Pokazywanie postów oznaczonych etykietą niemistrzyni. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą niemistrzyni. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 23 lutego 2015

Lód / Anna Kavan, 2007

Powszechnie wiadomo, że wielu artystów jest uzależnionych od środków odurzających. W zasadzie to również moje wyjście alternatywne, jeżeli nikt nie będzie chciał mnie wydać. Torebeczki z białym proszkiem zamienią moje przemyślenia w psychodeliczne przemyślenia, a wtedy sukces gwarantowany. Niestety na razie mnie nie stać, będę zbierać pozostałości używek w apartamentach polskich celebrytów. Anna Kavan, właściwie Helen Emily Woods przez ponad trzydzieści lat była uzależniona od heroiny i wielokrotnie próbowała popełnić samobójstwo. Na okładce czytamy, że jest spadkobierczynią De Quinceya i siostrą Franza Kafki. Została okrzyknięta jednym z najbardziej oryginalnych i najciekawszych pisarzy XX wieku. Powieść Lód została wydana 1967 roku, na język polski przetłumaczona w 2007 i jest to jedyna z kilkunastu powieści Kavan, która została wydana w Polsce.

Bliżej nieokreślona przyszłość, bezimienni bohaterowie, miasta bez nazw – Kavan nie podaje żadnych konkretów. Na Ziemi panuje wszechogarniające zimno, następuje zlodowacenie planety i nie ma możliwości ucieczki. Władze manipulują informacjami i nie podają rozmiaru zagrożenia jakie niesie ze sobą nienaturalne zimno. Główny bohater podąża za kobietą, którą jest zafascynowany, do tego stopnia, że naraża swoje życie. Dziewczyna opisywana jest jako eteryczna, bezbronna i wychudzona. 

Kiedy jedliśmy, zerkałem na nią, na włosy błyszczące srebrem, bladą, prawie przezroczystą skórę, wystające, kruche kości nadgarstków.

Gdy trafia na jej trop dowiaduję się, że jest przetrzymywana przez namiestnika tego państwa. Od tej chwili za wszelką cenę próbuje być jak najbliżej niej. Okłamuje rządzącego i podaje się za historyka, by uzyskać możliwość pozostania w państwie. Namiestnik ma jednak inne plany, jest równie mocno urzeczony kobietą. 

Mężczyzna zadawał dziewczynie coraz większy ból, zmusił , aby na niego spojrzała. Aby jeszcze bardziej ją pognębić, zatopił w jej szeroko otwartych oczach swoje aroganckie, lodowobłękitne spojrzenie. [...] Pochylił się, uklęknął na łóżku i popchnął dziewczynę, kładąc ręce na jej ramionach. Poddała mu się; ciało zdobyło się na ruchy naśladujące rytm mężczyzny. 

Czytając Lód zastanawiałam się co i ile trzeba brać, żeby napisać coś takiego. Fabuła jest bardzo skomplikowana – wizje głównego bohatera przeplatają się z wydarzeniami i niektóre fragmenty trzeba czytać dwa razy. Choć ten drugi raz też nie gwarantuje, że zrozumiemy o co chodzi. Świat opisywany przez Kavan jest anonimowy, pozbawiony sensu, a przede wszystkim oniryczny. Z jednej strony jest piękny, cichy i pokryty krystalicznym lodem (mam słabość do wszelkich zimnych krain), a za chwilę staje się miejscem z najmroczniejszego koszmaru.

Moje okno wychodziło na pustą, pogrążoną w bezruchu przestrzeń. W pobliżu nie było widać żadnych domów, tylko resztki muru, blady pas śniegu, fiord, las jodłowy i góry. Żadnych kolorów, jedynie monotonne odcienie szarości: od czerni do całkowicie martwej bieli śniegu. Martwa woda zastygła w śmiertelnej ciszy i tylko szeregi czarnych drzew napierały zewsząd, jednako ponure.

Równie dziwne są relacje miedzy kobietą a zafascynowanymi nią mężczyznami. Ich fascynacja jest na tyle silna, że przeobraża się w obsesje i ma negatywne skutki. Dziewczyna na samym początku wzbudza w nich ojcowskie uczucia, chcą się nią opiekować i chronić przed nadchodzącym kataklizmem. Uległość i kruchość dziewczyny z czasem wywołuję u nich chęć znęcania się fizycznego i psychicznego. Gwałty, poniżanie i zamykanie w pokoju doprowadza do tego, że dziewczyna stale ucieka i trafia w ręce następnego oprawcy. 

Książka jest po prostu dziwna, momentami intrygująca, mocno psychodeliczna. Nie ma się co dziwić, autorka przez większość życia była na haju. Porównanie Kavan do Kafki jest jednak mocno naciągane, fani Procesu będą rozczarowani. Do tego wszystkiego mamy fatalną okładkę, która w ogóle nie wpisuję się klimat książki. Książka kosztowała dwa złote (kosze z książkami w hipermarketach to raj dla moli książkowych), więc dużo nie straciłam. I nie zyskałam zbyt wiele, oprócz przyjemności z czytania opisów wiecznej zmarzliny.

sobota, 14 lutego 2015

Na każde jego żądanie / Sara Faweks, 2012

Tłusty czwartek? Nie! Piątek trzynastego? Nie! Walentynki? Tak! Ale tylko dlatego, że w kinach premiera filmu opartego na światowym bestsellerze, oczywiście chodzi o 50 twarzy Grey'a. Od kilku tygodni w autobusach widuje panie i panów (Stary, czytałeś? Ta laska nigdy nie mówi, że boli ją głowa!) nadrabiających lekturę przed seansem. Internauci też żyją ekranizacją i wyciekami najnowszych scen, wszędzie szare szaleństwo. Pewnie Sasha Grey również zaobserwuje większą oglądalność swoich filmów… Ten tydzień zasłużył na tytuł Grey’owego, dlatego też wygrzebałyśmy z Brudnopisem romansidła do zrecenzowania. Na każde jego żądanie jak informuje okładka zdobyło 1 miejsce w Amazonie w kategorii erotyka oraz ma więcej akcji i więcej erotyki niż w Pięćdziesięciu twarzach Grey’a – a o to trzeba przyznać, że nie trudno. W takim razie zaczynamy.

Lucy to szara myszka pracująca w korporacji, nie robi nic szczególnego – wklepuje dane do komputera. To nie jest jej wymarzona praca, chciała zostać prawniczką, niestety śmierć rodziców przekreśliła jej życiowe plany. Nieśmiała, ledwo wiążąca koniec z końcem dziewczyna, nie mająca zbyt ciekawego życia prywatnego przeprowadza się do Nowego Jorku, gdzie próbuje ułożyć sobie wszystko od początku. Generalnie idealny materiał na erotyczną niewolnicę. Od kilku miesięcy, codziennie w windzie widuje obłędnego mężczyznę, od którego bije aura wyższych sfer. Dziewczyna nie może się opamiętać i fantazjuje o nim dzień i noc. Pewnego dnia zostają sami w windzie i los się do niej uśmiecha. Wymarzony facet nie jest zainteresowany rozmową, ale z chęcią rozbiera ją z majteczek. To wszystko moi drodzy, na pierwszych trzech stronach, potem temperatura już tylko rośnie.

- Chciałabyś, żebym pozwolił ci dojść, kociczko?

Kociczka się zgadza i zostaje osobistą asystentką Jeremiah’a Hamilton’a, tajemniczego milionera. Tak zaczyna się jej życie ociekające luksusem (w tej historii mamy też prywatny samolot) i wyczerpującym seksem.

– Przywiozłeś mnie na Utach Beach – wyszeptałam oszołomiona. Utach Beach naprawdę?

Niestety tylko przez pierwsze kilkanaście stron jest tak kolorowo. Okazuje się, że Jeremiah Hamilton jest dżentelmen z mroczną przeszłością i ma brata, który jest równie mocno zainteresowany Lucy. Rywalizacja, brudne interesy i snajperzy – to czeka Was w tej książce. I seksy rzecz jasna!

Mruknął z aprobatą i puścił mnie, a zamiast tego zajął się rozpinaniem spodni.
– Nie obiecuję, że będę delikatny – warknął głosem schrypniętym z żądzy – zbyt długo na to czekałem, ale obiecuję skończyć to, co zacznę.

Naprawdę nie wierzyłam, że kiedyś znajdę i przeczytam coś gorszego od 50 twarzy Grey'a, ale dziś właśnie jest ten moment. Na mojej liście najgorszych książek zmienia się pierwsze miejsce, teraz zajmuje go Na każde jego żądanie. Przeczytanie tej książki do końca, było dla mnie nie lada wyzwaniem, nie wiedziałam czy śmiać się czy płakać. Książka napisana jest językiem bardzo prostym, momentami wręcz wulgarnym. Jest to dość zabawne ponieważ narracja jest pierwszoosobowa, a główna bohaterka chwali się, że czyta National Geographic i jest osobą wykształconą. Większa część książki to opisy ekscesów seksualnych i autorka nie owija w bawełnę – jest po prostu ostro i barbarzyńsko. 50 twarzy Greya’a przy tej książce to bajka na dobranoc. Główna bohaterka daje świetny przykład młodym dziewczynom (Mamo znalazłam pracę, zostałam asystentką!), spełnia wszystkie perwersyjne zachcianki milionera w zamian za utrzymanie.

Będę się smażyć w piekle za moje bardzo subiektywne recenzje. Niestety o Na każde jego żądanie nie napiszę nic więcej, bo nic ciekawego w tej książce nie ma. Szokiem dla mnie było, że ta historia ma już trzy tomy i sprzedaje się jak świeże pączuszki. Ja nie polecam, a nawet odradzam. 

niedziela, 1 lutego 2015

Słowo na M / Michael Dowse, 2013

Skusiłam się na ten film ze względu na Daniela Radcliffe'a w obsadzie. Przez siedem części Harry'ego Potter'a chłopak miał taką samą minę, ale w filmie Rogi zagrał bardzo przyzwoicie. Dałam Danielowi jeszcze jedną szansę, w dodatku Słowo na M to komedia romantyczna. Ckliwy Harry Potter? Idealny na leniwą niedzielę.

