Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść szwedzka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść szwedzka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 16 listopada 2014

Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął / Jonas Jonasson, 2012

 Allan miał dość życia, bo życie zdawało się mieć dosyć jego, a on nie był z tych, co się narzucają.
Allana Karlssona poznajemy w dniu jego setnych urodzin, gdy postanawia wyrwać się z nudnego domu starców, a konkretniej wyskoczyć przez okno i odjechać autobusem w kierunku nieznanym nawet sobie. Później przeżywamy z nim niesamowite przygody. Przygody związane z walizką wypchaną pieniędzmi, która "tak jakoś doczepiła się" do Allana na dworcu. Bezkonfliktowy   Allan niezwykle szybko nawiązuje przyjaźnie, pomimo tego, że oskarżony jest o mordowanie motocyklistów. Cóż... nie wszyscy są idealni, a ten staruszek ma przynajmniej wiele ciekawych historii do opowiedzenia. Czegoż to on nie zrobił dla prezydentów USA, Stalina czy chińskich komunistów? Allan nie próżnował przez okrągły wiek, jaki dane mu było przeżyć i chętnie dzieli się swoją historią z czytelnikami. Sekret jego bujnego i udanego życia? Być uprzejmym, pracowitym, poświęcać się całkowicie swojej pasji i pomagać każdemu, kto o tą pomoc poprosi. I oczywiście – trzymać się z daleka od ideologii i polityki. 

Wkrótce Allan i Julij zgodzili się co do tego, że prezydent Nixon niekoniecznie musi usłyszeć prawdę, wystarczy coś, co go uszczęśliwi. Bo szczęśliwy Nixon może uszczęśliwić Breżniewa, a jeśli obaj będą szczęśliwi, nie może przecież być z tego wojny?

W przypadku Allana i jego największej pasji – ładunków wybuchowych, nie opowiadanie się za żadną frakcją polityczną w ciągu trwania II Wojny Światowej oraz Zimnej Wojny, było doprawdy trudne. Jemu się jednak udało, nawet wtedy, gdy konstruował bomby atomowe. Dla każdego, kto sobie tego zażyczył. 

Allan szczerze próbował dalej streścić to, co powiedział tajny doradca Hutton. Mówił coś o tym, że Związek Radziecki zaatakuje Stany Zjednoczone bronią jądrową, albo że nie zaatakuje. Julij znów pokiwał głową i zgodził się, że pewnie tak jest. Albo tak, albo tak, z tym trzeba się liczyć. 
Już od pierwszych stron powieści nie mogłam pozbyć się skojarzenia z Mężczyzna imieniem Ove – najwyraźniej Szwedzi mają skłonności do zabawnego i lekkiego opowiadania o staruszkach. Może to nowa moda, a może potrzeba uświadomienia społeczeństwu jak ważni i ciekawi potrafią być starsi ludzie i jak ważna jest ich rola. W Szwecji, gdzie od lat rządzący starali się zmniejszyć rolę rodziny, a niektórzy przyznają się do chęci jej zniszczenia, taka literatura jest niezwykle ważna. Zwłaszcza, że te wszystkie pouczające przekazy ukryte są wśród świetnych, ciekawych historii, przezabawnych bohaterów i dobrej narracji. Jeszcze kilka takich książek i zostanę wierną fanką szwedzkiego sposobu pisania. Żadnego smędzenia, żadnych wielkich słów – czysta rozrywka i to w dodatku mądra rozrywka. Znacznie lepsza niż oglądanie tyłka Kim Kardashian, choć niejednokrotnie równie absurdalna.

Wprawdzie nie byłem trzeźwy – wyjaśnił pijak – ale nigdy nie jestem aż tak pijany, żeby nie przyjąć czterech butelek wina.

Co w Stulatku śmieszyło mnie najbardziej? Oczywiście, retrospekcje! Nie da się ukryć, że Jonasson odwalił kupę dobrej roboty, ośmieszając wszystkich dyktatorów (i prezydentów, choć w sumie co to za różnica?) i najważniejsze, historyczne wydarzenia polityczne XX wieku. Podręcznik to nie jest, owszem i lepiej nie czerpać z tej powieści żadnych informacji, ale dla kogoś kogo interesuje się historią najnowszą, te absurdy Jonassona to będzie prawdziwa gratka.

