Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantastyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantastyka. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 9 sierpnia 2016

Extensa / Jacek Dukaj, 2002

Przyznam niechętnie, że dość długo zastanawiałam się, czy napisać recenzję Extensy. Nie jestem osobą dobrze zaznajomioną z science fiction i bałam się, że przerośnie ona mój mały, przywykły do fantasy móżdżek. Biorąc pod uwagę fakt, że do powieści Dukaja podchodziłam już dwukrotnie i żadna nie przypadła mi do gustu (ładnych kilka lat temu, kiedy byłam zdecydowanie mniej wyrobionym czytelnikiem, więc może teraz do nich powrócę) sięgnięcie po Extensę było już sporym wyzwaniem. Natomiast samo przeczytanie to już czysta przyjemność.

Kojarzycie pewnie dobrze ten "zabieg" stosowany przez wszystkich niedoświadczonych autorów fantastyki: poświęcają oni z reguły cały pierwszy rozdział, aby opowiedzieć czytelnikowi wszystko o świecie przedstawionym. Wydaje im się, że to fair, skoro jest to później potrzebne do zrozumienia fabuły. To chyba najbardziej drażniący ze wszystkich podstawowych błędów, na widok którego mam ochotę krzyczeć: nie opowiadaj mi tego, tylko mi to pokaż! 

Na szczeście autorowi tej nominowanej do Nagrody im. Janusza A. Zajdla powieści jest to "zabieg" całkowicie obcy. Z marszu zostajemy bowiem wrzuceni do całkiem nowego, zadziwiającego świata, w którym absolutnie nic nie jest dla nas zrozumiałe i musimy go powoli zgłębiać, jak badacze odległego lądu. Od razu ostrzegę jednak wszystkich niecierpliwych czytelników, którzy lubią proste sytuacje: w tej powieści wiele wątków jest zupełnie niezrozumiałych prawie do samego końca. 

Trafiamy do Zielonego Kraju, gdzie towarzyszymy dorastającemu chłopcu w jego ciężkim życiu na ranczu. Mimo iż jego rodzina zajmuje się hodowlą koni, żyje bez telewizorów i komputerów, w czasach w których nawet lekkie urazy mogą skończyć się śmiercią, znajdujemy się w bardzo odległej przyszłości. Sam Zielony Kraj jest bowiem dawną Grenlandią, enklawą pośród rozpadającego się wszechświata, na którą raz po raz spadają kolejne ciosy: a to grad diamentów, a to napad potwornych zwierząt, a to błąkające się po świecie, nielubiane przez nikogo duchy. 

W dodatku Oni na przemian grożą unicestwieniem Zielonego Kraju albo kuszą obietnicami wiecznego, zdrowego i pozbawionego wszelkich trosk życia. Oni, ta niezrozumiała nikomu zupełnie obca cywilizacja, posunięta w rozwoju tak dalece, że w niczym nieprzypominająca ludzi i zwierząt. Pozbawiona indywidualności, emocji i ciał, ceniąca jedynie szeroko pojętą informację, potrafiąca zachwycać się jedynie bogactwem kosmosu, technologii i matematyki. 

Nasz narrator i zarazem główny bohater, dorasta w podtrzymującej tradycje rodzinie, jak każdy ceni sobie czas spędzany z siostrą, zakochuje się, przeżywa tragedie rodzinne i rozmyśla nad sensem istnienia. Jest więc typowym bohaterem powieści obyczajowej, z tą różnicą, że przychodzi mu żyć w niezwykłym świecie i zmuszany jest do dokonywania niezwykłych wyborów. W tym prymitywnym, niepewnym świecie poznaje on starego astronoma, mistrza zapomnianej przez wszystkich nauki i za jej pomocą przybliża się niebezpiecznie do ich świata. Jednocześnie nabywa umiejętność, jakiej pozazdrościli by mu wszyscy współcześni astronomowie: połączył się z kosmosem na poziomie biologicznym, czuje strach ginących gwiazd i fizycznie odczuwa obecność planet.

W tej niezwykłej powieści Dukaja zagadnienia naukowe (jak chociażby tzw. paradoks Einsteina-Rosena-Podolskiego), problematyka towarzysząca od zawsze literaturze science fiction (jak np. wpływ technologii na rozwój człowieka) splecione zostały z typowymi wątkami literatury obyczajowej - miłością, przyjaźnią, trudem dorastania i młodzieńczymi fascynacjami. 

W trakcie czytania Extensy mamy okazję zastanowić się nad kierunkiem rozwoju technologii, a co za tym idzie również ludzkości, jej ceny. W którym momencie można by mówić o końcu człowieczeństwa i jak mocno należy walczyć o zachowanie własnej kultury i odrębności. Niewątpliwą zaletą tej powieści jest fakt, że każdy czytelnik po jej przeczytaniu będzie mógł zadać sobie zupełnie inne, najbliższe jego sercu pytania. Extensie nie można w żaden sposób zarzucić braku głębi, nieprzemyślanego świata czy fabuły, ale przede wszystkim - kiepskiego wykonania. Język Dukaja jest bowiem równie precyzyjny co technologia przedstawionych przez niego obcych.

Extensa dostaje ode mnie 8/10 punktów. Myślę, że zdecydowanie jest to powieść, od której można rozpocząć swoją przygodę z Dukajem, choć może niekoniecznie z science-fiction. 

sobota, 25 czerwca 2016

Przepiórki w płatkach róży : powieść w zeszytach na każdy miesiąc, przepisy kucharskie, historie miłosne, tudzież porady domowe zawierająca \ Laura Esquivel, 1989

Jedną z największych zalet pracy w bibliotece jest to, że w przeciwieństwie do księgarni, można z niej za darmo wynosić książki w gigantycznych ilościach i to zupełnie bezkarnie. Pracowniczy limit wypożyczeń, 20 egzemplarzy na raz, zupełnie zawładnął brudnopisim rozumkiem. Zwłaszcza, że wokół mnie kręci się teraz tylu fantastycznie oczytanych ludzi, którzy mogą mi coś polecić! 

Taką właśnie książką z polecenia są Przepiórki, po które z racji, że z reguły nie przepadam za literaturą kobiecą, zapewne sama z siebie bym nie sięgnęła. I stałoby się niewątpliwie bardzo źle! 

Ta opublikowana w oryginale w 1989 książka zawładnęła mną na cały długi wieczór. Wydawana w Polsce kilkakrotnie, ostatni raz w 2013 roku przez Znak, oczarowała mnie nietypową narracją, barwnymi opisami i ... przepisami kulinarnymi nie z tego świata. Trzeba przyznać, że meksykańskie porady kulinarne rodem z początku dwudziestego wieku wydają się współczesnemu człowiekowi nieco nietypowe. Pikanterii dodaje fakt, że książka nosi znamiona realizmu magicznego, a więc czytelnik nie może być nigdy pewien co pochodzi ze świata magii, a co z meksykańskiej rzeczywistości. 

Titę poznajemy w wieku piętnastu lat, gdy przeżywa prawdziwy dramat : ukochany mężczyzna prosi o jej rękę, a matka odrzuca prośbę ze względu na długą rodzinną tradycję - najmłodsza córka ma zostać z matką i opiekować się nią aż do śmierci. Matka, postać która najbardziej zapadła mi w pamięć, bohater bardzo niejednoznaczny, ale przede wszystkim pozbawiony jakikolwiek macierzyńskich uczuć, proponuje młodemu Pedro ślub z jedną ze swoich starszych córek. 

Niewątpliwie, jeśli chodzi o rozbijanie, rozdzielanie, rozczłonkowywanie, rozszarpywanie, rozcinanie, rozprawianie się i rozłączanie dzieci z matkami, Mama Elena była mistrzynią.

Chłopak, zakochany bez pamięci w Ticie przystaje na to, aby przynajmniej w ten sposób mógł przebywać blisko niej. Pozbawiona prawa do godnej przyszłości dziewczyna jedyne szczęście odnajduje w kuchni. Gotując dla całej rodziny przelewa w potrawy wszystkie swe uczucia.
Ten jego wzrok! Szła do stołu z tacą pełną ciasteczek pieczonych na samych żółtkach, kiedy poczuła go na sobie; był gorący i palił jej skórę. Obróciła głowię i oczy ich się spotkały. W tym momencie zrozumiała doskonale, co musi czuć ciasto na pączki, kiedy wrzuca się je do rozgrzanego tłuszczu.
A gdy Tita gotuje, dzieją się rzeczy doprawdy niezwykłe. Subtelna magia przepełnia życie dziewczyny, która powoli odnajduje się w nowej roli. Smak potraw miesza się w tej książce z zapachem pożądania, a przepełnione bólem dialogi z barwnymi opisami i humorystyczną narracją. Czytelniczkom, zwłaszcza tym uwielbiającym jedzenie i romans, niczego w tej powieści nie zabraknie. 

Zapewne zaintrygował Was podtytuł. Powieść składa się z dwunastu rozdziałów, przy czym każdy rozpoczyna się od przepisu, wplecionego w fabułę. Przepysznie, prawda?

Książka, popularna w wielu krajach, doczekała się w 1992 ekranizacji. Osobiście nie widziałam, ale z pewnością w najbliższym czasie obejrzę.
Ciekawostką znalezioną w Wikipedii jest znaczenie oryginalnego tytułu: w dosłownym tłumaczeniu znaczy on jak woda na czekoladę. W języku hiszpańskim idiom działać na kogoś jak woda na czekoladę oznacza wywoływać w kimś silne pobudzenie czy wręcz pożądanie.Jak to bywa jednak z wieloma tytułami, ten okazał się nie do przełożenia na język polski. 

Przepiórki w płatkach róży, jako przepyszny romans kulinarny, który dostarczył mi wiele przyjemności wczoraj wieczorem, dostaje ode mnie 7/10 punktów.

poniedziałek, 20 czerwca 2016

Warcraft: Początek \ Duncan Jones, 2016

Taaaa... wiem, że wszyscy którzy mieli iść na ten film do kina już dawno poszli - w końcu od polskiej premiery minęło aż 10 dni,
a jedna z sieci kin dodawała podobno grę w gratisie do biletów (taka ciekawostka dla wszystkich, których zdziwiło jak jej ceny spadły na Allegro). Nie dla Was jednak, słodkie grające nerdy, jest ta recenzja. Jest ona dla wszystkich tych, którzy na film się nie wybierają, wychodząc (z zazwyczaj słusznego założenia), że ekranizacje gier to wysokobudżetowe, denne spartaczone dziadostwa. Od każdej reguły są jednak wyjątki i oto ja, Brudnopis, który nienawidzi przyznawać się do błędów, muszę stwierdzić: Warcraft to kawał dobrej rozrywki dla fanów lekkiego fantasy. 