Wallace to przeciętny chłopak, mieszka w Toronto i ma najnudniejszą pracę na świecie – pisze instrukcje obsługi oprogramowania. Chciał zostać lekarzem i uczęszczał na staż medyczny razem ze swoją dziewczyną, niestety ona była bardziej zainteresowana igraszkami na zapleczu z bardziej doświadczonymi doktorami. Wallace po tych wydarzeniach zamyka się w sobie, rezygnuje ze spotkań ze kumplami, przesiaduje na dachu patrząc w gwiazdy i po raz setny ogląda Narzeczoną dla księcia. Nie chce już wierzyć w słowo na m, swoją czułość  i romantyzm ukrywa pod skorupą cynizmu. Wszystko jednak zmienia się, kiedy poznaje animatorkę Chantry. Wystarczyło kilka minut, by Wallace zdał sobie sprawę, że właśnie poznał kobietę swojego życia. Wszystko fajnie, tylko Chantry jest w związku z pięcioletnim stażem. Wallance nie chce stracić z nią kontaktu i zgadza się na friendzone, z którego jak wszyscy wiemy – nawet najsilniejsi nie wychodzą bez uszczerbku na zdrowiu psychicznym. Chłopak dzielnie trwa przy boku Chantry i jeszcze mocniej się zakochuje, a ona nie może się zdecydować, co zrobić – jak większość kobiet.

W swoim życiu oglądałam już dziesiątki komedii romantycznych opartych na motywie miłosnego trójkąta i Słowem na M jestem pozytywnie zaskoczona. Pomimo tego, że wiemy czego możemy spodziewać się po filmie, czyli happy endu i romantycznych uniesień, ogląda się z przyjemnością i powiedziałabym, że ze swoistą „świeżością”. Michael Dowse odchodzi od hollywoodzkiej konwencji komedii romantycznej i daje bohaterom świetne poczucie humoru, wiele wad i wygląd zewnętrzny pozostawiający wiele do życzenia, oczywiście jeżeli chodzi o przyjęty w dzisiejszych czasach kanon urody. Nie ma osobistych helikopterów, wystawnych przyjęć i zrozpaczonego kopciuszka, który staje się piękną księżniczką. Bohaterowie to zwykli ludzie, którzy zmagają się nie tylko z uczuciem, ale i codziennym życiem. Reżyser nie skupia się tylko na dobrej stronie miłości, pokazuje nam jak ciężko jest dokonywać wyborów i ile wyrzeczeń czeka na nas, jeżeli chcemy stworzyć dobry związek i jak ważna jest właściwa komunikacja międzyludzka. Nadawanie na tych samych falach to połowa miłosnego sukcesu - taką komunikację z kolei rewelacyjnie pokazują przemyślane i inteligentne dialogi. Uważam, że to jeden z najlepszych scenariuszy wśród komedii romantycznych, ironia przeplatana czułością, nie taką cukierkową i tanią w stylu „Czy bardzo bolało jak spadałaś z nieba?”. Nie bez powodu scenariusz filmu znalazł się na prestiżowej Czarnej Liście najlepszych scenariuszy. Podejrzewam, że nawet największym przeciwnikom komedii romantycznych, kilka scen wywołałoby szeroki uśmiech na twarzy. Ja śmiałam się w głos i spędziłam przyjemne 102 minuty. Do tego ostatnio mam szczęście do filmów ze świetnymi soundtrackami, nowo poznane piosenki już trafiły do ulubionych, szczególnie spodobały mi się utwory Patricka Watsona.



Daniel Radcliffe po raz kolejny udowodnił mi, że jednak potrafi grać, idealnie odnalazł się w roli sponiewieranego przez życie chłopaka z niemałym intelektem. Zachwyciło mnie jeszcze tłumaczenie tytułu filmu z angielskiego What if  mamy polskie Słowo na M. Film romantyczny, ale nie przesłodzony - tylko tak jestem sobie w stanie wytłumaczyć zjedzenie w trakcie seansu tony ciasteczek cynamonowych...


wtorek, 27 stycznia 2015

Saint Laurent / Bertrand Bonello, 2014

Yvres Saint Laurent – mężczyzna, który zrewolucjonizował światową modę, artysta i wizjoner. Homoseksualista uzależniony od narkotyków i alkoholu. Powszechnie wiadomo, że każdy geniusz ma swoje szaleństwa, Yvers Saint Laurent miał bogaty wachlarz dziwactw. Swoim kochankom powtarzał:Lubię ciała, których dusze przebywają gdzie indziej. Kochał nie tylko mężczyzn, na swój sposób kochał również płeć piękną, jako pierwszy ubrał kobietę w smoking. Na pogrzebie w 2008 roku, jego współpracownik i wieloletni partner Pierre Berege powiedział: Chanel podarowała kobietom wolność, ale Saint Laurant dał im siłę. 

W 2014 roku powstały dwa filmy oparte na życiu francuskiego projektanta, ja obejrzałam produkcję Saint Laurent w reżyserii Bertrand’a Bonello i nie zawiodłam się. Bertrand Bonello skupia się na okresie, w którym Yvers Saint Laurent odnosił największe sukcesy, jednocześnie silniej popadając w uzależnienia. Rozkwit potęgi YSL przypada na lata 60 i 70 ubiegłego wieku, oglądamy więc tworzenie i przygotowania do jego najlepszych kolekcji, kontrastem są porażki w życiu prywatnym, które reżyser przedstawia bardzo dokładnie – nocne kluby, biały proszek i homoseksualne orgie to większa część dnia kreatora mody. Film tylko zarysowuje traumatyczne przeżycia YSL mające miejsce przed osiągnięciem światowej sławy, służba w wojsku podczas wojny w Algierii, pobyt w szpitalu psychiatrycznym i leczenie homoseksualizmu wstrząsami elektrycznymi odcisnęły piętno na psychice projektanta. Reżyser skupia się również na burzliwym romansie z Jacquesem de Bascherem, który przyczynił się do upadku moralnego Yvers Saint Laurenta.


Po pierwsze, największym plusem filmu jest ścieżka dźwiękowa, jest to mieszanka kilku stylów muzycznych, mamy przyjemność posłuchać  Marii Callas i Lee Fields. Po drugie, bardzo podobał mi się zabieg reżysera mający na celu uwydatnienie kontrastu między światem bogatego geja, przepełnionego blichtrem i artystycznymi uniesieniami, a światem w którym trwa wojna, strajki i głód. W postać projektanta wcieli się Gaspard Ulliel, który świetnie odnalazł się w tej roli i nawet wystylizowany na homoseksualistę mógł wzbudzać zainteresowanie kobiet. Moje wzbudzał, szczególnie w filmie Księżniczka Montpensier. Nie będę ukrywać – dużo penisów i gejowskich pocałunków, więc nie każdemu film przypadnie do gustu. Dla mnie najbardziej urzekające było nawiązywanie do literatury, malarstwa i muzyki. Yves Sant Laurent przy tworzeniu swoich kolekcji inspirował się Warholem, Proustem, Cocteau i innymi wielkimi artystami. Sam był artystą, który zapisał się na stałe w historii mody. Do tego wszystkiego piękne zdjęcia –zachwycające pokazy mody, oddające charakter projektanta, szczególnie pokaz z 1976 inspirowany kostiumami Leona Baksta dla Baletów Rosyjskich. Pozwolę sobie jeszcze raz zacytować jego partnera Pierra Berege, który o wirtuozowskiej modzie YSL mówił:polega ona na tym, że każda kolekcja stanowi dla niego środek do ożywiania marzeń, wyrażania fantazji, konfrontowania się z mitem, i tworzenia z nich współczesnej mody. Reżyser rzuca również światło na środowisko homoseksualne w ówczesnych latach i funkcjonowanie paryskich domów mody.



Saint Laurent to film dla miłośników mody, a przede wszystkim Yvres Saint Laurenta. Bez podstawowej wiedzy o życiu projektanta, wiele wątków może być dla odbiorcy niezrozumiałych. Moje zainteresowanie zrodziło się z obsesji na punkcie perfum (należę do kobiet skupujących urocze flakoniki), YSL oprócz ubrań na rynek wprowadził sygnowane swoim nazwiskiem perfumy, do dziś te zapachy cieszą się popularnością. Dla mnie Saint Laurent był rozrywką intelektualną, o niebo lepszą niż książka Zarys ekonomii międzynarodowej, którą powinnam przyswoić - sesja is coming. 

środa, 21 stycznia 2015

Zaginiona dziewczyna / Gillian Flynn, 2012 (książka) David Fincher, 2014 (film)

Po Zaginioną dziewczynę sięgnęłam, gdy na ulicach pojawiły się plakaty promujące film na podstawie książki. Przyznaje się, że nie miałam pojęcia kim jest autor i przed rozpoczęciem lektury się w to nie zagłębiałam, raczej stronię od światowych bestsellerów. A tu takie zaskoczenie… Przeczytałam 500 stronicową książkę w niecałe dwa dni i w momencie kiedy zorientowałam się, że autor jest kobietą, moje zaskoczenie było jeszcze większe. Nie kłamię – zaoferowana powieścią, nie zwróciłam uwagi na nadjeżdżający tramwaj dobrze, że pan maszynista zatrąbił, inaczej Zaginiona Dziewczyna byłaby ostatnią książką, jaką w życiu przeczytałam :) Co mnie w niej tak urzekło?

Amy i Nick Dunne obchodzą piątą rocznicę ślubu. W ciągu pięciu wspólnych lat przetrwali wiele przeciwności losu – stratę pracy, przeprowadzkę z ekskluzywnej dzielnicy Nowego Jorku do rodzinnej miejscowości Nicka i śmierć jego matki. Ich sytuacja finansowa nie wygląda ciekawie, Amy za ostatnie pieniądze kupiła mężowi bar, który nie przynosi oczekiwanych dochodów. Rocznica mimo wszystko pozostanie niezapomniana i to nie za sprawą romantycznej kolacji – Amy zniknęła. Tak po prostu i bez śladu. Policja wszczyna dochodzenie i sprawy przybierają niespodziewany obrót – Nick staje się głównym podejrzanym. Funkcjonariusze wysnuwają takie wnioski nie bez powodu. Amy Dunne to piękna, wykształcona i inteligentna kobieta. Pochodzi z dobrej i majętnej rodziny – jej rodzicie zbili fortunę na książkach, których inspiracją była ona sama -  „Niezwykła Amy”, tak nazywała się seria książek bijących rekordy popularności. Nick to zwykły pisarzyna - trafiło mu się jak ślepej kurze ziarno. Oczywiście jest błyskotliwy i ma trochę uroku osobistego, szczególnie w spodniach. Czy Nick nie mógł znieść wyższości żony i tego, że był jej utrzymankiem? Czy Amy stała się zimną, sfrustrowaną żoną? Czy Nick pozbył jej się bez mrugnięcia okiem?