Drugie skojarzenie, wynikające z budowy fabuły (książka podzielona jest na wydarzenia współczesne i retrospekcje całego życia Allana) oraz charakteru głównego bohatera to Forrest Gump. Mówiąc o charakterze mam na myśli całkowite podporządkowanie się losowi, wielka uległość wobec spotykanych ludzi i oczywiście – bezinteresowna chęć pomocy, która sprawia, że zarówno Allan jak i Forrest przeżywają niesamowite przygody i są szczęśliwi. Nie można jednak na tej podstawie wnioskować, że Karlsson jest mało inteligentny – jest to zbyt wielkie uproszczenie, którego niestety dopuścili się twórcy ekranizacji Staruszka... Wręcz przeciwnie – sympatyczny bohater przez całe swoje życie wykazywał się niezwykłym sprytem. To, że twórcy adaptacji filmowej wyszli z założenia, że osoba ufna i chętna do pomocy musi być kretynem, stawia ich w jak najgorszym świetle. 

I tu dochodzimy do najgorszego ze wszystkich koszmarów, który przydarzył mi się wczoraj wieczorem – film Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął powinien być reklamowany jako "Prawdopodobnie najgorsza ekranizacja od czasów Władcy Pierścieni z 1978 roku." Film, w którym z ABSOLUTNIE WSZYSTKICH bohaterów zrobiono półgłówków (och Boże, a może nawet gorzej), źle dobrano aktorów, a ponad to w żaden sposób nie oddano klimatu książki. Oczywiście, tfu!rcy mogliby się zasłaniać wybiórczością wątków, której nie dało się uniknąć, aby zmieścić się w czasie i wprost barbarzyńską zmianą fabuły – ale to niczego nie zmienia. Nie jesteśmy przecież naiwni i wiemy, że można zrobić dobry film, ledwie bazując na powieści. Powiedziałabym nawet, że większości współczesnych adaptacji gładko się to udaje – ale nie tej. Najgorszy wieczór od bardzo dawna, nawet depilacja nóg dostarczyłaby mi więcej przyjemności. Wiem, że wielu kinomaniakom ten film się podobał, ale mogę ślepo strzelać, że nie czytali oni książki i zwyczajnie nie mają porównania. Jak można było powieść, przy której ryczałam ze śmiechu (chowając ją pod ławką na uczelni) zekranizować tak, że nie uśmiechnęłam się ani razu? Głównie dlatego, że obrażano w nim postacie, które zdążyłam pokochać? 

Stulatek to nie ten sam poziom co wzmiankowany już Ove, dlatego dostaje ode mnie 7/10 punktów. Za to jego okropna ekranizacja dostaje 3/10 punktów (w tym jeden za słonia i jeden za Stalina z Einsteinem).


PS: chciałabym też podziękować Agnieszce J za pożyczenie mi tej książki - ciężkie jest życie ubogiego blogera książkowego - choć i tak pewnie nie zajrzy do tego posta :)

niedziela, 17 sierpnia 2014

Mężczyzna imieniem Ove / Fredrik Backman

Zatrzymał się przy tablicy oznajmiającej, że ruch samochodowy jest zakazany na całym osiedlu. Kontrolnie kopnął lekko słupek, do którego była przymocowana. Nie żeby tablica była przechylona albo coś w tym rodzaju, ale po prostu zawsze lepiej sprawdzić. A Ove jest mężczyzną tego rodzaju, który zwykł kopać rzeczy, żeby skontrolować, czy wszystko jest w porządku.
Gdyby nie film dokumentalny Postęp po szwedzku i kilka rzeczowych artykułów o tym dziwnym kraju, w którym politycy otwarcie przyznają się do tępienia rodziny (jako najgorszego wroga państwa) a związki homoseksualne zawierane są w świątyniach; wielu z wątków książki po prostu bym nie rozumiała. Dlatego, zanim zainteresujecie się pierworodnym dzieckiem Fredrika Backmana, a waszym jedynym skojarzeniem ze Szwecją jest dobry kryminał, polecam obejrzenie wzmiankowanego filmu. Jeśli nie przestawicie się mentalnie choć odrobinę w stronę realiów książki, wydać wam się może zwyczajnie irracjonalna.