Na początku poznajemy sympatycznych, ale dość prymitywnych Orków, którzy wybierają się przez magiczny portal na podbój nowego, żyznego świata. Ich, zniszczony przez złą magię nie nadaje się już do życia. Przez chwilę myślimy sobie OK, w takim razie będę team Orkowie. Aż do momentu, gdy poznajemy ich przyszłych przeciwników: żyjących we wspaniałej pokojowej krainie ludzi. Po której stronie się opowiemy i czy w ogóle będziemy musieli wybrać jakąkolwiek stronę?

Mamy dobrą magię, mamy złą magię, mamy elfy, mamy orków, mamy krasnoludy. Mamy politycznie poprawną miłość ponad podziałami (i ponad kłami... fuj!). Mamy mnóstwo trupów. Mamy sceny walk i nieco komiksową stylizację. Mamy patetyczne, miejscami aż do śmieszności dialogi. W końcu, mamy tak słodkiego króla, że moglibyśmy go zmielić i dodawać do porannej kawki. A to wszystko skąpane w zielono-niebieskiej poświacie wyczesanych zaklęć i niewyobrażalnie świecących się zbroi. I jak tu taki dzieciak jak ja, mógłby nie wyjść z filmu zadowolony?

Mój facet mówił o pójściu na Warcrafta od jakiegoś pół roku. Jako, że jak chyba każda stereotypowa kobieta gamera, nienawidzę wszystkiego co związane z grami, przez cały ten czas planowałam:

a) spanie cichaczem na filmie,
b) złapanie jakiegoś choróbska dzięki któremu luby obejrzy to po prostu z kolegami,
c) obrzydzenie mu tematu tak bardzo, żeby mu się odechciało,
d) kupienie takiej ilości słodkich kwiecistych sukieneczek i bucików, żeby po prostu NIE BYŁO GO STAĆ na bilety do kina,
e) szantaż emocjonalny w stylu tupnięcia nóżką i stwierdzenia "ja mam iść na takie cuś, a ty na komedie romantyczne nie chcesz nigdy!".

A teraz biję się w pierś przyznając do błędu. Z filmu bowiem wyszłam chyba bardziej zadowolona niż mój towarzysz. W pewnym momencie nawet łezka zakręciła mi się w oku, spoglądam na mężczyznę obok żeby sprawdzić czy aby tego nie zauważył, a on pociera oczęta jakby był naprawdę wzruszony. Czego ja jednak, głupia baba się spodziewałam... mężczyźnie po prostu wypadła soczewka. To, że jest bez serca niejednokrotnie udowodnił brakiem wzruszenia na filmach w stylu Rozważna i Romantyczna.

Dziewczyny, tam jest Gryf! Rozumiecie?! Gryf! I magiczna biblioteka i świecące na niebiesko jeziorko i...i... i! I Travis Fimmel, który ma 36 lat, dwoje pięknych niebieskich oczu, lśniącą zbroję i zadziorny charakterek. 


W dodatku większość lasek w filmie wygląda tak:


Śmiało więc możecie iść do kina bez makijażu :) 
Podsumowując, to nie jest Władca Pierścieni, ale czyż cokolwiek mogłoby się mierzyć z Władcą? Hobbit to też nie jest, ale na pewno nie jest to również czas stracony. Śmiało możecie się w ostateczności zgodzić na pójście na tego cholernego Warcrafta, dobrze się bawić i naciągnąć swego towarzysza na popcorn i dużą kolę. Jednorazową rozrywkę z oglądania oceniam na 7/10 punktów.
I jeszcze jedno: niech zginą twórcy dubbingu! Tylko napisy!

sobota, 27 lutego 2016

Victor Frankenstein / Paul McGuigan, 2015

Ostatnio wzięło mnie na filmy - zamiast rutynowo wieczorem przeczytać stroniczkę, dwie albo pięćdziesiąt, chłonę kolorowe obrazki. Przedwczoraj obejrzałam głośną Zjawę z L. DiCaprio, która oczywiście bardzo mi się spodobała, ale nie zamierzam się o niej rozpisywać. O tym filmie powiedziano już bardzo dużo dobrych słów (ach, jaki reżyser, ach jacy aktorzy, ach jaka historia!) chyba wszędzie gdzie było to tylko możliwe i na pewno czytaliście już na jego temat sporo opinii. Mnie osobiście, jak w każdym filmie o tej tematyce najbardziej cieszyło jak indianie mordowali białasów... ot, taka słabość. Oczywiście, ktoś mądry może zarzucić mi brak wrażliwości artystycznej itp. itd. myślę jednak, że wbrew wszelkim zachwytom Zjawa to po prostu dobry film - i nic ponad to.

Wczoraj natomiast obejrzałam Victora Frankensteina i zastanawiałam się później nie mogąc zasnąć, czemu ja o tym filmie nic nie słyszałam! Jest przecież piękny jak mała owieczka! Podejrzewam, że wszystko przez to, że gdy się pojawił na świecie, trwałam w euforycznym stanie pomiędzy Marsjaninem a Gwiezdnymi Wojnami i totalnie zamknęłam się na wszystkie inne (po)twory kina. Później okazało się w dodatku, że w Polsce miał być dopiero... w kwietniu 2016roku! Czyli później, niż za granicą ukazał się na Blu-ray! Teraz z kolei pojawiła się informacja, że w ogóle go nie będzie (o matko! Chyba dystrybutorzy zorientowali się, że czekanie z polską premierą pół roku jest bez sensu) i od razu pójdzie w zapomnienie na sklepowe półki, zamiast pokazać swoje piękne obrazeczki w odpowiedniej, kinowej oprawie.

Będąc pod ogromnym wrażeniem tego komercyjnego, energicznego majstersztyka zajrzałam na chyba najpopularniejszy polski portal filmowy i zgłupiałam. Film, któremu udało się mnie porwać na całe dwie godziny (godzina 50 min. filmu i 10 minut niekłamanego zachwytu) dostał ocenę 5,8/10, a według oficjalnego recenzenta temat został przewałkowany do bólu, a twórcy i autorzy się nie popisali. No way! Najwyraźniej Brudnopis ma zły gust filmowy! Na szczęście, Wy również może macie kiepski i moja recenzja zachęci Was do przyszykowania gigantycznej michy popcornu i dobrej zabawy. Bo od kiedy kino musi być nowatorskie i głębokie, żebyśmy dobrze spędzili wieczór? 

Przepis na udany film:
  • Bierzemy kochany przez wszystkich temat : Frankenstein nadaje się znakomicie!
  • Piszemy naprawdę dynamiczny, pełen dobrych dialogów scenariusz.
  • Zatrudniamy reżysera od serialowego Sherlocka (2010 -), co akurat w filmie naprawdę bardzo mocno czuć.
  • Pomiędzy nieustannie przyśpieszającą akcję wplatamy niezbyt głębokie dylematy moralne w rodzaju "Bóg czy nauka".
  • W głównych rolach obsadzamy Fauna z Opowieści z Narnii, Harrego Pottera, Jima Moriarty'ego ze wzmiankowanego już serialu oraz Lord Tywina Lannistera i czekamy, aż trzy pokolenia kobiet dostają skrętu jajników.
Igora (Daniel Radcliffe) poznajemy gdy jako garbata kaleka jest niewolnikiem-błaznem w miejskim cyrku, a przy tym "instynktownym lekarzem". Jego niezwykły umysł dostrzega młody, ekscentryczny student medycyny Victor (James McAvoy), który pomaga mu uciec i proponuje rolę swojego asystenta. Razem zaczynają pracę nad pokonaniem śmierci, którą wszyscy doskonale znamy, a próbuje im w tym przeszkodzić religijny i błyskotliwy policjant. Proste, prawda? A w dodatku szalenie rozrywkowe. Przy okazji można to wszystko dowolnie interpretować. Dla mnie najważniejsza jest scena, w której Frankenstein uzmysławia sobie, że ożywione to nie znaczy żywe, a religijne postrzeganie rzeczywistości triumfuje. 

I niech sobie gadają przeintelektualizowane recenzenty internetowe, że to wszystko oklepane i nieświeże jak skarpetki po maratonie, Brudnopis świetnie się przy tym bawił i w kategorii filmu czysto rozrywkowego daje Victorowi Frankensteinowi 8/10 punktów. 




sobota, 9 stycznia 2016

Miasto Śniących Książek / Walter Moers, 2006

Pewnego pięknego dnia mała Merossa dostała pieniążki od dobrej osoby. Była bardzo szczęśliwa i długo zastanawiała się na co powinna je wydać. Przez jej głowę przewijało się milion pomysłów. Czy wesprzeć jakąś fundację? Przeznaczyć na cele charytatywne? Pomóc bezdomnym? Aż w końcu! W końcu wpadła na najlepszy pomysł jaki mogła sobie wymarzyć. Postanowiła kupić książkę.

„Tu rozpoczyna się historia.”

Tymi właśnie słowami zaczyna się Miasto Śniących Książek. Akcja ma swój początek w Twierdzy Smoków, gdzie główny bohater, Hildegunst Rzeźbiarz Mitów, żegna się ze swym ojcem poetyckim. Ten, na łożu śmierci, przekazuje mu cenny rękopis zawierający najlepsze opowiadanie, jakie kiedykolwiek powstało. Młody smok, pod wpływem cudownej literatury, wyrusza do Księgogrodu, by odnaleźć autora tekstu. Tam właśnie rozgrywa się cała akcja. Hildegunst zostaje wbrew własnej woli wplątany w przedziwną i mroczną historię. Zesłany do Katakumb, które roztaczają się pod miastem, tuła się próbując znaleźć wyjście. Nie może ufać prawie nikomu, nie wie kto mu sprzyja, a kto chce się go pozbyć. 