I w tym momencie wsiadamy w kryminalny rollercoaster. Dwie narracje – z punktu widzenia Amy i Nicka. Każda kolejna strona odkrywa przed nami tajemnice ich małżeństwa i zaginięcia kobiety. Nie chcę spoilerować, bo zepsułabym Wam całą zabawę. Z rozdziału na rozdział autorka podkręca atmosferę i nie możemy doczekać się rozwiązania zagadki, „wchodzimy” w świat przedstawiony i długo po odłożeniu książki w nim pozostajemy. Autorka precyzyjnie tworzy portrety psychologicznego bohaterów i tka misterną fabułę, lepką jak pajęcza sieć.  Zaginiona dziewczyna to nie tylko świetny thriller, to również historia o małżeńskiej relacji przepełnionej kłamstwami i wyobrażeniami sprzed lat. Gillian Flynn przywróciła mi wiarę w piszące kobiety, jak widać potrafimy stworzyć coś bardziej ambitnego od ckliwych romansideł. Dla mnie Zaginiona dziewczyna jest najlepszym kryminałem jaki przeczytałam w ubiegłym roku. Recenzja trochę później właśnie ze względu na ekranizację, którą obejrzałam dopiero teraz i chciałam zobaczyć, jak  reżyser sobie poradził i czy bardzo będę ubolewać.


Nie(stety) kolejne zaskoczenie i nie mam co krytykować – David Fincher (reżyser takich filmów jak Dziewczyna z tatuażem i Ciekawy przypadek Benjamina Buttona) stworzył naprawdę dobrą ekranizację. Dla osób, które czytały powieść jest to idealne dopełnienie historii Amy i Nicka. Po pierwsze – rewelacyjnie dobrani aktorzy, Ben Affleck i Rosamund Pike w rolach głównych to trafny wybór. Nawet Emily Ratajkowski, która została zaangażowana do roli drugoplanowej całkiem nieźle gra i nie tylko dzięki pokazywaniu piersi, w czym jest świetna na co dzień. Zabiegiem, który sprawdził się w tym filmie to kręcenie scen z dwóch punktów widzenia (tak jak w powieści), zdanie żony przeciwko zdaniu męża. Dzięki temu nic nie jest oczywiste i przez cały czas odbiorca zadaje sobie pytanie „Winny czy niewinny?”. O filmie było w mediach głośno i moim zdaniem słusznie, jest to jeden z lepszych filmów 2014 roku. Nie mogę jednak całej zasługi przypisywać reżyserowi, Fincher dostał świetny materiał i przy tworzeniu współpracował z Flynn, miał ułatwione zadanie. Mimo wszystko oddał założenia książki – pokazał małżeństwo jako cyniczną i przerysowaną instytucję. Pod lupę zostały wzięte również amerykańskie media, które z łatwością żerują na ludzkiej krzywdzie i z dnia na dzień zmieniają swoich ulubieńców.



Podsumowując Zaginiona Dziewczyna w wersji papierowej i filmowej jest godna polecenia. Dla mnie jednak fascynującym odkryciem jest Gillian Flynn, kobieta posiada bowiem wielki talent. Tak wiem, że jest to czytadło, ale na naprawdę dobrym poziomie. 

wtorek, 13 stycznia 2015

Aktorki. Spotkania / Łukasz Maciejewski, 2012

Dwadzieścia kobiet – aktorek, które na zawsze zapisały się w historii teatru i kina polskiego. Prawie siedemset stron wspomnień i zabawnych anegdot spisanych przez Łukasza Maciejewskiego, krytyka filmowego i teatralnego. Jak zaczynała się ich przygoda z teatrem? Jaka rola przyniosła im największą popularność? Jakie mają zainteresowania poza aktorstwem? Na te pytania aktorki odpowiadają Maciejewskiemu z dystansem do siebie i dużą dozą optymizmu i humoru.

Od królowej polskiej sceny teatralnej Niny Andrycz po posiadaczkę nieziemskich nóg – Danutę Stenkę. Wśród nich kilka moich ulubionych twarzy: Feldman, Dymna i Lipińska. Krystyna Feldman znana wszystkim jako Babcia Kiepska ujmowała talentem, dobrocią i silnym charakterem. 

Kiedy zjawiłem się na planie Mojego Nikifora w Krynicy, do Feldman zadzwonił ktoś z show Kuby Wojewódzkiego, żeby zaprosić aktorkę do programu. W odpowiedzi usłyszał: Dziecinko, przekaż temu panu, żeby mnie w dupę pocałował.  


Do Anny Dymnej zapałałam sympatią jako dziecko, kiedy przy boku matki oglądałam powtórki Janosika i Znachora . Pomimo upływu lat i tak znaczącej zmiany w wyglądzie zewnętrznym, skupia uwagę w ten sam, hipnotyzujący sposób.

Mojemu pokoleniu ani tak zwana popularność, ani pieniądze właściwie nie były potrzebne. Miałam dobrych przyjaciół, forsy wystarczało na wódeczkę albo na to, żeby kotu kupić ryby. A kiedy byliśmy głodni, wtedy podżerało się rybki kota. Ja tak żyłam. Spotykaliśmy się z ludźmi, było wesoło; teraz życie polega na czymś zupełnie innym – i ja tym młodym naprawdę głęboko współczuję.

Marta Lipińska to najlepsza gospodyni księdza, jaką dał nam serial Ranczo. Mi osobiście najbardziej podobała się w spektaklu Namiętna kobieta, który mogłabym oglądać dziesiątki razy. Świetnie przekazuje emocje na deskach teatru, a równocześnie potrafi zachwycić na szklanym ekranie.

Nie gwiazdorzę, nie szastam pieniędzmi, szanuję każdą pracę i pracę każdego człowieka. Pod wieloma względami jestem staroświecka. Nie mam ochoty z tym walczyć. Przez wiele lat śmiałam się, że męża zabrała mi „komputerzyca”. Dzisiaj wiem, że walka z tą konkurentką jest z góry skazana na przegraną. Zaakceptowałam warunki, ale sama się nie ugięłam. Zamiast przesiadywać godzinami w Internecie, wolę przeczytać dobrą książkę.

Po zakończeniu lektury dopadł mnie melancholijny nastrój. Książka odkrywa przed nami życie kobiet, które posiadały talent i były świetne przygotowanie do zawodu. Były i są to kobiety inteligentne, wykształcone, pracowite i mające poczucie misji. Niektóre z nich przeżyły wojnę i pracowały jako kelnerki za gorsze – wszystko było lepsze od pracy dla wroga. Odczuwały skutki stalinizmu i komunizmu, wpadały w nałogi i  traciły najbliższych. Mimo to były przykładem dla innych i miały rzeszę wiernych fanów. Życiem prywatnym nie dzieliły się z takim zapałem, jak większość współczesnych gwiazd. Pieniądze w ich życiu były ważne, ale nie najważniejsze. Kobiety z klasą, które nie musiały odsłaniać ciała, by zaistnieć. Kobiety, które wzbudzały w publiczności najskrytsze uczucia. Teraz mamy celebrytki, potrafiące robić sobie świetne selfie i dobrze prezentujące się na ściankach. Warsztatowo radzą sobie znacznie gorzej – ta sama mina przez kilkadziesiąt odcinków. Oczywiście nie chcę kategoryzować, mimo wszystko jest coraz mniej utalentowanych i wykształconych aktorów, nie tylko w Polsce.

Aktorki. Spotkania to bardzo ciekawa pozycja. Muszę jednak zaznaczyć, że jeżeli czytelnik na co dzień nie interesuje się teatrem i kinem, ilość opisanych spektakli i nazwisk reżyserów może być trudna do przebrnięcia. Szczególnie dla mojego pokolenia, które o wspomnianych spektaklach może jedynie przeczytać recenzje i nie zobaczy ich już na żywo. Wywiady przenoszą nas do czasów rozkwitu teatru i kina w naszym kraju, do czasów wielkich i znakomitych osobowości w kulturalnym świecie. Łukasz Maciejewski to pasjonat i wydobywa z tych rozmów wszystko to, co najlepsze. Jedyny minus - za mało zdjęć, a z wielką chęcią oglądałam portrety aktorek z młodzieńczych lat. Książka Aktorki. Spotkania to nie tylko wspomnienia, ale również małe kompendium wiedzy filmowo-teatralnej. Polecam wszystkim, ja znalazłam kilka polskich kultowych filmów, których nie oglądałam i zamierzam nadrobić zaległości. 

wtorek, 6 stycznia 2015

Pokolenie Ikea / Piotr C., 2012

Pokolenie Ikea - ludzie, których stać na kupno mieszkania na kredyt, ale już nie stać na jego urządzenie. Pokolenie Ikea zamiast na łóżku sypia na materacu rzuconym na podłogę, zamiast szafy używa papierowych kartonów, a za kuchnię starcza mu elektryczny czajnik i zestaw chińskich zupek błyskawicznych. Cechy charakterystyczne: papierowa lampa kula z Ikea za 25 zł oraz zestaw regałów Billy po 99 zł sztuka. Pokolenie Ikea to zazwyczaj mieszkający w dużych miastach element napływowy z małych miasteczek. Większość czasu spędza w pracy. Więzi międzyludzkie utrzymuje za pomocą komputera. Jego marzenia to stały i niczym nieograniczony dostęp do Internetu. W sieci spotyka swoich partnerów seksualnych, w sieci się z nimi kłóci i przez sieć ich rzuca.

Autor książki, Piotr C. to prawnik pracujący w warszawskiej korporacji. Skończył prawo ze średnią 4,7, wziął mieszkanie na kredyt, a weekendami wyrywa dziewczyny na jedną noc. Pokolenie Ikea to opowieść o ludziach, którzy zachłysnęli się wielkomiejskim życiem i wciąż gonią za pieniędzmi, miesiącami odkładając na zlew za trzy tysiące i designerskie krzesła do kuchni. Wszyscy chcą być fit, trendy i imprezować w najlepszych warszawskich klubach. Białym proszkiem też nie gardzą. Piotr C. opisuje fragment swojego jakże barwnego życia i prawa jakie w nim rządzą.

Dla faceta najlepszym wiekiem na małżeństwo jest 39 i pół.
Jakiś facet spod Sosnowca strącił chujem odrzutowiec.
To, jak rozumiem, oznacza, moja droga przyjaciółko Olgo, zdrowy sceptycyzm?
Możesz tak to sobie tłumaczyć. Czy te 39 i pół oznacza, że chcesz wyglądać jak Karolak i kupisz sobie gitarę? Od razu ci wobec tego powiem, że nie lubię Karolaka.
Bo?
Brzydzę się go. Ta jego szpara w zębach też mnie brzydzi, ale generalnie brzydzi mnie całokształt.
Mnie się podoba. A 39 i pół, bo to jest pierwszy moment, kiedy facet osiąga zen. Stan równowagi pomiędzy swoim penisem i swoim mózgiem. Co prawda za dwa trzy lata zaczyna się kryzys wieku średniego i znowu zacznie nim rządzić penis, ale ze trzy lata jest spokój. Aha, i czasami wystarczy, że facet sobie kupi nowy samochód i to kryzys załatwia.

