pomysł na sam początek i koniec opowieści, a później po prostu chce nas bezpiecznie doprowadzić do finiszu. Nie oznacza to jednak, że należy tę książkę wykreślić z listy swoich potencjalnych lektur. 

Sarah Moorcoft poznajemy, gdy przeprowadza się z mężem i córeczką na maleńką szkocką wysepkę. Ucieczka z Londynu do odziedziczonego po babci domku, ma być ratunkiem na ich problemy finansowe, ale przede wszystkim - rozpaczliwą próbą rozpoczęcia życia od nowa. Sarah, Angus i Kirstie są pogrążeni w żałobie. Doświadczyli olbrzymiej, niewyobrażalnej dla nikogo straty: małżeństwo straciło jedną z córek. Mała Kirstie jest jednak w jeszcze najgorszej sytuacji: straciła siostrę bliźniaczkę - Lydię. Dziewczynki były tak do siebie podobne, że nikt nie był w stanie ich odróżnić. W momencie, w którym osamotniona bliźniaczka oświadcza, że tak naprawdę jest Lydią, a rodzice popełnili po prostu przerażającą pomyłkę, zaczyna się prawdziwa opowieść. Prawda miesza się z fantazją, strach z urojeniami, podejrzenia z brakiem szczerości i niedopowiedzeniami, a tajemnice okazują się niezwykle niebezpieczne. Nawet najmniejsi członkowie rodziny mają bowiem swoje. 

Bliźnięta z lodu nie są zdecydowanie perłą literatury, ale zwykłą, nieco przewidywalną opowieścią, idealną do przeczytania przed snem lub w pociągu. Nie jestem specjalistką od thrillerów psychologicznych, ale ten wydaje się całkiem udany. Zdecydowanie jest to powieść, którą bardzo szybko i z przyjemnością się czyta i równie lekko się o niej zapomina. Czy jednak zawsze musimy czytać coś wartego zapamiętania? Bliźnięta dostają od Brudnopisa 6/10, głównie za lekkość pióra.

Dodaję zdjęcie, bo cóż może być ciekawszego i przyjemniejszego niż widok kwiatów i książek? Może ktoś się pokusi chociaż, aby skomentować moją brudną ścianę i pojawi się na tym blogu jakiś ruch :D


sobota, 25 czerwca 2016

Przepiórki w płatkach róży : powieść w zeszytach na każdy miesiąc, przepisy kucharskie, historie miłosne, tudzież porady domowe zawierająca \ Laura Esquivel, 1989

Jedną z największych zalet pracy w bibliotece jest to, że w przeciwieństwie do księgarni, można z niej za darmo wynosić książki w gigantycznych ilościach i to zupełnie bezkarnie. Pracowniczy limit wypożyczeń, 20 egzemplarzy na raz, zupełnie zawładnął brudnopisim rozumkiem. Zwłaszcza, że wokół mnie kręci się teraz tylu fantastycznie oczytanych ludzi, którzy mogą mi coś polecić! 

Taką właśnie książką z polecenia są Przepiórki, po które z racji, że z reguły nie przepadam za literaturą kobiecą, zapewne sama z siebie bym nie sięgnęła. I stałoby się niewątpliwie bardzo źle! 

Ta opublikowana w oryginale w 1989 książka zawładnęła mną na cały długi wieczór. Wydawana w Polsce kilkakrotnie, ostatni raz w 2013 roku przez Znak, oczarowała mnie nietypową narracją, barwnymi opisami i ... przepisami kulinarnymi nie z tego świata. Trzeba przyznać, że meksykańskie porady kulinarne rodem z początku dwudziestego wieku wydają się współczesnemu człowiekowi nieco nietypowe. Pikanterii dodaje fakt, że książka nosi znamiona realizmu magicznego, a więc czytelnik nie może być nigdy pewien co pochodzi ze świata magii, a co z meksykańskiej rzeczywistości. 

Titę poznajemy w wieku piętnastu lat, gdy przeżywa prawdziwy dramat : ukochany mężczyzna prosi o jej rękę, a matka odrzuca prośbę ze względu na długą rodzinną tradycję - najmłodsza córka ma zostać z matką i opiekować się nią aż do śmierci. Matka, postać która najbardziej zapadła mi w pamięć, bohater bardzo niejednoznaczny, ale przede wszystkim pozbawiony jakikolwiek macierzyńskich uczuć, proponuje młodemu Pedro ślub z jedną ze swoich starszych córek. 

Niewątpliwie, jeśli chodzi o rozbijanie, rozdzielanie, rozczłonkowywanie, rozszarpywanie, rozcinanie, rozprawianie się i rozłączanie dzieci z matkami, Mama Elena była mistrzynią.

Chłopak, zakochany bez pamięci w Ticie przystaje na to, aby przynajmniej w ten sposób mógł przebywać blisko niej. Pozbawiona prawa do godnej przyszłości dziewczyna jedyne szczęście odnajduje w kuchni. Gotując dla całej rodziny przelewa w potrawy wszystkie swe uczucia.
Ten jego wzrok! Szła do stołu z tacą pełną ciasteczek pieczonych na samych żółtkach, kiedy poczuła go na sobie; był gorący i palił jej skórę. Obróciła głowię i oczy ich się spotkały. W tym momencie zrozumiała doskonale, co musi czuć ciasto na pączki, kiedy wrzuca się je do rozgrzanego tłuszczu.
A gdy Tita gotuje, dzieją się rzeczy doprawdy niezwykłe. Subtelna magia przepełnia życie dziewczyny, która powoli odnajduje się w nowej roli. Smak potraw miesza się w tej książce z zapachem pożądania, a przepełnione bólem dialogi z barwnymi opisami i humorystyczną narracją. Czytelniczkom, zwłaszcza tym uwielbiającym jedzenie i romans, niczego w tej powieści nie zabraknie. 

Zapewne zaintrygował Was podtytuł. Powieść składa się z dwunastu rozdziałów, przy czym każdy rozpoczyna się od przepisu, wplecionego w fabułę. Przepysznie, prawda?

Książka, popularna w wielu krajach, doczekała się w 1992 ekranizacji. Osobiście nie widziałam, ale z pewnością w najbliższym czasie obejrzę.
Ciekawostką znalezioną w Wikipedii jest znaczenie oryginalnego tytułu: w dosłownym tłumaczeniu znaczy on jak woda na czekoladę. W języku hiszpańskim idiom działać na kogoś jak woda na czekoladę oznacza wywoływać w kimś silne pobudzenie czy wręcz pożądanie.Jak to bywa jednak z wieloma tytułami, ten okazał się nie do przełożenia na język polski. 

Przepiórki w płatkach róży, jako przepyszny romans kulinarny, który dostarczył mi wiele przyjemności wczoraj wieczorem, dostaje ode mnie 7/10 punktów.