Główny bohater, choć wyraźnie nie jest urodzonym podróżnikiem i wojownikiem nadrabia braki swoją opowieścią i cudami, które opisuje. Nie spodziewałam się, że w jednej książce można zawrzeć tyle przeróżnych pomysłów. Każda strona przesycona jest magią i niesamowitym klimatem Katakumb, w których na każdym kroku czyha śmiertelne niebezpieczeństwo. Mnogość potworów i zróżnicowanych postaci, takich jak łowcy książek, Król Cieni czy Żywe Księgi (uwierzcie mi, że to tylko niewielki procent wszystkich postaci), zaskakuje swoją liczbą.

Miasto Śniących Książek to powieść, którą czyta się szybko i nie chce się jej skończyć. Cała historia jest przemyślana, pełna literackich nawiązań. Dodatkowo wydana w cudownej oprawie, z niesamowitymi ilustracjami, które tylko pobudzają wyobraźnię, w obwolucie i z wszytą zakładką. Ostatnie rozdziały zaskakują czytelnika swoim przebiegnie, a kończąc książkę czuje się niedosyt i pragnie się sięgnąć po kolejny tom. To książka dla młodego i starego, która zaskakuje swoją historią.

Miasto Śniących Książek dostaje ode mnie 9/10, choć przypuszczam, że jest to mało obiektywna ocena osoby zauroczonej całą książką.

czwartek, 7 stycznia 2016

Piękna i bestia / Christophe Gans, 2014

Która dziewczynka może powiedzieć, że nie kocha bajek? Kochamy je wszystkie, nawet kiedy mamy sześćdziesiąt lat i oglądamy je jedynie z wnukami, mrucząc pod nosem że to straszne głupoty. Z marzenia o księciu z bajki, który uratuje nas z tarapatów nie wyrastamy nawet wtedy, gdy dawno wyszłyśmy za jakiegoś gargulca. 

Oczywiście, ekranizacje ludowych baśni możemy dzielić na te mniej i bardziej przyswajalne przez dorosłych. Na takie, które są w stanie nas oczarować i na takie, które jedynie śmieszą. Przykładem ekranizacji, która całkowicie nie nadaje się dla osób 15+ jest zeszłoroczny Kopciuszek, na którym co prawda piszczałam z zachwytu jak sześciolatka, ale później było mi strasznie wstyd... oprócz pięknych, przesłodzonych obrazków i przerysowanych postaci nic bowiem w Kopciuszku nie dało się znaleźć. Tym bardziej przeraża mnie pomysł, że reżyser Zmierzchu (Przed Świtem) popełnia dla Disney'a Piękną i Bestię. To nie może się dobrze skończyć o czym przekonamy się (na szczęście) dopiero za rok. 

Nie o tym dziś jednak, dziś bowiem chcę Wam polecić La Belle & la bête, produkcję francusko-niemiecką, która bardzo dobrze poradziła sobie z zadaniem bycia ekranizacją baśni, nie bajką. 

Piękna i Bestia to francuska baśń ludowa, wielokrotnie adaptowana na potrzeby literatury, teatru i filmu. Po raz pierwszy została spisana w XVIII wieku. Jak się domyślacie, nie jest to słodka opowieść rodem z kreskówek Disney'a którymi zachwycaliśmy się w dzieciństwie. Na szczęście Gansowi nie zależało na oblepieniu naszych ekranów watą cukrową i wciśnięciu nam do gardła gigantycznego pączka. Tym razem mamy do czynienia z pięknym widowiskiem (podobno kosztowało 30mln euro), który zachwyci zarówno małą dziewczynkę (bogatymi strojami, przepychem scenografii i uroczymi zwierzątkami), ale również sprawi przyjemność dojrzałemu widzowi (chociażby subtelnym erotycznym napięciem i niebywałym seksualnym magnetyzmem grającego bestię Vincenta Cassela). 

Oczywiście nie jest to opowieść trzymająca w napięciu, a bohaterowie to nie mistrzostwo psychologicznej kreacji, ale przecież nie po to sięgamy po ekranizacje baśni, prawda? La Belle & la bête oferuje nam pyskatą, pewną siebie córkę kupca i hojną, pragnącą jedynie miłości bestię. Ofiarowuje nam piękną historię o dojrzewaniu, konsekwencjach złych czynów, poświęceniu w imię miłości i poszanowaniu danego słowa. 

W zimowe, długie wieczory warto zaopatrzyć się w ciepły koc, kubek gorącej czekolady i tą spokojną, leniwą opowieść o ponadczasowych i stałych wartościach, o których nieustannie zapominamy. Gdybyśmy nadal wychowywali swoje dzieci na baśniach, a nie bajkach o kupach czy siusiakach, byłyby może mniejszymi bestiami :)

Film dostaje od Brudnopisa 6/10 punktów. 

sobota, 19 grudnia 2015

Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy / J.J. Abrams, 2015

Jeśli można coś o mnie powiedzieć na pewno, to trzy rzeczy: Kocham Władcę Pierścieni, szpice miniaturowe i Gwiezdne Wojny. Choć oczywiście niekoniecznie w takiej kolejności. Na najnowsze Star Wars czekałam odkąd skończyłam trzynaście lat. Nic dziwnego, że ostatni tydzień przed premierą spędziłam podekscytowana, otoczona swoimi gwiezdnowojnowymi gadżetami. Wbrew ogólnemu straszeniu, że każdy kolejny film był coraz gorszy i nie ma to jak stara trylogia, poszłam na film bardzo pozytywnie nastawiona. I....
...
...
...
Warto było czekać na taki powrót dziesięć lat! Mało tego, wszystkich tych, którzy nie uznają nowej trylogii mogę śmiało poinformować, że Przebudzenie mocy nie odbiega do najlepszych, starych tradycji i standardów. Jest bardzo zabawnie, lekko, bez nadęcia i przesadnej ilości efektów specjalnych charakterystycznego dla części o Anakinie. Jest dużo śmiesznych fragmentów, zwłaszcza tych nawiązujących do części o nieustraszonej trójce z Luke'm Skywalkerem na czele, a więc powtórzę za Boromirem:



Przebudzenie Mocy dzieje się 30 lat po Powrocie Jedi. Choć Imperium już nie istnieje, na jego zgliszczach wyrósł Nowy Porządek - coś, co skojarzyło się Brudnopisowi jednoznacznie z nazistami z kosmosu - nawet ich przywódca brzmi jakoś z niemiecka... w każdym razie, dobrze nie jest, zwłaszcza że jednym z ludzi Nowego Porządku jest nieopierzony, ale bardzo utalentowany post- Sith. Za pomocą nowej broni, dużo bardziej przerażającej od Gwiazdy Śmierci Nowy Porządek zamierza zamienić w zgliszcza zarówno Republikę jak i rebeliantów. Na drodze stanąć mu może jedynie załoga Sokoła Millenium, dziewczyna żyjąca ze zbierania złomu i były szturmowiec.

Oczywiście, wielu może zarzucić Przebudzeniu Mocy wtórność. To wszystko już było, zakrzykną co bardziej upierdliwi widzowie. Cóż z tego, odkrzyknie Brudnopis. Sam BB-8, jeszcze bardziej rozczulający niż jego poprzednik R2-D2 jest wart biletu do kina i oglądania filmu jeszcze co najmniej 10 razy w domowym zaciszu. Przebudzenie Mocy  to esencja wszystkiego za co kochamy Gwiezdne Wojny - akcji, niezwykle dobrze skonstruowanych bohaterów, poświęceń w imię przyjaźni, walki dobra ze złem (również tej wewnętrznej) i nienachalnych wątków miłosnych. Warto również nadmienić, że wszystko w galaktyce się zmienia, ale Han Solo wciąż pozostaje gorący jak silniki jego Sokoła Millenium.

Cóż mogę powiedzieć więcej, aby nic nie zaspoilerować? Tylko dwie rzeczy:
  • Przebudzenie Mocy otrzymuje od zauroczonego Brudnopisa 9/10 punktów (górna dziewiątka oczywiście)
  • Ludzie, idźcie na ten film! 


Na koniec screen z ostatniego odcinka The big bang theory o oczekiwaniu na premierę Przebudzenia Mocy : można powiedzieć, że dylematy, strach i późniejszy zachwyt w żaden sposób nie zostały przerysowane. Po wyjściu z kina wyglądałam bowiem praktycznie tak:





czwartek, 17 grudnia 2015

Marsjanin / Andy Weir, 2014

Książka Andy'ego Weira z 2011 roku w Polsce została wydana w 2014 roku, prawdopodobnie ze względu na film na jej podstawie (premiera była w październiku 2015 roku).

Filmu jeszcze nie widziałam, ale w tym tygodniu miałam okazję przeczytać powieść i chcę ją Wam gorąco polecić. Oczywiście z zastrzeżeniem, że:
  • lubicie science - fiction,
  • nie przeszkadzają wam wielostronicowe opisy techniczne,
  • niesamowite zwroty akcji i wielowątkowość nie są dla Was najważniejszymi elementami powieści,
  • ani tym bardziej pogłębiona psychologia postaci i skomplikowane relacje międzyludzkie.
 Uff, chyba to tyle.

Akcja dzieje się w niedalekiej przyszłości, kiedy będą odbywać się załogowe misje na Marsa. Mark Watney jest jednym z sześciu astronautów wysłanych na czerwoną planetę w misji Ares 3. Poznajemy Marka, niekwestionowanego głównego bohatera powieści, gdy w wyniku burzy piaskowej i pośpiesznej ewakuacji zostaje na Marsie... zupełnie sam. Mark jest mechanikiem i botanikiem, nie jest więc z góry skazany na śmierć - rozpoczyna walkę o życie, licząc że uda mu się przetrwać cztery lata - aż do przylotu kolejnej misji marsjańskiej.

Brak kobiety przez ... lata. Nie proszę o wiele. Uwierzcie mi, nawet na Ziemi dziewczyny nie ustawiają się w kolejkę przed drzwiami botanika/inżyniera. No ale bez przesady.

Postanawia prowadzić dziennik, w którym zapisuje wszystkie swoje działania. To właśnie ten dziennik jest fundamentem powieści, która w gruncie rzeczy jest opisem codziennego życia samotnego człowieka. Tylko tyle, że niemal geniusza. I na Marsie. W momencie, w którym dzięki zdjęciom satelitarnym NASA odkrywa, że Mark żyje wprowadzone zostają również wątki dotyczące NASA (dla mnie najciekawsze) i pozostałych astronautów misji Ares 4. Wszyscy na Ziemi i na Marsie pragną powrotu Marka do domu - ale czy może się to udać?