Miałam przeczytać tę książkę już wcześniej, ale zawsze było coś ciekawszego. W końcu trafiłam na bloga, który prowadzi Piotr C. i po chwili zaczęłam rozumieć fenomen Pokolenia Ikea, na Facebooku lubi go 77 009 osób. Książka sprzedała się całkiem nieźle, jest już druga cześć Pokolenia Ikea. Kobiety, na pewno do niej zajrzę. Czytałam też wiele negatywnych opinii na temat tej książki, tylko nie rozumiem czym tu się oburzać? Chyba kolącą w oczy prawdą. Tak właśnie wygląda życie w Warszawie, a nawet jeszcze gorzej i nie tylko w Warszawie, w każdym większym mieście na świecie. Fakt, nie wszyscy prowadzą high life, są też ludzie doceniający w życiu coś więcej niż pieniądze, ale niestety to jest mniejszość. Autor nie szczędzi opisywania swoich podbojów seksualnych, a z tekstu wynika, że miał ich ponad setkę. Trzydziestolatek nie myśli o małżeństwie
i założeniu rodziny, tylko o tym, która dziewczyna w windzie ma lepsze cycki. Generalnie dużo cycków, dup i robienia lasek. Wiele pań pisze, że jest to obrzydliwe i prostackie. Tak, to właśnie takie jest i nie ma się co oszukiwać, tak funkcjonują mężczyźni (uprzedzam - wiem, że nie wszyscy), rozluźnienie obyczajowe tylko zwiększa pole do popisu. Przystojny i wykształcony mężczyzna (większość dziewczyn uznałaby go za dobrym materiał na faceta) ogląda w pracy portale randkowe
i piszę z gorącymi kiciami. Żonaci koledzy też ukradkiem spoglądają przez ramię.

#Kicia: Jesteś wybredny, ja to ta blondynka w różowej bluzeczce i niebieskiej spódniczce, myślę, że spełniam Twoje oczekiwania!.
Otwieraj, otwieraj.
Spojrzałem na fotę.
W sumie to wygląda nieźle. Szmatowato, ale nieźle.

O takiej Warszawie w przewodnikach nie przeczytacie, o Warszawie pełnej biurowców, drogich aut i markowych ubrań. O ludziach, którzy biorą kredyty nie tylko na mieszkania, ale również na ciuchy – by zdobyć pozycje w towarzystwie, o ludziach zatraconych w gonitwie szczurów. Piotr C. od razu skojarzył mi się z Hank’iem Moody’m z Californication, tylko Hank miał talent. Nie jestem oburzona i zniesmaczona, nie widzę powodu. Zbyt często jestem w Warszawie, by móc przeczyć temu, o czym pisze Piotr C. Rozczarowały mnie tylko zapożyczenia z innych utworów i naciągane dialogi. Książka momentami naprawdę zabawna - kolokwialnie i obrazowo. Nie wymaga wysiłku intelektualnego, w trakcie męczącej choroby w sam raz.  

niedziela, 28 grudnia 2014

Black Ice / Becca Fitzpatrick, 2014

Po przeczytaniu tej książki nasuwają mi się dwa spostrzeżenia. Po pierwsze, ciężko mi się do tego przyznać, ale się zestarzałam. Po drugie poziom literatury dla młodzieży z roku na rok jest coraz gorszy.  Becca Fitzpatrick zdobyła popularność sagą Szeptem. Czytałam tyko pierwszą część kilka dobrych lat temu i jak przez mgłę pamiętam główny wątek – miłość nastolatki do upadłego anioła. Wśród boomu na wampiry i wilkołaki, anioł wypadł całkiem nieźle. Black Ice to pierwsza książka, w której autorka odchodzi od fantastyki i daje nam kryminał. Ciężko mi w to uwierzyć, ale właśnie do tej kategorii zaliczono Black Ice.

Główna bohaterka Britt przygotowywała się do wyprawy w góry Treton prawie przez cały rok. Ta wycieczka ma być dla niej szybkim kursem samodzielności i rozstaniem się z dręczącymi ją wspomnieniami o byłym chłopaku.  Britt zaplanowała podróż ze swoją najlepszą przyjaciółką Krobie, która do towarzystwa postanowiła zabrać swojego nowego faceta. Jednak rodzice postawili Krobie jeden warunek – ma z nimi jechać jej starszy brat, Calvin. Niestety, to Calvin jest byłym chłopakiem Britt, który porzucił ją po wyjeździe na studia. Britt postanawia zachować zimną krew i bez dziecinnych rozterek udowodnić mu, że to była najgorsza decyzja w jego życiu. Dziewczyny spakowały potrzebny sprzęt, ciepłe ubrania i ruszyły do zimowej rezydencji rodziców Krobie znajdującej się tuż obok szlaku, którym miały wędrować i spotkać się z chłopakami. W połowie drogi złapała ich śnieżyca, niska temperatura i coraz silniejsze opady zmusiły dziewczyny do opuszczenia samochodu i szukania pomocy. Schronienie znalazły w górskim domku ukrytym wśród drzew. Oprócz schronienia znalazły dwóch tajemniczych, ale bardzo sympatycznych i przystojnych mężczyzn służących pomocą damom w opałach. Nie trwało to długo, w jednej chwili Britt i Krobie stały się zakładniczkami – ciężko się sprzeciwić, jeżeli facet grozi pistoletem najlepszej przyjaciółce.  To nie wszystko -  Britt w schowku znajduję zwłoki dziewczyny, która przed rokiem zaginęła w Treton. Czy może być jeszcze gorzej? Owszem, ale o tym już przeczytacie sami, o ile przeczytacie.

Po pierwsze Black Ice to na pewno nie jest kryminał. Szczerze, to już po pierwszych trzydziestu stronach wiedziałam jak rozwinie się akcja i jakie będzie zakończenie. Becca Fitzpatrick napisała kryminał młodzieżowy (sama sobie zadaje pytanie co to jest), jeżeli już miałabym to nazwać. Oczywiście narracja jest pierwszoosobowa, czyli najbardziej zdradliwa forma narracji - jak na dłoni widzimy wszystkie mankamenty stylu autora, w tym przypadku jest znośnie, choć mogło być lepiej. Jeżeli chodzi o fabułę, sam pomysł całkiem niezły. Moje klimaty: góry, śnieżyca, trup, młode dziewczynki – z takiej mieszanki można napisać książkę trzymająca w napięciu do ostatnich stron. Największym jednak problem są bohaterowie, sztampowi dla literatury młodzieżowej, którzy skutecznie odstraszają czytelnika. Naiwność aż bije ze wszystkich stron i mnie osobiście rozłożyła na łopatki. Nie ma w tej powieści bohatera dojrzałego i myślącego logicznie, mamy za to dziewczynę z łatwością zakochującą się w swoim oprawcy. Dziewczynki broń Boże nie bierzecie sobie tego serca! W prawdziwym życiu nawet nie zdążycie krzyknąć, a już będziecie zakopane w parku. O zakończeniu nie chce nawet wspominać – ociekające słodyczą. A gdzie trauma po takich wydarzeniach? Nie ma! Wszystko wraca do normy w trybie natychmiastowym. Powieść kryminalna to najbardziej wymagająca odmiana powieści, tego nie pisze się z marszu, nie ma elfów o blond włosach i nie ma statków kosmicznych, nad którymi zachwyt może zrewanżować pisarskie niedociągnięcia. Black Ice to romans z wątkiem kryminalnym, ot co.  Czyżby criminal romance?

Po upadłych aniołach dałam Becce Fitzpatrick kolejną szansę. Niestety, nie spełniła moich oczekiwań. Chce zaznaczyć jednak, że moje oczekiwania są wysoce subiektywne i niejedną młodszą dziewczynę Black Ice zachwyci – bohaterowie płci męskiej niczego sobie. Podoba się za to okładka, idealna na obecną pogodę. Szkoda tylko, że zawartość nie jest równie zimna i pogrążona w mroku.

wtorek, 23 grudnia 2014

Brzask - Skubas, 2014 / Muzyka

Są dni kiedy totalnie nie mam weny, nie mam ochoty czytać i jedyne co jestem w stanie napisać to nie chce mi się do Brudnopisa. Ewentualnie mogę pograć w szmaragdy i diamenty na telefonie, taka jestem kreatywna. W tym przedświątecznym biegu i tryliardzie ludzi w sklepach, (praca w handlu to największe przekleństwo, pamiętajcie o tym) jestem jak tykająca bomba, której nie da się rozbroić. Ale znalazłam coś, co ukoiło moje skołatane nerwy. Dziękuję koleżance za pokazanie mi tego, w zasadzie to jego – Skubasa.

Radosław Skubaja występujący pod pseudonimem Skubas, to polski wokalista i kompozytor. Zachwycam się jego płytą zatytułowaną Brzask. Szczerze to nie wiem w jakim ja świecie żyłam, że nie słyszałam go wcześniej. Wstyd przyznać, ale w muzyce nie jestem na bieżąco. Zatrzymałam się na Bon Jovim. Nie będę owijać w bawełnę, zrodziła się we mnie miłość nie do opanowania i od kilku dni słucham w kółko pana Skubasa. Poszperałam w internecie i już wiem, że „Brzask” to jego druga płyta, trafiła do sklepów 9 września 2014 . Do pierwszej Wilczełyko, która również osiągnęła sukces na pewno sięgnę, gdy już wystarczająco upoję się Brzaskiem. W 2013 Skubas dostał dwa Fryderyki za Debiut roku oraz Utwór roku . Generalnie pnie się na szczyt, a to marzenie każdego wykonawcy. Ale wiecie co? Dla mnie to nie ma totalnie znaczenia kim jest i co dostał. Dla mnie osobiście powinien dostać wszystkie nagrody muzyczne świata. Dlaczego? Bo jest prawdziwy.

Piszę o nim, bo dawno muzyka nie poruszyła mnie do tego stopnia. Dziesięć utworów, które wywołują w człowieku skrajne emocje. Promujący płytę singiel Nie mam dla Ciebie miłości to mój ulubiony utwór. Jest to piosenka o obojętności, o brak uczuć do drugiej osoby, bo poprzednia kobieta zabrała ją ze sobą. Nie są to wyświechtane frazesy – Skubas to czuje, czujemy my. Do tego idealnie nakręcony teledysk, uwydatniający przesłanie. Drugą piosenką, która mnie oczarowała jest Wyspa nonsensu.