Jak to, główny bohater nie ma nawet sześćdziesiątki a jest uważany za nic nie wartego dinozaura, którym powinna zainteresować się opieka społeczna? Jak to, uważają go za starucha, który powinien przejść na emeryturę i ustąpić miejsca młodszym i lepszym od siebie? 

Jak to możliwe, że żonie chcą odebrać chorego męża, tylko dlatego, że sobie sama nie poradzi i wsadzić go do domu opieki? Jak może stać się coś takiego, że NIE CHCESZ a oni na przekór  pomagają?

Jak to możliwe, że nikogo nie dziwi że syn wyjeżdża do Ameryki i nawet nie dzwoni do swoich rodziców, choć byli porządną rodziną?

Jak to, ludzie nie potrafią odpowietrzyć sobie sami kaloryferów, tylko dzwonią po specjalistę? Może żarówki też nie potrafią wykręcić? To jest dopiero coś, co przedsiębiorczemu Polakowi się w głowie nie mieści!

Mniej więcej tak przedstawia realia życia przeciętnego Szweda Backman i choć jest to napisane z przymrużeniem oka i zazwyczaj zabawnie, jest to po prostu żenujące. Miejscami przytłaczające, miejscami smutne. 
Wyobrażasz sobie sytuację, w której jesteś ostatnim zdrowym na umyśle człowiekiem, który potrafi robić rzeczy? Zaparkować samochód bez automatycznej skrzyni biegów, zmienić coś w mieszkaniu, złożyć łóżeczko dla dziecka, naprawić auto? Wokół pałętają się jacyś ludzie, zaniedbani i z dziwnymi przyzwyczajeniami, którzy na pewno po prostu żyją z zasiłku. Co prawda opowiadają o tym, że są informatykami, ale przecież nawet nie wychodzą do pracy... na dodatek nie potrafią przestrzegać najprostszych praw osiedla, na którym mieszkasz. Praw, które kiedyś sam układałeś, odkąd byłeś przewodniczącym rady osiedlowej! A jedyną osobą, z którą możesz się dogadać i która docenia Twoje starania jest jakaś perska imigrantka?
Nieprzyjemnie, prawda? Więc właśnie Ovemu w życiu wcale nie jest przyjemnie. Pewnie by się skutecznie i z zadowoleniem zabił, gdyby te cholerne bezmózgi nagle nie zaczęły zawracać mu głowy. Ove jest uważany za rozgoryczonego dziwaka. Czy jest nim rzeczywiście?
Dawno żadna postać fikcyjna nie wzbudziła mojej sympatii tak mocno jak Ove. Ove po prostu rozumie jak działają mechanizmy, za to kompletnie nie rozumie jak działają ludzie. A ludzie nie rozumieją Ovego. Bo to już zupełnie inni ludzie, takich jak on jest już niewielu, ludzi którzy po prostu muszą być przydatni. 

Dawno żadnemu autorowi nie udało się tak grać na moich uczuciach. Backman każe: śmiej się. Agnieszka się śmieje. Backman mówi: płacz. Agnieszka płacze. Backman doradza: nie musisz przecież wcale spać. Możesz zacząć czytać Mężczyznę... po południu, skończyć o drugiej w nocy i nastawić budzik na siódmą, żeby dokończyć. Agnieszka... no więc właśnie. 
Książka, która potrafi i rozbawić i rozczulić i nawet zmusić do refleksji. Przede wszystkim posiadająca zabawną, barwną narrację i prześwietne dialogi. 
Dawno nie czytałam tak dobrej książki współczesnej ani tak udanego debiutu. Zajrzyj, a nie pożałujesz!* 
9/10 w skali brudnopisa. Polecam i podpisuję się pod tym obiema łapkami, a nawet może i nóżkami. 

* Nie dotyczy fanów książek z wartką akcją. W Mężczyźnie imieniem Ove praktycznie nic się nie dzieje. To książka dla tych, co ich cieszą dialogi i narracja.