Nie mogę się doczekać, aż będę miał wnuki. "Kiedy byłem w waszym wieku, musiałem wejść na krewędź krateru! W skafandrze EVA! Na Marsie, małe gnojki! Słyszycie? Na Marsie!"

 Głównym problemem powieści (może jedynym..?) jest Mark Watney. Jest tak pozytywnie nastawiony do spędzenia czterech lat w samotności na Marsie, który w każdej chwili może go zabić, że powieść staje się całkowicie odrealniona. Nic nie daje szczegółowe opisywanie technologii i przekonywanie czytelnika, że wszystko to jest możliwe, gdy zawodzi nas główny bohater. Jest jak Superman. Nie przechodzi ani jednego załamania, do ostatniej chwili nie traci humoru nawet na chwilę. Z jednej strony jego dowcipy w znaczny sposób ułatwiają nam odbiór, dzięki czemu książka staje się lżejsza i przyjemniejsza, z drugiej jednak spłyca niesamowicie jego charakter.
 Co nie jest dobre.

Bo to jedyny bohater, jakiego naprawdę tu mamy. Inni są tak nieznaczący i anonimowi, że prawie ich nie dostrzegamy. Są to kukiełki podejmujące działania w NASA lub w kosmosie. 


Według The Wall Street Journal powieść Marsjanin jest "najczystszym" science fiction od lat. Nie dziwię się, nie ma tu bowiem absolutnie żadnego elementu z pogranicza fantasy. Można uznać, że od kilku lat jest to swojego rodzaju nowość - do ostatniej chwili czekałam, aż gdzieś zza roku wyskoczą rdzenni Marsjanie, astronauci będą musieli zmierzyć się z zamieszkującymi ich statek zombies albo chociaż stoczą bój z kosmicznymi nazistami... Nic takiego jednak się nie stało. Dziękuję za to panu Weirowi z całego serca - umiał bowiem napisać książkę pełną śrubek, NASA, dziwnych nazw, zbierania gleby i odzyskiwania wody z sików w taki sposób, że nie mogłam się od niej oderwać. Jak dla mnie Marsjanin w pełni zasłużył na 7/10 punktów.

 Sprawdziłem wsporniki, uderzając w nie kamieniami. To bardzo wyrafinowana metoda. z której wykorzystywania my, międzyplanetarni naukowcy, jesteśmy znani.

A i jeszcze jedno! Nie oglądajcie filmu! Jeśli będziecie wiedzieli jak ta historia się skończy, czytanie książki straci sens. 

poniedziałek, 27 lipca 2015

Księga cmentarna / Neil Gaiman, 2008

Książka, jak na dzisiejsze standardy już dość stara, ale swojego czasu niezwykle popularna - nazwisko autora min. Amerykańskich Bogów i poczytnych komiksów przyciąga wielu. Jak twierdzi ciocia Wikipedia, Gaiman ma powiązania z Polską (jego rodzina wywodzi się z polskich Żydów) oraz od dziecka miał wielki kontakt z fantazjowaniem (jego rodzice są wyznawcami kościoła scientologicznego - nic więcej nie trzeba tłumaczyć).  

W Dictionary of Literary Biography Gaiman jest wymieniony jako jeden z najwybitniejszych żyjących pisarzy fantasy, urban fantasy i science fiction. Poza pisarstwem, zajmuje się dziennikarstwem oraz tworzeniem scenariuszy filmowych i telewizyjnych. Jest autorem bestsellerowych powieści spod znaku grozy, fantasy oraz science fiction. Jest kilkunastokrotnym laureatem wyróżnień Hugo, Nebula, Bram Stoker Award.

I właśnie tego nie potrafię zrozumieć. Oczywiście, przyznam niechętnie, znam go tylko z Gwiezdnego Pyłu i Księgi Cmentarnej właśnie, obie wydają mi się tylko zwykłymi opowieściami dla dzieci. Tak, Drogi Czytelniku, nie daj się zwieść przerażającą okładką po lewej stronie - jedyną straszną rzeczą w tej książce jest fakt, że jej bohaterem jest dziecko. Zacznijmy jednak od początku.

Opowieść zaczynamy od tajemniczego mordercy, który nie może być w pełni usatysfakcjonowany ze swojego ostatniego zadania: miał zamordować czteroosobową rodzinę, a udało mu się wykonać zadanie jedynie w 3/4. Maluszek w pieluszce, jakimś przedziwnym sposobem uciekł z domu wprost na stary, dawno już nie używany cmentarz znajdujący się tuż przy jego domu. Czy maluszek zamarzł tam z zimna, niczym pozbawiona zapałek dziewczynka z innej bajki? Otóż nie, bowiem jego wychowaniem zajęły się dobre duchy oraz inni (mniej lub bardziej sympatyczni) mieszkańcy cmentarza. Oczywiście, podczas wielu przygód (które przytrafiły mu się w czasie bardzo szybkiego, bo niespełna trzystu stronicowego dorastania) Nik wciąż nie może zapomnieć o tajemniczym mordercy... z wzajemnością.

Noooo ja nie wiem... Księgę Cmentarną ledwie zmęczyłam, więc chyba jestem za głupia żeby ją docenić. Jako opowieść dla dzieci wydaje mi się dość fajna, jeśli będę mieć swoje będę je nią straszyła na dobranoc. Oczywiście, że porusza ważne zagadnienia (cóż może być ważniejsze od życia i śmierci), ale robi to na dziecięcym poziomie - nic dziwnego, że w USA jest lekturą dla klas VI. 

Brudnopis spodziewał się czegoś więcej po książce, za którą Gaiman dostał nagrodę Hugo. Ogólnie spodziewał się dużo więcej, skoro autor podobno jest taki super. A co dostał Brudnopis? Taką se opowiastkę, w dodatku naiwną trochę. Więc albo Brudnopis jest jakiś taki nieczuły (co bardzo prawdopodobne: patrz fragment o straszeniu dzieci), albo ta cała Księga Cmentarna przereklamowana. Od Brudnopisa, jedynie za ładny, baśniowy język 7/10. 

- To znaczy, zabijają się? - domyślił się Nik. Miał jakieś osiem lat, zachłannie chłonął wiedzę, często zadawał pytania i nie był głupi.
 - Owszem.
- I to się sprawdza? Po śmierci są szczęśliwsi?
Silas uśmiechnął się tak szeroko, że odsłonił kły.
- Czasami. Zazwyczaj nie. Zupełnie jak ludzie, którzy wierzą, że będę szczęśliwi, jeśli przeprowadzą się w jakieś inne miejsce, lecz przekonują się, że to tak nie działa. Gdziekolwiek się udasz, zabierasz tam siebie, jeśli rozumiesz, co mam na myśli.

wtorek, 21 kwietnia 2015

Brudnopis / Siergiej Łukjanienko, 2008

Chyba nie muszę tłumaczyć, dlaczego taki megaloman jak ja wybrał na podróż pociągiem akurat tę książkę. Dobra, teraz wszyscy udawajmy, że jest to przedni dowcip. A na poważnie, to naprawdę pomyślałam sobie: O! To może być książka o jakiejś piekielnie urodziwej (czytaj: urodziwej jak to co z piekieł wypełza) nieprzeciętnie inteligentnej (bo do tego trzeba mieć IQ liczące aż 100) postaci gotowej na najbardziej nietypowe przygody. W razie gdyby ten Brudnopis mnie zawiódł mam na oku jeszcze jeden, polskiego autora z 2014 roku, ale samo nazwisko Łukjanienko wielbicieli fantastyki przyciąga. Totalnie zakochana w filmie, na podstawie jego bestsellerowej Straży Nocnej (nie mylić z tą napisaną przez świętej pamięci sir Pratchetta) nie mogłam ominąć okazji zapoznania się z jego kolejnymi pomysłami. Brudnopis to jedna z tych książek, które zaskakują pozytywnie i rozczarowują jednocześnie (i błagam, jeśli jeszcze raz zobaczę w jakimkolwiek tekście sformułowanie pozytywnie rozczarować to dostanę zdrowotnego wylewu). 

Kirył Maksymow niepozorny manager w firmie komputerowej, pewnego dnia wraca do swojej małej, acz przytulnej kawalerki w Moskwie i zastaje w nim brzydką, kłótliwą babę, która twierdzi, że mieszka w niej od trzech lat. Nie poznaje go jego ukochany pies, siedzący wygodnie na kanapie, a wstrętna baba posiada wszelkie dokumenty potwierdzające miejsce zamieszkania i nawet kupna psa. Wszystko wygląda na wielkie oszustwo w iście rosyjskim stylu, póki dokumenty Kiryła nie zaczynają znikać z urzędów (to akurat nie jest takie nietypowe), byłe dziewczyny i sąsiadki nie przestają go poznawać (najwyraźniej też są w spisku), jego dowód osobisty blednie i rozpada się w rękach (co za chłam) i nawet rodzice zaczynają twierdzić, że nigdy nie mieli syna, a już na pewno nie miał na imię Kirył (o matko! Coś złego się dzieje naprawdę!). Co dzieje się z biednym Kiryłem i dokąd go prowadzi? Otóż moi państwo, do pracy przymusowej. Ten szary człowieczek został powołany do zaszczytnej funkcji bycia celnikiem pomiędzy naszym światem, a światami równoległymi. Moskwa nie jest jedynie Moskwą, a stojąca w niej stara wieża nie jest zwykłą starą wieżą. Kirył ma pilnować przejść i pobierać cło. Brzmi fantastycznie? Niestety, każda praca przymusowa ma swoje wady, a już na pewno wtedy, gdy zaczynasz wsadzać nos w nie swoje sprawy. 