„Tam gdzie nie istnieje ruch
Tworzy się porządek
Odpoczywa mózg”

Wyścig szczurów trwa, nie ma chwili wytchnienia, każdy z nas gdzieś pędzi i cierpi na chroniczny brak czasu. Nawet nie zastanawiamy się, za czym tak naprawdę biegniemy. Trzecia piosenka, o której chciałabym wspomnieć to Diabeł. Skubas w tym utworze udowadnia, że ma fantastyczny głos i wie jak go wykorzystać. Tekst również zapadający w pamięć i skłaniający do przemyśleń.

Nie mogę określić utworów Skubasa jednym gatunkiem muzycznym. Po prostu się nie da – to mieszanka folku i bluesa, a w niektórych piosenkach nawet grunge. Skubas bawi się muzyką i sprawia mu to przyjemność. Rzecz jasna, że oglądałam na YouTube nagrania z koncertów i jestem pod wielkim wrażeniem. Media donoszą, że to artysta niepokorny, zadziorny i nieokrzesany. Taki właśnie wydaję się na scenie i zamierzam to sprawdzić osobiście, jak tylko nadarzy się okazja.

Podsumowując, Brzask to płyta na dziś, za miesiąc i za rok. Nieprawdopodobnie osobiste teksty Skubasa nie stracą na wartości, nie zestarzeją się. Polecam wszystkim lubiącym autentyczność i dojrzałych, świadomych swojej wartości artystów.




niedziela, 14 grudnia 2014

Dziewczyna w złotych majtkach / Juan Marse, 2010

Nie mówiąc nic o okładce (już bardziej przekonuje mnie jabłko na czarnym tle), po samym tytule możemy spodziewać się egzotycznego romansu. On – podstarzały pisarz, wdowiec i były falangista. Ona – młoda dziewczyna, biorąca z życia garściami i nie grzesząca przyzwoitością. Erotyk niskich lotów? Otóż nie. Relacja między dwojgiem ludzi to pretekst Juan'a Marse do poruszenia tematu literackiej fikcji i wyborów przed jakimi stają autorzy oraz wspomnienia z czasów, kiedy Hiszpanią rządziła frankistowska partia. Książka na język polski przetłumaczona została dopiero po 32 latach od chwili wydania. Moim zdaniem zdecydowanie za późno, ale przecież lepiej inwestować w książki o dziewczynie zakochującej się w indyjskim księciu, który został zaczarowany w tygrysa bengalskiego. Sączę jad – coniedzielne literaturowe refleksje.

Luys Forest po śmierci żony postanawia zaszyć się w nadmorskiej miejscowości Calafell, w przytulnym domu, jest to idealne miejsce do podsumowania dorobku życia w formie autobiografii.

Natrętny akapit zlewał mu się w głowie z hukiem morza. Mimo wszystko, pomyślał jest trochę niejasny. Czuł, jak wzbiera w nim owo widmowe uczucie, zawsze obecne w jego życiu, a od pewnego czasu wręcz prześladujące go: uczucie nierzeczywistości otoczenia i tymczasowości rzeczy, nie wyłączając ciekawości, którą jego powrót wzbudził w miasteczku i która ożywiała gorzkie wspomnienia, dodatkowo zatrute późniejszymi plotkami i obmową.

Monotonne życie mężczyzny zaburza przyjazd siostrzenicy, 23 letniej Mariany, która zdążyła wrócić z Ibizy. Młoda dziewczyna wraz ze swoim chłopakiem wprowadza się do posiadłości wuja. Wypoczywa w ogrodzie, zażywa morskich kąpieli i oddaje się przyjemnościom.

Przetoczyli się po trawie i Mariana wylądowała na plecach z rozkraczonymi nogami i spódnicą zadartą na głowę. Forest wręcz zląkł się, że ich jęki mogłoby być słychać w Segur albo San Salvador.

Mariana jednak nie przyjechała do wuja tylko odpoczywać - chce przeprowadzić wywiad z pisarzem, idealistą, docenianym w czasach reżimu Franco, chce dowiedzieć się wszystkiego o jego życiu, romansach, chorobie żony i faszystowskiej działalności. Siostrzenica wysuwa propozycję pomocy w ramach podziękowania za gościnę, zajmuję się przepisywaniem jego biografii na czysto. Jest to żmudne zadanie, ponieważ Forest nieustannie wprowadza poprawki w tekście. Dziewczyna odkrywa, że wspomnienia z książki nie do końca pokrywają się z tym, jak było naprawdę. Od pierwszych stron wyczuwamy napięcie seksualne towarzyszące tej dwójce przy każdym spotkaniu: mijaniu w drzwiach, wspólnym piciu herbaty i dyskusjach na łóżku. Mariana pomimo świadomości o następstwach podrywania Foresta, robi to nieustannie. Choć żadne z nich nie spodziewało się, że konsekwencje osiągną tak dużą skalę.

Dziewczyna w złotych majkach nie jest książka, którą czyta się dla przyjemności. Jest to pozycja trudna w odbiorze, jeżeli chcemy zastanowić się nad czymś więcej niż niemoralnym związkiem. Główny bohater bardzo często odwołuje się do historycznych wydarzeń związanych z frankistowskim reżimem. Fryderyk Nietzsche twierdził, że nie istnieją fakty, jedynie interpretacje. Marse przez całą książkę nawiązuję do tej tezy. Główny bohater interpretuję swoją przeszłość w sposób takich jaki mu odpowiada, zwycięża licentia poetica.

W ten sposób, po raz drugi, wprowadzając do teksu fałsz poprzez zmianę pewnego błahego faktu w fabule (daty, miejsca i okoliczności towarzyszących zgoleniu raz na zawsze wąsów), Luys Forest wdał się w nieodwołalnie w grę poszukiwania samego siebie w pamięci innego rodzaju, w pamięci widmowej i kruchej, karmiącej się wymysłami, pamięci o tym co mogło być, a nie było.


Kolejnym wyraźnie zaznaczonym elementem jest różnica światopoglądów – starca, który w przeszłości wstydził się i w złości chował czerwony beret do kieszeni, wierzącego w ideologie, która zniszczyła jego ojca oraz kobiety, żyjącej w wolnym kraju i pojmującą wolność w każdym tego słowa znaczeniu, dziewczyny lubiącej żyć i korzystać z tego co daje świat. Ona pomaga rozliczyć mu się z przeszłością pełną przeszkód, on wyrywa ją z ramion uzależniających przyjemności.


Jest to powieść pełna erotyzmu, jak głosi napis na okładce. Erotyzmu, ale subtelnego, wychwytywanego między słowami. W roku 1978, kiedy została wydana, mówiono o niej - bezpruderyjna, w obecnych czasach po teledysku Nicki Minaj Anaconda, wszystko inne będzie zbyt pruderyjne. Na Dziewczynę w złotych majtkach czas działa w ten sam sposób jak na wino. Książka nic nie straciła, a zyskała, Jest to jedna z lepszych pozycji literatury hiszpańskiej, jaką miałam przyjemność przeczytać.

niedziela, 7 grudnia 2014

Czerwone kapturki numer 1, numer 2, numer 3 / John Katzenbach 2014

Trzy kobiety – lekarka, nauczycielka i uczennica. Łączy je tylko kasztanowy kolor włosów. Lekarka jest kobietą spełnioną zawodowo, lecz nieszczęśliwą prywatnie. Nauczycielka straciła męża i córkę w wypadku samochodowym, jest na skraju załamania nerwowego. Uczennica przechodzi przez rozwód rodziców i nie przykłada się do nauki, a już za kilka miesięcy czeka ją wybór collegu, krok w stronę przyszłości. Kobiety na rozstaju dróg, zatracone w życiowych problemach, w chwili kiedy dostają anonimowy list ich życie zmienia się o 180 stopni.


Nie na znacie mnie, ale ja was znam.
Jest was trzy. Postanowiłem was nazwać:
Kapturek Numer 1.
Kapturek Numer 2.
Kapturek Numer 3.
Wiem, że wszystkie zagubiłyście się w lesie.
I tak jak dziewczynka z bajki, zostałyście wybrane na śmierć.
                                                                            Wilk

Na kobiety poluje seryjny morderca, podający się za Wielkiego Złego Wilka. Kim jest Wielki Zły Wilk? Na pewno nie fascynatem baśni braci Grimm. To sześćdziesięcioletni pisarz, autor czterech kryminałów. Autor w bardzo dosłownym znaczeniu – opisywane przez niego zbrodnie to nie fikcja, to relacja na żywo. Poprzednie książki nie przyniosły mu rozgłosu, jaki przewidywał a rzeczą, która najbardziej drażni Wilka to przeciętność. Pragnie nieśmiertelnej sławy i zamierza ją zdobyć wyruszając w pościg za trzema czerwonymi kapturkami.

Wiedział, że musi stworzyć coś wspaniałego, wiekopomnego, coś co rozbrzmiewałoby długo po tym, jak zejdzie z tego świata i pójdzie prosto do piekła. Nie miał wątpliwości, i w pewnym sensie był z tego dumny, że zajmie honorową pozycję wśród potępionych.

A Wy moi drodzy na pewną zajmiecie pozycje wśród potępionych, jeżeli nie przeczytacie tej książki. Mogę śmiało przyznać, że to jeden z najlepszych kryminałów, jakie miałam przyjemność czytać w tym roku. John Katzenbach z precyzją tworzy portret psychologiczny mordercy. Skupia się na emocjach kierujących oprawcą, poznajemy cały proces planowania morderstwa i jego sposoby na dręczenie ofiar. Książka wzbudza w czytelniku niepokój już po pierwszej stronie. Sama zaczęłam zadawać sobie pytanie jak zareagowałabym na wiadomość, że ktoś mnie śledzi, a w niedalekiej przyszłości chce mi poderznąć gardło. Trzy bohaterki, trzy różne reakcje, wspólne postanowienie – przeżyć. Każdy wie, że kobieta to przebiegłe stworzenie, a co się dzieje gdy trzy kobiety mają jeden cel? Wielki Zły Wilk osobiście się o tym dowie.

-Wyprzedzić go, wyprzedzić go, wyprzedzić go – powtórzyła to trzy razy, po razie za każdą.  


Czterystu stronicową lekturę pochłania się w kilka godzin. Nie da się ukryć, że to dzięki prostemu językowi jakim posługuję się autor, typowo amerykański styl wszystkich kryminałów i sensacji. Jednak do tempa akcji przeciętego kryminału Czerwonym Kapturkom daleko. Katzenbach na tle innych autorów parających się taką tematyką wyróżnia się tym, że zdecydowanie dużą uwagę przywiązuję do opisywania stanu umysłu bohaterów. Dla mnie zawsze bardziej interesujące było to, w jaki sposób myślą mordercy i co skłania ich do popełniania najbardziej bezwzględnych zbrodni. Historia o Wielkim Zły Wilku od kilku dni rozbrzmiewa w mojej głowie i podejrzewam, że tak łatwo nie przestanę o niej myśleć. Polecam wszystkim wielbicielom psychologii kryminalistycznej. 

niedziela, 30 listopada 2014

Nie dajesz mi spać / Alice Clayton , 2014

Boli mnie głowa, bolą mnie oczy… w zasadzie po przeczytaniu tej książki boli mnie wszystko. Poczułam się jeszcze gorzej, gdy przeczytałam tak wiele pozytywnych opinii na różnych portalach internetowych. Nie wypieram się, że czytam głupiutkie romanse. Jak każda kobieta czasami sięgam po takie pierdoły, kiedy jestem zmęczona, nie mam ochoty na nic wzniosłego i kształcącego, czy po prostu daję się porwać myśli, że może kiedyś spotkam księcia na białym koniu. Chociaż w mojej wersji bajki młodzieniec oprócz urody i nienagannych manier, ma wóz pełen książek i bon o wartości 2000 zł na zakupy w Empiku. Nie dajesz mi spać, a w zasadzie Wallbanger (oryginalny tytuł) to książka o samotnej kobiecie, spotykającej na swej drodze nie księcia, a ogiera.

Caroline jest utalentowaną projektantką wnętrz, wraz z kotem
(symbolem niezależnych i twardych kobiet) wprowadza się do nowego mieszkania w San Francisco. Już pierwszej nocy przekonuję się, że przeprowadzka nie była dobrym pomysłem. Jej nowy sąsiad nie próżnuje – trzy noce, trzy różne kobiety. Ferwor cielesnych uniesień towarzyszących mu kobiet nie daje Caroline spać.

Dziewczyna została porządnie przeleciana, otrzymała kilka klapsów, miała orgazm, spała. To samo spotkało Simona. Założyłam, że to jego imię – w końcu osóbka lubiąca klapsy ciągle tak się do niego zwracała. Poważnie, raczej nie mogła zmyślić tego imienia.

Simon swoimi ekscesami rozbudza w kobiecie pragnienia, o których już nawet sama zapomniała. Caroline rozmyśla o braku życia seksualnego i problemach z orgazmem. 

-Nadal nic, co O? – Westchnęłam, patrząc w dół. Gdy mijał czwarty miesiąc bez O, zaczęłam z nim rozmawiać, jakby był żywą istotą. 

Tak naprawdę na dwóch pierwszych stronach autorka książki przedstawia bohaterkę, potem już niewiele się zmienia, nie ma nic więcej do napisania. Caroline to miła, całkiem atrakcyjna, osiągająca sukcesy zawodowe i sfrustrowana seksualnie kobieta. Ma wspaniałe przyjaciółki – nie ma mężczyzny. Ma bajeranckie mieszkanie – nie ma mężczyzny. Ma kota – nadal nie ma mężczyzny. Oczywiście w tym momencie poznajemy Simona, faceta nie grzeszącego przyzwoitością, lecz to nie przeszkadza mu w poderwaniu Caroline, która na początku odsuwa od siebie rodzące się uczucie i chce zniszczyć życie sąsiadowi bawiącemu się w Hugh Hefner'a. W końcu nie daje jej spać i dobrze wygląda w prześcieradle owiniętym wokół pasa. 

Myślałam, że nic gorszego od 50 twarzy Grey’a nie przeczytam. Myliłam się. Nie wymagam od romansu/erotyka (jest tyle scen erotycznych, że prędzej do takiej kategorii przypisałabym ową książkę) wzniosłego stylu i poruszania tematów, które zmienią moje poglądy. Wymagam chwili szczerego śmiechu z głupiego dialogu. Owszem, kilka razy się uśmiechnęłam pod nosem, ale jak na 300 stron zdecydowanie za mało. Zwróciłam też uwagę na wykreowanego przez autorkę osobnika płci męskiej, który tak świetnie radzi sobie w podbojach łóżkowych. Bohaterka daje rewelacyjny przykład wszystkim kobietom, że można oddać się mężczyźnie, po tym jak sypiał z trzema dziewczynami na raz. It’s normal.

Nie, nie i jeszcze raz nie. Na pewno nie jest to książka dla mnie. Dużo seksu wśród mąki na blacie w kuchni, klapsów i jęków. Do tego garść infantylnych przemyśleń głównej bohaterki.

-O, tak. Łup. -O, tak. Łup, łup. Siła jego pchnięć sprawiała, że przesuwałam się na łóżku.


Porównałabym Wallbanger'a do taniego filmu pornograficznego ze zbyt rozbudowaną fabułą. Paniom, które sięgają po takie książki dla relaksu, nie polecam. Zresztą nikomu nie polecam chyba, że znajdą się wśród Was masochiści. 

niedziela, 23 listopada 2014

Kręci mnie Mads Mikkelsen / Hedda H. Robertsen , 2012

Po okładce i tytule książki spodziewałam się gorących wspomnień łóżkowej groupie Mads'a Mikkelsen'a. Nic bardziej mylnego. Nie ukrywam, że z chęcią poczytałabym o ekscesach erotycznych aktora, który wcielił się w rolę doktora Lecter'a w serialu Hannibal. Skandynawskie rysy, świetny warsztat aktorski i szaleństwo kryjące się w oczach… czego chcieć więcej od mężczyzny? Niestety w tej książce Mads Mikkelsen to tylko pseudonim obiektu westchnień głównej bohaterki.

Alba mieszka w małym norweskim miasteczku z matką i siostrą. Za kilka miesięcy wyjeżdża na studia do Wiednia i w ramach zasilenia swojego budżetu, dorabia w miejskiej księgarni. Praca jest miejscem, gdzie spotyka wymarzonego mężczyznę. Każda z nas chociaż raz to przeżyła, OW – czyli obiekty westchnień na uczelni, autobusie nr 9, bądź w warzywniaku na rogu. Dziewczyny mające naście lat, szczególnie przeżywają pierwsze miłosne fascynacje. Alba nazwała swojego mężczyznę Mads'em Mikkelsen'em, ponieważ nie miała pojęcia jak się nazywa, nie odważyła się nawet na dłuższą rozmowę. Czterdziestokilkuletniego mężczyznę, który szturmem zdobył serce dziewczyny łączą z aktorem tylko inicjały i pochodzenie, obydwaj są z Duńczykami.

Myślę sobie, że uśmiechnę się do ciebie, żebyś mógł mi powiedzieć cześć. Myślę, że kiedyś będziemy razem.

Alba przelewa na papier emocje, jakie wywiera na niej nieznajomy mężczyzna, kupujący codziennie gazety w księgarni.

Wkładasz mi do ręki dziesięć koron, twoje wąskie palce dotykają mnie leciutko. […] Do widzenia – mówisz, a ja zatrzaskuję kasę, popychając ją lekko biodrem. Mam ochotę się rozpłakać. […]

Dziewczyna myśli o Madsie w każdej chwili, gdy wstaje, je obiad, kąpie się i masturbuje. Marzy o cielesnym kontakcie, dość wyrafinowanym.

Chce Ci się podobać, kiedy mam na sobie samonośne pończochy. Z tobą chcę być frywolna, mój kopenhażaninie. […] Myślę o tobie, kiedy zjadam duże, czerwone bezy i lepkie żelki. Pije miłosny napój w nadziei, że receptura zadziała.

Alba zatraca się w tym nieodwzajemnionym uczuciu, nie jest w stanie normalnie funkcjonować. Obsesyjnie myśli o mężczyźnie i rozkłada na czynniki pierwsze każdy jego gest, jednocześnie nie mając odwagi zainicjować bliższego kontaktu. Specjalnie dla niego kupuje perfumy i bieliznę, szminkuje usta błyszczykiem, który mógłby mu zasmakować. Choć ciągle nie wie, kim naprawdę jest.

Zastanawiałam się nad aspektami tej powieści przez kilka dni i jest to kolejna pozycja utwierdzająca mnie w przekonaniu, że miłość może być uczuciem destrukcyjnym i prowadzić do zaburzeń psychicznych wymagających pomocy psychologa. Nie bez powodu stan zakochania figuruje na liście chorób, żadna siła nieczysta, tylko szalejące hormony.  Fascynacja drugą osobą to nic złego do momentu, kiedy nie przekraczamy linii wyznaczającej granicę pomiędzy oczarowaniem, a obsesją. Z drugiej strony czy tak łatwo nad tym zapanować, gdy codziennie widzimy obiekt naszych westchnień? Wyobraźnia płata nam figle, rozbudza i zabiera w nieznane.

Literaturę norweską cechuję przede wszystkim bezpośredniość. Autorka nie szczędzi opisów fantazji seksualnych dojrzewającej dziewczyny. Uprzedzam, że nie będzie to tkliwy pierwszy raz na puchowym dywanie wśród świec i kwiatów. Dla niektórych sceny seksu mogą być zbyt wulgarne, dla mnie nie stanowiły żadnego problemu. Nie żebym była nimfomanką, po prostu doceniam w jaki sposób zostały napisane – świetnie oddają intensywność uczuć, jakimi Alba darzyła tajemniczego mężczyznę. Robertsen zwraca naszą uwagę na pryzmat, przez który coraz częściej postrzega się miłość w dzisiejszych czasach.

"Pragnę Cię", myślę. Chcę cie mieć, mam na ciebie ochotę. Tak jak mam ochotę na dużego shake'a bananowego z lodami waniliowymi i czekoladą.

Pożądanie zamazuje prawdziwy obraz drugiego człowieka. Najpierw z niecierpliwością rzucamy się w wir zaspokojenia, by później zorientować się, że tylko w łóżku nadajemy na tych samych falach.