Brudnopis to zabawna, napisana lekkim, ale ciekawym stylem opowiastka, która z całą pewnością nie przemęczy waszych neuronów. Można machnąć całą w jeden wieczór, a wasze umysły pozostaną świeżutkie jak poranna bryza. Będziecie się przy nim bawić jak przy niezłej komedii, przetrawicie, wyplujecie i za tydzień nie będziecie pamiętać imion głównych bohaterów. Brudnopis nie jest tego rodzaju fantasy, które zostawi po sobie refleksyjny posmaczek na długie lata. To mój główny zarzut dotyczący tej książki: wszystkie powieści rosyjskie, które czytałam były właśnie lekkie i niefrasobliwe, co bardzo sobie cenię (fantastyka O jakie to wszystko skomplikowane, dowalę tu jeszcze więcej dziwnych słów żeby to unaocznić dawno mi się znudziła). Jednak w Brudnopisie, pomimo świetnego pomysłu i dobrego pióra, czegoś wyraźnie brakuje. Bohaterowie snują się po świecie (ściśle mówiąc: światach) zupełnie bez celu, opowiadając o tym co zjedli na śniadanie albo jaka piękna jest pogoda. Mam wrażenie, że potencjał głównego pomysłu i pióra został zmarnowany przez brak koncepcji poprowadzenia historii. Chyba, że Brudnopis taki ma być i taki jego urok. Nie wszystkie brudnopisy mogą być przecież tak idealne jak ja.

Łukjanienko dostaje ode mnie 7/10 punktów, z czego jeden za chwytliwy tytuł. 

niedziela, 5 kwietnia 2015

Zabijcie odkupiciela / Grzegorz Drukarczyk, 2009

Brudnopis z okazji Świąt (w które wszyscy co prawda idziemy do Kościoła, ale więcej czasu spędzamy na pieczeniu i sprzątaniu, niż na kontemplowaniu tego, co to święto tak naprawdę symbolizuje) dość przewrotnie (no dobra, bardzo przewrotnie) wybrał książkę Drukarczyka. Co prawda już dość starą (Nominowana do Zajdla w kategorii Powieść była już w 1992 roku) i ostatni raz wznawianą w 2009 roku, ale za to polską. Polską i w fantastyczny sposób przedstawiającą przyszłość, w której Jezus powraca na ziemię głosić Dobrą Nowinę. Czy w czasach wielkich korporacji rządzących światem i gigantycznego społecznego rozwarstwienia chcielibyśmy jej w ogóle słuchać? Nie bójcie się, nie polecam wam nic ciężkostrawnego (wystarczy, że mieszanka żurkowo-babkowo-kiełbasowo-jajeczna taka jest), ale lekką i niezwykle przyjemną wariację na temat przyszłości, socjologii i religii, której nie można odmówić swoistej (choć w pewien sposób banalnej) mądrości. Książka dobra zarówno dla wierzących z dużym dystansem, jak i dla niewierzących (pod warunkiem że są spokojnymi ateistami, a nie chorymi bojownikami, którzy toczą pianę z pyska na samą myśl o religii). Przede wszystkim jednak idealna dla wielbicieli ciekawego stylu, krwistych postaci i paskudnych, zszarzałych od betonu światów. Warto zajrzeć, nawet dzisiaj i zastanowić się jak ja bym zareagował, gdyby nagle, nie wiadomo skąd na Ziemi pojawił się Chrystus. Choć to tylko cieniutka, lekka powieść fantasy, a nie kazanie księdza proboszcza, takie pytanie na pewno gdzieś tam w głowie nam zaświta i to nie jeden raz. Fabuły zdradzać nie będę, jest dość prosta i zniszczyłoby wam to dobrą, świąteczną lekturę. Jest kilku kloszardów. Jest kilku bardzo wpływowych ludzi. Kilka bardzo intratnych, ale morderczych biznesów. I jeden Odkupiciel.

Apostoł wyciągnął zza pazuchy pomięte kartki Najnowszego Testamentu i z ostatniej strony odczytał końcowe zdania (...) w które aż do tej chwili nie chciał wierzyć...

Dzisiaj tak króciutko, bo wszystkie brudnopisy mają dziś w głowie tylko żurek z kiełbasą... Zabijcie Odkupiciela, książka fantasy z odrobiną przesłania dostaje ode mnie 8/10 punktów. Tak na święta.

poniedziałek, 23 marca 2015

Chappie / Neill Blomkamp, 2015

Chappie co prawda leci w kinach grubo od ponad tygodnia, ale Brudnopis wybrał się na niego dopiero teraz. Wcześniej walkę o moją uwagę, z racji płci, ale przede wszystkim wieku wygrał Kopciuszek (gdy to piszę z gardła wydaje mi się starczy, podstępny chichot). Na Kopciuszku zachwycałam się z przyjaciółkami świetnymi kolorami i sukienkami, Chappie natomiast idealnie nadawał się na randkę.  Neill Blomkamp ponownie zabiera swoich widzów w przyszłość. Nie będzie to jednak lekko wzruszająca opowieść o robakach z kosmosu, ani futurystyczna wizja chłopca z nizin społecznych, chcącego zamieszkać w piękniejszym świecie. Chappie to opowieść, w której autor puszcza do nas oczko i tak należy ją traktować – z przymrużeniem oka. Dawno tak dobrze nie bawiłam się na filmie, zwłaszcza że lubię zespół Die Antwoord, który występuje w nim, by zagrać... samych siebie. Świetna zabawa dla wszystkich fanów słodkich, wystraszonych maszyn, paskudnych ale pociesznych gangsterów i inżynierków w śmiesznych okularkach. Po kolei jednak.
 
Neill Blomkamp przenosi nas do świata, który od razu skojarzył mi się z realiami z Robocopa 2014 – RPA przyszłości, w którym do walki z przestępczością stają roboty, dając przyzwoitym obywatelom często pozorne wrażenie bezpieczeństwa. Roboty policjanci są bardzo ułożeni i skuteczni – stworzył ich inżynier wielkiej korporacji tworzącej sprzęt militarny, którego największą pasją jest sztuczna inteligencja. W wyniku małego zamieszania powołuje on do życia Chappiego – pierwszego w pełni ludzkiego robota. Nieświadome niczego dziecko z tytanu. Za to w wyniku  dużo większego zamieszania ufny i naiwny Chappie trafia pod opiekę drobnych, ale bardzo niebezpiecznych opryszków (w tej roli fenomenalni Die Antwoord). Tu zaczyna się zabawa, dynamiczna i nie pozwalająca widzowi nudzić się nawet przez chwilkę. Rodzinną sielankę przerywa jednak zły bohater (w tej roli z kolei jak zawsze dobrze zbudowany Hugh Jackman). Smaczku dodaje oryginalna, totalnie odjechana muzyka zespołu. O efektach specjalnych nie ma co wspominać, to oczywiste że zaspokoją nas w 100%. 



Chappie, jeśli chcesz być gangsterem, musisz być cool jak tata. Spójrz jak tata chodzi!

Jak to u tego reżysera i scenarzysty bywa, nie mamy do czynienia jedynie z całkowicie pustą rozrywką. Porusza on już dość ograne, ale wciąż aktualne pytania: czy ludzie powinni bawić się w bogów? Tworzyć innych "ludzi" z kilku śrubek i procesora? Nawet jeśli potrafilibyśmy – czy oznacza to, że powinniśmy? Do tej pory nie potrafimy pozbyć się uprzedzeń do innych homo sapiens i wciąż toczymy bezsensowne spory i wojenki – czy natura człowieka zdolna byłaby  akceptować i szanować kolejną rasę rozumną? Zwłaszcza stworzoną w całości naszymi rękami. Czy sztuczna inteligencja może wprowadzić ludzkość na nowy poziom... zagrożenia? To ciekawe zagadnienie, dyskutowane dość szeroko zwłaszcza od wypowiedzi Hawkinga dla BBC w 2014 roku.

Co w filmie jest kiepskie? Koniec. Zdecydowanie reżyser odjechał. Czemu tak mówię? Przekonajcie się – po prostu idźcie na film. Po nim moja bateria naładowała się w 80%.

sobota, 28 lutego 2015

Paszcza Wieloryba / Philip Kindred Dick, 1999 (org. 1964)

Dick to urodzony w 1928 roku amerykański pisarz, mający nieoceniony wpływ na rozwój science-fiction. Za życia niezbyt znany miłośnikom gatunku, uważany za przeintelektualizowanego, odkryty na nowo w latach '90 tych. Nie słyszeliście o nim? To bardzo prawdopodobne, co nie znaczy, że nie znacie jego opowieści. Na podstawie tekstów tego ekscentrycznego alkoholika i narkomana (który uważał, że Stanisław Lem to komunistyczna grupa pisarzy mająca na celu przejęcie władzy nad opinią publiczną) powstał szereg filmów. Mówią wam coś tytuły Pamięć absolutna albo Raport mniejszości? To właśnie Dick i jego twórczość, nasycona problematyką natury rzeczywistości i samego człowieka. 

Miałam w tym tygodniu przyjemność przeczytać jedno z jego opowiadań, Paszczę Wieloryba, której recenzją będę chciała zachęcić Was do grzebania w starej fantastyce. Możliwe że gdzieś na strychu, albo w piwnicy stoją kartonowe pudła z ulubionymi lekturami Waszych matek i ojców? Paszcza to najlepszy dowód na to, że warto od czasu do czasu przeczytać coś spoza aktualnej listy nowości i bestsellerów. 

Opowiadanie nie powala może ani stylem, ani fabułą, ani kreacją bohaterów. Jest za to idealnym świadectwem tego, że uzdolnionemu autorowi wystarczy w zupełności sto stron, aby stworzyć wielowymiarowy, bogaty świat. I to z taką lekkością, że od natłoku informacji z całą pewnością nie popękają czytelnikom głowy.

Bohatera opowiadania, Rachmaela ben Applebauna poznajemy 8 listopada 2014 roku, gdy prześladowany przez wierzycielski balon (zdalnego, elektronicznego windykatora) udaje się do biura prywatnej policji. Rachmael ma poważne kłopoty – firma jego nieżyjącego ojca zbankrutowała, a on jako jedyny spadkobierca musi spłacić jej udziałowców. Rachmael prosi o pomoc prywatną agencję wywiadowczą, która ma sfinansować jego osiemnastoletnią, samotną podróż na planetę podobną do Ziemi, którą od lat zasiedlają koloniści. Na Paszczę Wieloryba przedostają się tam oni w ciągu piętnastu minut, za pomocą teleportacji. Teleportacji, z której skorzystało już około 40 milionów Ziemian. Teleportacji, której wynalezienie jest powodem bankructwa firmy przewozowej jego ojca. Czemu więc Rachmael nie skorzysta z tej taniej i szybkiej formy lotu? I tu zaczyna się zabawa, bowiem podróż ta może odbyć się jedynie w jedną stronę. Nasz bohater chce wiedzieć dlaczego. 