Kręci mnie Mads Mikkelsen to debiut Robertsen, według mnie całkiem udany. Książka oparta na doświadczeniach młodej autorki, przedstawia dziewczynę u progu dorosłości. Fascynacja ma wpływ na wybory jakich dokonuje w swoim życiu, nieodwzajemniona miłość popycha bohaterkę w stronę przypadkowych znajomości. Robertsen trafiła w mój gust - prosty język, wiele odniesień do literatury i muzyki oraz nieprzeciętne porównania to elementy, które zawsze doceniam. Bez doszukiwania się drugiego dna, pozycję można potraktować jako nie najgorszy erotyk. 

niedziela, 16 listopada 2014

Damy złotego wieku / Kamil Janicki , 2014

W jaki sposób Bona Sforza przysłużyła się państwu polskiemu? Czym Barbara Radziwiłłówna zauroczyła Zygmunta Augusta? Ile haftowanych obrusów i pereł dostawały w posagu przyszłe królowe? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie w niżej opisywanej książce. Pozycja idealna dla osób, które nie przepadają za suchymi faktami, a chcą poszerzyć wiedze o historii polski. Ubolewam nad tym, że licealne podręczniki do historii nie maja podobnej formy - pamiętałabym więcej niż datę bitwy pod Grunwaldem. 

Złoty wiek w Polsce to czas unii z Litwą, rozwoju gospodarczego i panowania dynastii Jagiellonów. Na arenie międzynarodowej Rzeczpospolita miała silną pozycje – było potęgą polityczną i ekonomiczną. To czasy w których żyli i tworzyli Andrzej Frycz Modrzewski, Piotr Skarga i Jan Kochanowski. Królowie, magnaci, biskupi… a kim były kobiety mające wpływ na panujących, bądź bezpośrednio na politykę? Janicki tworzy obraz najważniejszych w ówczesnych czasach przedstawicielek płci pięknej.

Najwięcej informacji uzyskujemy o żonie króla Zygmunta I Starego, Bonie Sforzy. Opisuje jej życie od czasu, kiedy jako mała dziewczynka tułała się po Włoszech z matką Izabelą Aragońską do chwili, gdy jest schorowaną, starszą kobietą na łożu śmierci, oszukaną przez najbliższych. Dowiadujemy się jaką była kobietą – bezwzględną, dążąca do celu a przede wszystkim posiadającą talenty organizacyjne i przywódcze.  

Królowa tyle znaczy, ile chce, tyle zaś chce, ile jej się podoba, a władza jej nie jest określona żadnymi granicami.

Tak o niej mówili przeciwnicy w momencie, gdy jej poczynania zagrażały pozycji szlachty i zbyt mocno angażowała się w politykę. Janicki opisuje również stosunki Bony z córkami – Izabelą Jagiellonka i jej trzema siostrami, dla których matczyna miłość była zdecydowanie uszczuplona. Zajrzymy również do sypialni Zygmunta Augusta, syna Zygmunta I Starego, w której kolejno bawiły: Elżbieta Habsburżanka, Barbara Radziwiłłówna i Katarzyna Habsburżanka. Jednak tylko jedna dama zdobyła jego serce i była to Barbara.

O oczach opowiadano dużo częściej niż o urodzie Barbary. Krytycy w przyszłości zaczną twierdzić, że to oczy służyły rzucaniu zaklęć. Rzekomo dzięki nim była w stanie usidlać kolejnych mężczyzna.

Z pewnością w jakiś sposób zaczarowała Zygmunta Augusta, zmieniającego dla niej decyzje polityczne i roztrwaniającego majątek by doprowadzić do koronacji ukochanej, łamiąc przy tym wszystkie zasady. Jak powszechnie wiadomo Barbara nie była dynastycznego pochodzenia. Mezalians wywołał oburzenie w całym państwie.

Nie jest to powieść obyczajowa, ale ośmielę się stwierdzić, że czyta się ją w równie przyjemny sposób. Janicki odtwarza emocje towarzyszące postaciom historycznym w opisywanych sytuacjach, przytacza prawdopodobne dialogi. Jak sam autor podkreśla:  „fabularyzowane sceny wzbogacające poszczególne rozdziały stanowią wizję autora – jedyną z możliwych ale na pewno nie jedyną.” Oczywiście nie można tego rozumieć w ten sposób, że to o czym czytamy to fikcja. Wszystkie dane oparte są na źródłach historycznych. Autor po prostu posiada talent do opowiadania i tym zaskarbia sobie zainteresowanie czytelnika. Nawet najbardziej „oporni” historycznie ludzie, wzbraniający się od dat i miejsc wielkich wydarzeń z chęcią sięgnęliby po taką książkę. Oprócz procederów związanych ze sprawami państwowymi, Janicki porusza temat codzienności dam złotego wieku. Przeczytamy o tym co robiły w wolnych chwilach, jak dbały o urodę i komu zlecały szczycie sukien. 


Pozycja przyjemna i pożyteczna. Jako kobieta mająca słabości do błyskotek przez następne kilka dni Będę zastanawiać się, jak to jest mieć ponad dwieście pierścieni wysadzanych drogocennymi klejnotami. Na razie nie mam ani jednego… pozostaje tylko ślub z rosyjskim miliarderem. 

niedziela, 9 listopada 2014

Gerontofilia / Bruce La Bruce / Kanada 2013

Gerontofilia – cóż to takiego? Ciocia Wikipedia rzecze, że jest to rodzaj zaburzenia preferencji seksualnych (zob. parafilia),w którym osiąganie satysfakcji seksualnej możliwe jest tylko poprzez kontakty z osobami w znacznie zaawansowanym wieku.* Dokładnie tak moi drodzy, o tym jest ten film. Przez pierwsze 10 minut zastanawiałam się czy wyłączyć, czy wytrwać do końca. Obejrzałam cały i absolutnie nie żałuję.

Lake, osiemnastoletni chłopak żyje sobie wraz z matką w kanadyjskim miasteczku. Jego egzystencja nie jest przepełniona wyjątkowo pozytywnymi emocjami - matka nie stroni od alkoholu, a jego dziewczyna osiąga spełnienie wymieniając nazwiska znanych feministek i rewolucjonistek. W dodatku Lake zaczyna fascynować się osobami w podeszłym wieku. Na samym początku są to niewinne szkice pokrytego zmarszczkami ciała czy dyskretne spojrzenia w stronę pana 60 +, który przeprowadza dzieci przez ulicę. Kiedy dostaje pracę w domu spokojnej starości okazuję się, że nie jest to tylko chwilowa ekscytacja. W tym miejscu odkrywa, co go naprawdę podnieca – panowie mający lata świetności już za sobą. Po prostu sympatyczni dziadziusiowie! Szczególnie jeden, Melvyn Peabody, przewracający życie Lake’a do góry nogami.

Fetysz jakim jest gerontofilia schodzi na drugi plan, na pierwszym jest uczucie, kłujące wszystkich w oczy. Jak to? Przecież tak nie można! Niezdeklarowany młody gej oglądający się za facetami, którym została niebieska tabletka, podnosząca oprócz penisa ryzyko zwału. Bruce La Bruce słynie ze swoich skandalizujących filmów. Gerontofilia zaskakuje, jednak mimo wszystko skupia się na uczuciu jakim Lake zapałał do starszego pana. Reżyser zmusza nas do zaprzestania oceniania bohaterów, przedstawia to w formie melodramatu – nieakceptowalna miłość, która musi skończyć się tragicznie. Nie ważna jest płeć i różnica wieku, serce nie sługa.

La Bruce stara się również zwrócić naszą uwagę na warunki jakie panują w domach opieki i nie chodzi tutaj o brak czystych basenów czy pościeli. Dla tych ludzi są to ostatnie dni życia, należy im się spacer, kieliszek wina czy wieczorny seans filmowy. Niestety pielęgniarze nie mają wystarczającej ilości czasu, w zamian za to pacjenci dostają psychotropy, uniemożliwiające świadome funkcjonowanie. Lake staje się światłem, chwilą przyjemności dla Melvyna, w dniu kiedy zaczyna się nim opiekować. 


Gra w rozbieranego pokera, masturbacja, penisy panów w podeszłym wieku – to zobaczycie w tym filmie na pewno. Nie ma co się zniechęcać. Gerontofilia nakręcona jest w tak przyjemny dla oka sposób, że te odrażające sceny można wybaczyć. Piękne zdjęcia, slow motion w idealnych momentach i muzyka, och muzyka! Skomponowana przez Ramachandra Borcar’a sprawia, że odczuwamy klimat jaki towarzyszy bohaterom – zmieszanie, podniecenie ze szczyptą romantyzmu i radości. Moje serce skradł również osiemdziesięcioletni Pan Peabody (Walter Borden), określiłabym go mianem geja z klasą, nawet w papuciach i szlafroku. Świetny aktor, który w życiu prywatnym walczy na scenie politycznej o prawa dla społeczności LGBT. 

Kiedy opowiadałam znajomym, co oglądałam słyszałam: Boże, skąd ty to wytrzasnęłaś? albo Nie, nie na mówisz mnie na kolejny chory film... . To Brudnopis wygrzebał Gerontofilię w tym nieprzebranym morzu jakim jest Internet.  Może nie będę myśleć o tej produkcji tygodniami i nie obejrzę jeszcze raz, ale polecam wszystkim miłośnikom szokujących filmów i oczywiście męskich pocałunków. 

*http://pl.wikipedia.org/wiki/Gerontofilia

niedziela, 2 listopada 2014

Cuchnący Wersal / Elwira Watała 2007

Wersal – siedziba francuskich królów, opływająca złotem budowla, którą uważano za 8 cud świata. Pałac posiada ponad dwa tysiące pokoi, na przełomie XVII i XVIII wieku zamieszkiwało w nim dziesięć tysięcy mieszkańców i pięciotysięczna służba. Zbudowany z rozmachem ku czci francuskiej monarchii. Dalej zachwyca, rocznie odwiedzany jest przez dziesięć milionów turystów. Każdy z nas chciałaby zobaczyć rozmiar przepychu w jakim pławiły się głowy państwa, gdy lud z głodu jadł trawę. Puchowe dywany, kryształowe lustra, łoża z baldachimami i złoto, aż chce się krzyknąć „gold everywhere !”. Niestety to tylko dobrze się prezentowało…

Elwira Watała na 500 stronach książki przybliża nam jak wyglądało życie w tym przybytku. Nie doprowadzono wody, nie zainstalowano toalet, ale za to zapewniono nocniczki obite czerwonym  pluszem. Tylko tych nocniczków było za mało, jak młody szlachcic nie zdążył do swojego pokoju, załatwiał potrzebę pod schodami albo za haftowaną firaną kosztującą tysiące liwrów. Natomiast służba opróżniała baseny pod ścianami przy wejściach. O kąpaniu nie było mowy, przecież zagrażało zdrowiu. Paniom wystarczało przetarcie się woda z dodatkiem pomarańczowego soku i niezliczona ilość perfum. Panowie nawet tego nie używali, chyba że gustowali w sypaniu z innymi panami. Jak wiadomo miłość jest siłą napędową, potrafiła zmusić niejednego monarchę do wykapania się PO KILKUNASTU LATACH przy wprowadzaniu do łóżka młodziutkiej metresy*. Kilkaset piesków biegających po komnatach, które nie były regularnie wyprowadzane na spacer załatwiały się na drogie wykładziny. A teraz wyobraźcie sobie ogrom smrodu, jaki przepełniał Wersal. Gdy ten odór przeszkadzał samym mieszkańcom, cały dwór przenosił się do innego mniejszego pałacu a Wersal się po prostu wietrzył! Kiedy ludzie mówią, że chcieliby się urodzić w innych czasach, gwarantuje, że po tej książce zmienią zdanie.