Rok 2014 to świat olbrzymich monopolistów, wielkich emigracji, ludzi ogarniętych manią technologii, wielkich baz danych o obywatelach, przeludnienia i popełniania samobójstw z powodu krachów ekonomicznych. Brzmi znajomo? Trzeba przyznać Dickowi, z wyjątkiem ruchomych chodników mało się pomylił. Oczywiście, jeśli potrafimy czytać między wierszami, a nie jedynie dosłownie. Wtedy tekst byłby nie wart interpretacji. Jakiś tam facet wybiera się gdzieś tam statkiem kosmicznym. Wszyscy knują, niektórzy mu przeszkadzają, inni pomagają, a każdy chce ukroić dla siebie kawałek tortu. Znamy my już takie historie! W opowieści pojawia się ONZ jako wszechwładza, sterowana przez największe mocarstwo Europy – Niemcy. Media to propagatorzy egoistycznego sposobu myślenia, idealnie obrazowanego przez powiedzenie "cieszyć się z czyjegoś nieszczęścia". Przeczytajcie Paszczę Wieloryba i pamiętajcie: nie możecie ufać nikomu. W opowieści Dicka historia zatacza koło – cholernie dosłownie. Jakie wnioski można wysnuć z tej opowieści? Nadzieja najszybciej prowadzi do zguby. Ta krótka, lecz wciągająca historia otrzymuje od Brudnopisa 7/10 punktów. 

sobota, 14 lutego 2015

Mroczny kochanek / J. R. Ward, 2010

Wyjaśnijmy sobie coś, OK? Brudnopisy z reguły nie czytają romansów, a tym bardziej paranormalnych. To znaczy próbują, ale zazwyczaj kończą je po dwudziestu stronach nieustannego chichotu, wywołanego dialogami w stylu: 
– Edward? – powiedziała Bella
– Bella! – powiedział Edward
– Bella? - powiedziała Bella
– Edward! – powiedział Edward
Jedynym romansem paranormalnym, który przypadł Brudnopisowi do gustu, do tej pory był Arisjański Fiolet. Teraz jednak, wstyd się przyznać, dołączył do niego Mroczny kochanek. 

Książka, z którą spędziłam ostatnie dwa dni została mi prawie wciśnięta do torebki przez dwie koleżanki, będące specjalistkami od wszelkiego rodzaju fantastyki. "To jest romans i oni się tam generalnie ciągle bzykają, ale naprawdę jest fajny. I to nie są takie normalne wampiry. No i nikt się nie świeci, ani nic" – to wypowiedź jednej z nich i w zasadzie sama w sobie mogłaby zastąpić całą recenzję. Owszem, w tym tygodniu miałam recenzować Encyklopedię głupoty, ale że w sobotę były walentynki, a my okrzyknęłyśmy ten tydzień grey'owym i postanowiłyśmy zrecenzować jakieś bezpruderyjne książki dla kobiet. Mroczny kochanek to coś, czego absolutnie nie powinno porównywać się do 50 twarzy Greya. To po prostu obraziłoby pracę pani Ward. 

J.R Ward tak naprawdę nazywa się Jessica Rowley Pell Bird i urodziła się w 1969 roku w USA. Przez wiele lat pisała jedynie do szuflady, postanowiła jednak wydać swoje książki zachęcona przez męża i BUM! Szefowa personelu w jednym z najważniejszych naukowych centrów medycznych w kraju, nagle stała się nagradzaną bestelleropisarką. Jedną z jej najważniejszych serii jest właśnie Bractwo Czarnego Sztyletu, którego pierwszą część jest Mroczny kochanek. Czemu o tym piszę? Ponieważ od pierwszych stron książki widać, że napisała je kobieta z głową na karku, która rozumie po co w książce wielowątkowość i co to jest research. Nawet największe fanki paranormali muszą przyznać, że to rzadko spotykane w tego typu literaturze. Tak jak dobry warsztat. Jest ona, pojawia się on i nagle Ziemia przestaje krążyć wokół Słońca. Nic innego się nie liczy. To nudne jak jasna cholera!

Beth jest młodą, naprawdę ładną dziennikarką. Szczególnie uroda przysparza jej wielu kłopotów. Nie wie nic o swoim pochodzeniu, wychowywała się w domach dziecka i w rodzinach zastępczych. Poza tym, że jest całkiem sympatyczna i dobrze dogaduje się z policjantami (i tu uwaga – Ward stworzyła naprawdę świetnych stróżów prawa, gliniarzy najlepszego sortu. Ogólnie wszyscy faceci mówią i zachowują się jak na prawdziwego mężczyznę przystało. Jeśli więc wolisz typ metroseksualny książka może Ci się nie spodobać.) jest ... półwampirem. Nie wie nic o tym, że niedługo czeka ją przemiana, po której prawdopodobnie może zapomnieć o kąpielach słonecznych.
Z drugiej strony mamy Ghroma, króla wampirów i przywódcę ich tajnego bractwa, toczącego nieustanną walkę z prześladowcami, pragnącymi zagłady wampirzej rasy. 
Ich miłość jest totalnie niespodziewana, namiętna i niebezpieczna. Co jednak najważniejsze – może i jest najważniejszym wątkiem całej powieści, ale nie jest JEDYNYM. 

Ten pół-człowiek był najbardziej podniecającą istotną, do jakiejkolwiek się zbliżył. A raz czy drugi zdarzało mu się przytulać do prawdziwych fajerwerków. 

Mroczny kochanek takich sceptyków jak ja zaskakuje od pierwszych stron – dobrym stylem, cierpkim poczuciem humoru, specyficznym klimatem, bardziej charakterystycznym dla kryminału niż romansu i przede wszystkim – charakterystycznymi, pełnokrwistymi postaciami (czy wampir może być pełnokrwisty? A zresztą – na pewno po obiedzie). Pojawia się wiele postaci i wszystkie posiadają specyficzne cechy, tak że nie gubimy się w tych wszystkich, dziwacznych imionach. Na dodatek bohaterka nie należy do takich, których jedynym zajęciem przez pięćset stron jest podziwianie boskiego ciała swojego faceta. Opisy sugestywne, ale nie wulgarne. Dobre dialogi. Jednym słowem – przyjemnie się czyta i po ostatniej stronie nie ma się wrażenia straconego czasu. Wręcz przeciwnie, ja chętnie sięgnęłabym do kolejnych części. Warto czytać chociażby dla samego lokaja. 

Kiedy spojrzał w górę, był przekonany, że ma halucynacje.  
W holu stał starszy gość, ubrany w liberię. Trzymał srebrną tacę.  
– Najmocniej panów przepraszam. Obiad zostanie podany za jakieś piętnaście minut. 
– Hej, czy to są te naleśniczki ze szpinakiem, które tak lubię? - spytał Blondi, podchodząc do tacy. 
– Tak jest, proszę pana. 
– Jasny gwint. 
Inni mężczyźni skupili się dookoła lokaja, biorąc to, co zaoferował. Wraz z serwetkami. Jakby nie chcieli niczego upuścić na podłogę.(...) 
– Czy mógłbym prosić o przysługę? - spytał lokaj. 
Normalny skwapliwie skinął głową. – Przynieś jeszcze jedną taką tacę i zabijemy dla ciebie, cokolwiek zechcesz.(...) 
Lokaj uśmiechnął się grzecznie. – Chodzi o to, że jeśli będziecie panowie krwawić tego człowieka, to czy moglibyście to zrobić na podwórku?

A teraz trochę wad: oprócz schematycznej fabuły i kilku żenujących momentów (choć akurat to jest wpisane chyba w sam gatunek jako taki) mamy ... fatalny tytuł i obrzydliwą okładkę (do której zaliczam nie tylko okropną ilustrację, zupełnie nie pasującą do opisów zawartych w powieści, ale również kompletnie infantylny opis, który odrzuca pewnie większość osób powyżej szesnastego roku życia). To naprawdę dobra książka, ale ze względu na te dwie rzeczy w życiu bym jej nie kupiła. Jest zwyczajnie odpychająca dla wszystkich, którzy chcą czegoś więcej niż opowieści o miłości. A więc zraża dla siebie wielu czytelników, którzy byliby z niej zadowoleni. A ci, którzy liczą na naiwny romansik i zostaną zachęceni tytułem i opisem, również mogą poczuć się oszukani. Jedynym słowem, Videograf skrzywdził tę książkę. Autorka, nadając jej taki tytuł, również. 
Brudnopis, biorąc pod uwagę, że absolutnie nie należy do wielbicieli gatunku i od początku spoglądał na książkę bykiem, daje jej 7/10 punktów. 

niedziela, 11 stycznia 2015

Procesor duszy / Dobrzyńska Luiza, 2014

Zacznę od tego, że z nieufnością podeszłam do powieści science fiction napisanej przez Polkę (czy wspominałam już, że jeśli chodzi o literaturę jestem szowinistyczną świnią i póki co żadnej autorce nie udało się przekonać mnie do zmiany zdania? Na liście moich ulubionych dwudziestu książek nie ma ani jednej napisanej przez kobietę... niżej nie sprawdzałam). Może to dlatego, że lubię konkrety, treściwe wnoszące coś do opowieści dialogi i opisy, oraz realistyczne światy? A tego, tak jak ekscytującej randki, żadna kobieta mi jeszcze nie dała. Choć teraz muszę przyznać, Luizie Dobrzyńskiej prawie się udało. Procesor duszy to powieść, przy której bardzo dobrze się bawiłam. I to nie śmiejąc się w głos z braku logiki i talentu autorki, żerując nad książką z długopisem w ręku i lecząc grafomańskie kompleksy. Procesor to po prostu coś wartego przeczytania i bardzo chętnie sięgnęłabym po kontynuację. Po kolei jednak.  

Na portalu Lubimy czytać o pani Luzie można dowiedzieć się, że jest technikiem medycznym, fanatyczną miłośniczką kotów i Star Treka oraz, że pisze od dwunastego roku życia. Oprócz tworzenia prozy zajmuje się również blogowaniem. Procesor Duszy to dwie książki scalone w jednego ebooka, czego oczywiście w ogóle się nie odczuwa podczas czytania. Odczuwa się natomiast bardzo dotkliwie brak profesjonalizmu wydawnictwa internetowego ebookowo, które zupełnie nie wywiązało się z obowiązków wydawcy (jeśli w dzisiejszych czasach wydawca ma jakiekolwiek obowiązki oprócz zdzierania z autorów lwiej części zysku). Co prawda ebook kosztuje jedynie 16 zł, ale całość powinna trafić jedynie do autorki. Książka najwyraźniej nie widziała ani korekty ani redakcji, chyba że podkreślanie błędów w Open Office można tak nazwać. Czujny czytelnik bardzo szybko zauważy potworki, do których tworzenia ma prawo autor (moim zdaniem mający już wystarczająco dużo na głowie, w końcu nieustannie musi pilnować, żeby świat trzymał mu się w jednym kawałku), ale które powinna wyłapać korekta. O okładce nie wspomnę, dla mnie jest okropna, sugeruje nam jakąś płytką historyjkę w stylu fiction&romance z rodzaju seksownej, ale ciapowatej pani kapitan i jej umięśnionego pomocnika, z którym w wolnych chwilach zabawia się na pokładzie statku kosmicznego w schowku na miotły. Okładka taka może mieć fatalne skutki zarówno dla fanek takiej prozy, które będą bardzo rozczarowane powieścią, jak i dla wszystkich tych, którzy byliby nią zachwyceni, ale odstraszyła ich okładka. Ja na jej widok miałam ochotę uciec z krzykiem, ale później przypomniałam sobie jaką słodką minką graficy obdarzyli kapitan Honor Harrington na niektórych okładkach książek Webera i postanowiłam dać Procesorowi szansę. A on odwdzięczył mi się i ofiarował w zamian dwa wieczory przyjemnej, nienaiwnej, a równocześnie nieobciążającej zbyt mocno neuronów lektury.

Estrella Federica Solis jest nauczycielką wczesnoszkolną o nieposzlakowanej opinii, bardzo uzdolnionym historykiem, a przede wszystkim kobietą samotną, bez jakichkolwiek szans na założenie rodziny i długie, romantyczne spacery po lesie lub po plaży. Pracuje wzorowo, niemal bezrefleksyjnie poddaje się wszelkim ograniczeniom prawnym, a jeśli się nad nimi zastanawia to tylko po to, aby przypomnieć sobie jak bardzo są niezbędne i logiczne. Rząd ją wysterylizował, odpowiednio do jej predyspozycji dostosował sposób kształcenia, społeczeństwo zadbało nawet o to, aby ze względu na niski status społeczny nie popełniła samobójstwa, przydzielając jej sztucznego towarzysza, androida. Witamy w świecie przyszłości, w którym tylko nieliczni mają prawo do wyjazdu poza miasto, niemal nikt nie posiada zwierząt domowych, a eutanazja, aborcja i sterylizacja uważane są za największe dokonania ludzkości. W przerażającej Sparcie przyszłości, gdzie liczą się tylko silni i zdolni do rozrodu i gdzie księgi religijne znajdują się na liście ksiąg zakazanych. Posiadając takie życie, można pozwolić sobie chyba na jedną przygodę? Jeden, niecodzienny wybryk? Można pozwolić sobie chyba na podróż do gwiazd, zwłaszcza jeśli podobno gdzieś tam istnieje zielona, stworzona jakby dla ludzi planeta? Czy ucieczka z Ziemi, świata gdzie nawet rodzina jest ci obca, do eksperymentalnej kolonii, gdzie wszyscy przypominają zgrany zespół, nie kusiłaby nas wszystkich? Zwłaszcza, jeśli Twój najdroższy przyjaciel, android Raul mimo niewątpliwie dobrego serca... pfu... szlachetnego procesora, jest przez ludzi traktowany jak lodówka albo toster? 

Android zamilkł, szukając właściwych słów. Miał z tym pewne trudności, mimo że w czasie lotu jego język uległ wyraźnemu wzbogaceniu o nowe pojęcia.
- Nie jestem cały dla ciebie - rzekł wreszcie. - Częściowo jestem dla siebie.
Niezbyt poprawne sformułowanie wskazywało na dopiero stabilizujący się schemat myślowy. Po chwili Raul spojrzał na Ettę.
- Czy to bardzo źle? - Spytał.
Procesor Duszy to nie tylko tradycyjna opowieść science fiction o podróży statkiem kosmicznym w nieznane i przygodach w próżni, ale również bardzo zgrabna opowieść socjologiczna, o tym co w człowieku uniwersalne i dobre i czego nawet najgorsza przyszłość nie da rady złamać. O przyjaźni, oddaniu i walce z utartymi schematami, oraz o tym co sprawia, że jesteśmy człowiekiem. Czym jest dusza i jakie konsekwencje może mieć przekroczenie granicy pomiędzy tworzeniem urządzeń, a zabawą w stworzyciela. Pod tym względem przypomina mi odrobinę film A.I. Sztuczna inteligencja z 2001.

Książka pozbawiona nikomu niepotrzebnych umoralnień stanowi rozrywkę, która może przynieść również odrobinę refleksji (segreguj śmieci chłopie i doceń swojego kota, póki go jeszcze masz!). Jedynym zarzutem, jaki mogę postawić jest to, że akcja dzieje się zbyt szybko i że rozłożona jest nierównomiernie, a narracja nie należy do największych popisów prozy XXI wieku, co ma również swoje plusy (łatwy odbiór).

Procesor Duszy, science-fiction w wersji soft otrzymuje ode mnie 7/10 punktów (przymykam oko na zaniedbania redakcyjne i skupiam się jedynie na wciągającej historii). Jeśli Twoja kobieta opiera się przed czytaniem jakiegokolwiek science-fiction narzekając, że nie interesuje jej jaką prędkość rozwija statek kosmiczny, podsuń jej Procesor. 

sobota, 20 grudnia 2014

Hobbit: bitwa pięciu armii / Peter Jackson, 2014

Zacznę może od tego, że nie będzie to standardowa recenzja, ponieważ przedpremierowy pokaz Bitwy Pięciu Armii zmusił mnie do wielu refleksji. Dzisiejsza noc z Hobbitem nie była jedynie świetną rozrywką, ale również pretekstem do myślenia o swoich oczekiwaniach. I o tym, czy ekipa Petera Jacksona miała jakąkolwiek szansę ich spełnienia. Chciałam Hobbita, który poruszy mnie tak jak LOTR. Niestety, od czasów Drużyny Pierścienia przybyło mi wiele wiosen i obawiam się, że nic nie może powtórzyć zachwytu z dzieciństwa. Zwłaszcza, jeśli filmy te powinno się oglądać w odwrotnej kolejności. Z całą pewnością trzynaście lat temu byłabym z Hobbita zadowolona bardziej, a dziś nieodmiennie zachwycałabym się Władcą Pierścieni. Stąd taki mój mały apel: pamiętajmy do kogo kierowana była zekranizowana książka i dziękujmy Peterowi Jacksonowi, że wycisnął z niej znacznie więcej, niż można było się spodziewać. Jedna część książki Władca Pierścieni jest średnio dłuższa niż cały Hobbit, a ekipie Jacksona udało się zrobić z niego i tak całkiem dobre filmy. Ta prosta arytmetyka również powinna dawać do myślenia. 

Zacznę też od tego, jak bardzo uwielbiam film Władca Pierścieni. Wydaje mi się bowiem, że stąd wynika większość problemów z Hobbitem. Mówiąc problemy mam na myśli rozczarowanie wielu osób, które zapewne tak jak ja cytują teksty z LOTR w formie żarcików. I tak jak ja, dostając kociego rozumu, zastawiają współlokatorom drzwi do łazienki i krzyczą: You shall not pass, Flame of Udun! I tak jak ja z pokorą znoszą to, że większość ludzi nie rozumie czym tu się zachwycać, zwłaszcza, że od ostatniej części Władcy minęło już jedenaście lat. Cóż... na oglądaniu LOTR jedenaście lat mija jak jeden dzień...

My, fanatycy LOTR, wychowani na jego podniosłym, poważnym i idealnie dopracowanym przekazie, oglądający go dziesiątki razy i znający całość na pamięć, jesteśmy chyba na Hobbita za starzy i właśnie dlatego większość ludzi wychodziła z pokazu przedpremierowego nieco zdegustowana. Zapominamy, że Hobbit nie jest dla nas (cholera jasna, jak to nie dla nas?! Przecież nasz elficki jest bez zarzutu!), ale dla pokolenia wychowanego na grach komputerowych z niesamowitymi efektami specjalnymi i zawrotną akcją. Musimy się z tym pogodzić. Tolkien nie pisał Hobbita dla starych, wybrednych czytelników, ale dla dzieci i młodzieży i do młodzieży właśnie skierowana jest adaptacja. Jeśli chciałoby się go porównywać jakościowo do LOTR trzeba by było przyznać, że jest on dużo słabszy, ale nie ma absolutnie żadnych podstaw, żeby tworzyć taki ranking. A to z prostego powodu: grupa docelowa czytelników Tolkiena była zupełnie inna i siłą rzeczy film jest również dla młodzieży oraz dla młodych duchem. Nie oglądałam chyba lepszego filmu fantasy dla młodzieży. I tego będę się trzymać.

Czytałam kilka recenzji, w których autorzy dawali upust swoim frustracjom i absolutnie nie mogę się z nimi zgodzić. Wystarczy bowiem przeczytać dowolnie wybrany fragment Władcy Pierścieni a potem Hobbit, czyli tam i z powrotem i naprawdę nie trzeba być znawcą, aby zorientować się, że choć obie opowieści toczą się w tym samym miejscu, podobnym czasie, a nawet mają tych samych bohaterów; to ich odbiorcą miał być zupełnie kto inny! Jeśli ktoś spodziewał się po Hobbicie powtórki z LOTR, to u podstaw jego rozczarowania leżą z góry przegrane założenia. Rozsądek nakazuje zauważenie różnic na samym początku opowieści – co łączyć może epicką historię o żądzy, opętaniu i honorze dla wyrobionego czytelnika, z zabawną opowiastką dla młodzieży? A przecież należy pamiętać, że Hobbit to ekranizacja książki, która w żaden sposób nie jest w stanie zaspokoić scenariusza w takim stopniu jak LOTR. Jestem przekonana, że osoby, które najpierw obejrzą Hobbita, a później Władcę, będą tym pierwszym zachwyceni. Pod warunkiem, że będą pamiętać o tym, że zekranizowanej książce bliżej jest jednak do Opowieści z Narnii niż trylogii Tolkiena.