Autorka opisuje jak Wersal został zbudowany, jakimi pobudkami kierowali się królowie i jaką władzę na dworze miały ich kochanki. Intrygi, spiski i otrucia były na porządku dziennym. Pisarka dostarczyła również czytelnikowi dużą wiedzę z zakresu życia seksualnego ówczesnych szlachetnie urodzonych ludzi. Pedofila, nekrofilia, zoofilia, sadomasochizm, orgie – wymieniać można bez końca. Rozpusta i rozluźnienie obyczajów skutecznie uszczuplało skarbiec i wyniszczało Francję.
Pozycja ciekawa, to już druga książka Elwiry Watały, po którą sięgnęłam. (Pierwsza to Wielcy zboczeńcy, zdecydowanie polecam). Nie jestem historykiem i momentami gubiłam się w nazwiskach – pewnie większość z nich i tak zapomnę. Mimo wszystko czyta się dobrze, książka nie jest przeładowana niepotrzebnymi datami i oddaje główne założenie – czym cuchnął Wersal. Dowiecie się również, która z królewskich utrzymanek zamówiła miniaturowe karoce (złote oczywiście) dla swoich myszek, który król umył stopy pierwszy raz po sześćdziesięciu latach oraz poznacie tożsamość królowej, która robiła sobie lewatywę przy gościach. Doprawdy po takim spacerze wersalskimi korytarzami, zaglądaniu do gabinetów i sypialni wiem, że nie przeżyłabym tam nawet godziny. Zalecam przeczytać wszystkim miłośnikom innych epok: pięknych sukien, balów, klejnotów i pałacowego życia. Na zdjęciach i filmach to wszystko wygląda niesamowicie, tylko nie czuć zapachu wypełniającego każdy kąt.


Wersal cuchnął. I niczym się nie można wywabić tego specyficznego wersalskiego zapachu – potu, krwi, spermy i perfum. Utrwalił się na zawsze.

*metresa -  faworyta, kochanka, w społeczeństwach,w których małżeństwa zawierano z powodów ekonomicznych czy też politycznych metresy spełniały rolę dobrowolnie wybranej, nieumówionej partnerki, nie tylko w życiu seksualnym. 

niedziela, 26 października 2014

Pasodoble śmierci / Angel Maria de Lera 1970

Do małego hiszpańskiego miasteczka przyjeżdża młody matador* Rafa. Jego towarzyszem, a jednocześnie pomocnikiem jest Aceituno, który z zawodu jest czyścibutem. Bieda i głód doprowadziły ich w to miejsce. Rafa przepełniony marzeniami o sławie i wabiony bogactwem popularnych matadorów zamierza stanąć na arenie. Nic nie jest w stanie go powstrzymać. Nawet strach przed śmiercią.

"Te typy są twarde jak psy. Nie wiem dlaczego, ale sami wylizują się ran. Istnieją dwa gatunki ludzi: są tacy, którzy potrzebują pomocy lekarzy, i tacy, co bez niej całkiem dobrze się obchodzą. Toreadorzy właśnie, jak Cyganie, należą do tego drugiego gatunku."

Niestety nie zawsze byk jest tak łaskawy. Rafa wraz z przyjacielem przygotowują się do występu - oprowadzeni po okolicy, najedzeni do syta rozmawiają o swoich obawach, nadziejach. Młodzieniec liczy, że to właśnie dziś zostanie zauważony przez łowcę talentów. Chce zamienić zniszczone łóżko pełne pluskiew na pachnące jedwabie, matce natomiast zapewnić godną starość. Rafa miał studiować medycynę, a los skierował go na arenę. 

Angel Maria de Lera ma niesamowity talent do plastycznych, atakujących zmysły czytelnika opisów. Wystarczy jedno zdanie i przenosimy się do kastylijskiego miasteczka. Miasteczka ciasnego, brudnego, odurzającego zapachem taniego wina, potu i moczu. Słyszymy brzęczenie much, czujemy skwar i kropelki potu spływające na po plecach. Za chwilę jesteśmy w centrum tłumu, świętującego i krzyczącego. Czytamy o lepkiej kałuży krwi i odruchowo odwracamy głowę. Autor z precyzją oddaje hiszpańską naturę, pożądanie mieszające się z brutalnością na każdej stronie książki.

Corrida to powszechny i znany zwyczaj, kultywowany nadal w hiszpańskich miastach i na terenie Ameryki Łacińskiej. W literaturze i sztuce iberyjskiej corrida ma bogatą tradycję.  Artyści nie sprowadzali tego widowiska do brutalnego zabijania byka, a do wyrażania piękna walki toreadora ze zwierzęciem. Tańca na śmierć i życie, pełnego patosu. Angel Maria de Lera odsunął się od tych zabiegów i opisał corridę zupełnie z innej perspektywy. Autor odrzuca idealizację tego ceremoniału i odkrywa rządzące nim prawa. Corrida to przede wszystkim rozwrzeszczany tłum domagający się rozlewu krwi. Corrida to mętne interesy organizatorów i wyzysk młodych chcących zarobić chłopców. To przestawienie, na którym z premedytacją zabija się zwierzęta. Nie wspominając o ich barbarzyńskim traktowaniu tuż przed wprowadzeniem na arenę.  Dla mnie najbardziej oburzający  jest fakt, że w dzisiejszych czasach jest to legalne i ludzie gotowi są płacić za takiego rodzaju „przestawienia”. Obecny wachlarz możliwości gwarantujący wyładowanie emocji i popędów jest zaskakujący. Okaleczenie bezbronnych zwierząt nie powinno się w nim zawierać.

Taniec, krew, łzy i piękne hiszpanki. To wszystko miesza się  ze sobą jak w rondlu postawionym nad ogniskiem. Niepozorna, lekko zniszczony egzemplarz, znaleziony w ramach akcji 2 życie książki. U mnie Pasodoble śmierci zyskało nie tylko nowe życie, zyskało też honorowe miejsce na półce. Naprawdę polecam - stara, dobra literatura, którą czyta się z wielką przyjemnością.

*matador - główny zapaśnik corridy zadający bykowi ostatni, śmiertelny cios

piątek, 24 października 2014

Baby targowe, czyli Targi Książki 2014 w Krakowie

Ponieważ wszystkie baby lubią targi (panie, po ile te jabłka?) i uwielbiają się targować (szczególnie ze swoimi mężczyznami: ja ugotuję obiad, ale pod warunkiem, że Ty wyniesiesz śmieci, umyjesz samochód i odbierzesz dziecko z przedszkola) wraz z niemistrzynią udałyśmy się na czwartkowe Targi Książki  w Krakowie.


Tyle książek!
Uszczęśliwiona niemistrzyni i Brudnopis,
 który aż zaróżowił się z uciechy!
Gdybyśmy miały jakieś... powiedzmy dwa tysiące złotych na drobne wydatki i kilku niewolników do noszenia za nami zakupów, pewnie wróciłybyśmy z Targów szczęśliwsze. A nasze biblioteczki jęknęłyby pod ciężarem nowych tomów...

Zziębnięta, ale zadowolona!
Ale i tak nie było źle - gołodupców takich jak my, których jedyną walutą mogą być... hm, książki, które już przeczytałyśmy - od zguby ratuje akcja 2 Życie Książki. Wprost uwielbiam wymiany tego rodzaju, choć zawsze nieco mnie rozczarowują. 
O tej akcji słów kilka, kilka słów o uczestnikach wymianek, którzy bardzo chcą UPOLOWAĆ coś fajnego, ale swoje najlepsze książki chowają głęboko w domowych kuferkach oraz o tym, że mimo wszystko warto w wymianach uczestniczyć. 

Cały środowy wieczór przygotowywałyśmy się i wybierałyśmy książki, które zaniesiemy. Ja zamierzałam oddać w szczególności nietrafione prezenty i zakupy (takich jak chociażby pozycje Coelho czy zbiór W hołdzie królowi czy Sejsmiczna pogoda, która zupełnie nie utrafiła w mój gust) oraz kilka pozycji, które lubię, ale z całą pewnością i tak nie zajrzałabym do nich nigdy więcej (jak chociażby, wstyd się przyznać, romansidła). Oglądałam je starannie i zastanawiałam się, czy wypada zanieść książkę, która tu ma zagięty róg, a tu rysę na okładce... w końcu dawanie książce drugiego życia do czegoś zobowiązuje. Takie same rozterki miała niemistrzyni. 
Miałyśmy nadzieję, że uczestnicy targów mają więcej taktu niż ludzie wciskający dziurawe skarpety w darach dla powodzian... 

Pierwsza rzecz, jaka rzuciła mi się w oczy na stoisku to zniszczone Przedwiośnie. 
Przyłapane na szperaniu przez Drugie Życie Książki. Zdjęcie znalezione na ich profilu na facebooku
Zniszczone, to za mało powiedziane! Wyglądało, jakby próbował je pożreć rozwścieczony pudel! Pomyślałam, że ludzie nie mają wstydu, przyglądając się kilku równie zniszczonym książkom i początkowo tracąc humor. Na szczęście okazało się, że nie wszyscy są tak pazerni i można było znaleźć książki albo całkiem nowe, albo odrobinę podniszczone, ale za to ciekawe.
Z entuzjazmem mogę powiedzieć, że paskudne, zniszczone tomy były raczej rzadkością a honor moli książkowych został uratowany. W końcu ile gustów tyle książek i nawet jeśli ktoś chciał się pozbyć książki, której nie znosi, dla kogoś innego mogła okazać się ona prawdziwym skarbem.

Nasze zdobycze i paluchy niemistrzyni :)

PS. Okolica targów bardzo mnie rozbawiła, dlatego dla wszystkich tych, którzy nigdy nie mieli okazji gościć się w tej krakowskiej sali kongresowej zamieszczam zdjęcia:

Sam budynek jest dość atrakcyjny...
... gdyby nie jeden, bardzo dymiący sąsiad...

... i drugi, zdemolowany, opuszczony i zaniedbany,
odstraszający chyba wszystkich oprócz miłośników taniego horroru.