Aby być zadowolonym z seansu trzeba pamiętać nie tylko o tym, że jest to opowieść dla młodzieży, ale również o tym, że film należy traktować całościowo. O ile wszystkie części Władcy (taaak, aby walczyć z nieustannym ocenianiem Hobbita przez pryzmat LOTR należy również używać takich porównań) posiadały kompozycję pozwalającą traktować je jako osobne filmy (każdy posiadał bowiem początek, rozwinięcie i sceny kulminacyjne), Hobbit to coś, co najlepiej oglądać ciągiem (proponuję: w czasie jednego dnia lub nocy). Niezwykła podróż to początek, Pustkowie Smauga to część rozwijająca, a Bitwa Pięciu Armii, to niestety już prawie same  kulminacyjne sceny walki. Jako część większej całości, Bitwa jest tworem całkowicie satysfakcjonującym, ale jako osobny film – bardzo rozczarowującym. Nie radzę oglądania go po rocznej przerwie od poprzednich części. O świetnej muzyce, grze aktorskiej i dobrych dialogach (jeśli już się pojawiają) nie muszę chyba wspominać, bowiem można je uznać za standardowe w ekranizacjach Tolkiena tworzonych przez tę ekipę.

Niektórzy zarzucają twórcom, że nie mieli pomysłu na trzecią część i że całość mogła składać się jedynie z dwóch odcinków, ale to kolejna opinia, z którą nie mogę się zgodzić. Dwa pierwsze miały bowiem idealne tempo dla fantastyczno-przygodowego filmu młodzieżowego, a taki zabieg niepotrzebnie przyśpieszyłby fabułę (albo trzeba byłoby ją pociąć, co jest zawsze kiepskim pomysłem). 

Owszem, Bitwa Pięciu Armii gdzieś po godzinie wspaniałych scen ze Smaugiem czy popadającym w obłęd Thorinem, zmienia się w jedno wielkie pole bitwy (która nie jest wcale porywająca, ale na pewno się nie dłuży). Na dodatek są to sceny zrobione na wesoło, przy których człowiek chichocze sobie cichutko. Może to być dużym mankamentem dla kogoś, kto przywykł do trzymających w napięciu, poważnych scen z LOTR. 

Owszem, niektóre pomysły są prześmieszne (patrz: pierwsze prawo fizyki Śródziemia: Legolas jest szybszy od grawitacji), a te fragmenty, które w założeniu miały chyba trzymać w napięciu, również wywoływały ataki śmiechu (i jedne spontaniczne... oklaski. Patrz: Początek starcia Thorina z jego największym wrogiem), a te które miały wzruszać następowały zaraz po tych zabawnych i nawet mi nie zakręciła się łezka w oku. 

Trzeba jednak przyznać, że Hobbit idealnie zazębia się z Władcą Pierścieni i że oprócz efekciarstwa i zbyt rozbuchanych efektów specjalnych (wolałam te bardziej "klasyczne" z ... a zresztą, wiecie skąd, nie będę się powtarzać) jest idealnym filmem dla całej rodziny. 
Aby nie zdradzić za wiele, powiem jeszcze tylko, że zdecydowanie warto obejrzeć ten film, choć nie należy nastawiać się na zbyt wiele. Dla mnie najlepsza była druga część. Tą opinią chciałam jednak obronić honor poczciwego Hobbita. Nawet, jeśli niektóre sceny z Bitwy wywoływały u mnie pobłażliwy uśmieszek. 

Oczywiście można z oślim uporem powtarzać, że Hobbit jest wtórny w stosunku do Władcy, że muzyka jest gorsza, efekty specjalne bardziej dokuczliwe, scenariusz mniej dopracowany, a wielu wątków i scen mogłoby w ogóle nie być (zwłaszcza tych komediowych, bo one przecież nie były zabawne tylko żałosne) itp., tylko w jakim celu? Po co to robić, skoro Hobbit dostarczył nam osiem godzin dobrej rozrywki oraz kilka lat oczekiwania w radosnym napięciu? A Bitwa? Przed nią cieszyłam się jak dziecko ze świątecznego prezentu, a teraz gdy przygoda już się skończyła, mogę spokojnie wrócić do swoich książek i do swojego fotela...

Hobbit jako całość dostaje 9/10 punktów z tym zastrzeżeniem, że Bitwa Pięciu Armii zasłużyła sobie najwyżej na 7.

PS. Ale to nie musi być koniec naszej przygody, przyjaciele. Peter Jackson udowodnił, że potrafi zrobić dobry film (bo tak, dla pewnego przedziału wiekowego to świetny i mądry film o wartościach, przyjaźni i odwadze. Dla tych bardziej wybrednych odbiorców również, gdy chcą się wybrać do bardziej wesołego, niefrasobliwego Śródziemia) nawet z takiej cieniutkiej książeczki jak Hobbit. Coś dokleja, coś dosztukowuje i mamy trzy filmy z 350 stron! Ciekawa jestem, co potrafiłby zrobić z Silmarillionem...
 


niedziela, 9 listopada 2014

Błękitny Księżyc / Simon R. Green, 2009


Gdybym musiała określić tę książkę jednym słowem, nazwałabym ją niefrasobliwą. Gdybym musiała określić dwoma słowami, użyłabym sformuowania opowieść familijna. Gdybym musiała zastanowić się naprawdę mocno, czy ją polecić... cóż... na pewno nie jest to mistrzostwo fantasy, ale kto by się tego czepiał, gdy na zewnątrz szaleje jesień, a ja siedzę oparta plecami o kaloryfer i popijam gorącą herbatę? Tak się składa, że niczego nie muszę, a Błękitny Księżyc z całą pewnością nie należy do lektur obowiązkowych.
Młodszy syn króla to, nie da się ukryć, kłopot. Niebezpiecznie jest go trzymać w zamku, nie wypada też po prostu wyrzucić. A on na dodatek zamiast zginąć na jednej z wielu niebezpiecznych misji, wraca do królestwa jak jakiś cholerny bumerang! Pozyskując przy tym naprawdę niebezpiecznych i przydatnych przyjaciół, tworząc kontrast z następcą tronu, który jest, cóż... zimnym draniem i bawidamkiem.
Książę Rupert chciałby żeby po prostu dano mu spokój, polityka prześladuje go jednak na każdym kroku. Ojciec każe jechać zgładzić smoka, przebyć okropny Czarnobór, w którym żyją demony, a na dodatek okazuje się, że smoka trzeba ratować. Przed księżniczką. I przed śmiercią z nudów. Potem okazje się, że magiczną krainę nęka tak wiele tragicznych wydarzeń, że jasne staje się jedno – powrócił Książę Demonów. Radź sobie, bohaterze! Rusz ratować świat na swoim gderliwym i tchórzliwym jednorożcu.
W angielskojęzycznej Wikipedii można przeczytać, że Błękitny Księżyc był pierwszym bestsellerem Greena i pierwszą z cyklu książek dziejących się w tym uniwersum, jednakże w Polsce nie przyjął się aż tak ciepło, a kontynuacji ni widu ni słychu. I choć Green jest bardzo płodnym autorem, w Polsce próżno szukać tłumaczeń większości jego utworów. Ja swoje egzemplarze znalazłam w koszu po 10 zł w jednym z marketów i nie żałuję wydanych pieniędzy. Trudno zrozumieć, dlaczego Polacy tak chłodno przyjmują zabawne opowieści fantasy – czyżbyśmy nie lubili się śmiać? Nie jest to może opowieść na miarę Tolkiena, ale przecież nie zawsze mamy ochotę wysilać mózg. Zwłaszcza po bardzo długim, pracowitym dniu, Green z powodzeniem może opowiedzieć nam sympatyczną bajkę na dobranoc. Tą samą refleksję miałam widząc, jak mało popularny wśród internautów okazał się być Arcymag Rudazowa, przy którym bawiłam się świetnie.
Green stworzył opowiastkę, której wszyscy bohaterowie – nawet ci źli – mogliby spokojnie zanucić zielono mi. Przywodzi to na myśl cykl ze Świata Dysku, gdzie nawet Śmierć jest sympatyczny. Niestety, Błękitny Księżyc nie jest nawet w jednym procencie tak ciekawy i nie mógłby robić nawet za marny substytut twórczości Pratchetta. Chodzi mi głównie o sposób konstruowania postaci, które są, hm. Sympatyczne. Ponad 700 stron powieści (w Polsce podzielonej na II części) czyta się przyjemnie, z nieodłącznym uśmieszkiem na ustach. Jest jeszcze jedna, wspólna cecha: książki są absolutnie dozwolone dla wszystkich czytelników, którzy potrafią już składać literki. Jeśli kupisz Księżyc nie musisz się obawiać, że Twoja malutka siostra przeczyta w nim coś, czego nie powinna. Owszem, Green puszcza do nas zabawne, erotyczne oczko od czasu do czasu, są to jednak tak subtelne aluzje że żaden dzieciak się nie zorientuje. Tak więc jeśli szukasz książki, którą będziesz mógł czytać młodszemu bratu i przy tym świetnie się bawić, jest to pozycja dla Ciebie. Jeśli szukasz prezentu dla jakiegoś nastolatka, chcąc mu uświadomić moc przyjaźni i lojalności (a Harrego Pottera już ma), podaruj mu Błękitny Księżyc.
Ktoś ginie, kogoś rozszarpują demony, ale nie są specjalnie bardziej przerażające od Muminków. Dla mnie to opowieść na 5/10 punktów. Książka, którą czyta się z przyjemnością, by następnego dnia nie pamiętać imion głównych bohaterów.
A! Warto ją przeczytać dla samego jednorożca!

Ogólnie rzecz biorąc, czuł się mało heroicznie.
- Wyjdź, szkaradna potworo! Ja, książę Rupert z Leśnego Królestwa, przybyłem, by zakończyć twój marny żywot! Stawaj i walcz! 
Przez chwilę nic się nie działo, aż wreszcie z głębi pieczary wydobył się głos.
- Słucham?