Pokazywanie postów oznaczonych etykietą thriller. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą thriller. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 14 lipca 2016

Bliźnięta z lodu / Tremayne S.K, 2015.

Od kiedy pracuję w bibliotece przeglądam dziesiątki książek dziennie i zapisuję sobie tytuły, które chętnie wypożyczę sobie na później i do których (najprawdopodobniej) nigdy więcej nie zajrzę ze względu na totalny brak czasu. Blog zaniedbałam prawie równie mocno jak relacje towarzyskie i szafę. 

Dość jednak tego! 

Dziś chcę Wam polecić książkę wydaną jeszcze w tamtym roku, która (nie wiedzieć czemu) przeszła jakoś bez echa. A przynajmniej ja ją jakoś przegapiłam. Nieco ponad dwa i pół tysiąca czytelników, jakich zyskała na portalu Lubimy Czytać jest zupełnie niesprawiedliwa w porównaniu chociażby z pięciokrotnie większą ilością czytelników Dziewczyny z pociągu, która mnie osobiście mocno rozczarowała. To, jak mało popularne są Bliźnięta z lodu jest niezwykle niesprawiedliwe: są bowiem idealną rozrywką na dwa, a może nawet trzy spokojne wieczory. Odradzam je jednak każdemu, kto ceni sobie zawrotną, przerażającą akcję. Sean Thomas, ukrywający się pod pseudonimem Tremayne S.K wprowadza nas bowiem w świat, w którym najbardziej przerażającymi są nasze własne, drobne grzeszki, nieszczerość i niedopowiedzenia. Codzienne drobiazgi, które w każdej chwili mogą doprowadzić do tragedii. Akcja przebiega powoli, od zdarzenia do zdarzenia, momentalnie wydaje się nawet bezcelowa. Można nawet odnieść wrażenie, że autor miał pomysł na sam początek i koniec opowieści, a później po prostu chce nas bezpiecznie doprowadzić do finiszu. Nie oznacza to jednak, że należy tę książkę wykreślić z listy swoich potencjalnych lektur. 

Sarah Moorcoft poznajemy, gdy przeprowadza się z mężem i córeczką na maleńką szkocką wysepkę. Ucieczka z Londynu do odziedziczonego po babci domku, ma być ratunkiem na ich problemy finansowe, ale przede wszystkim - rozpaczliwą próbą rozpoczęcia życia od nowa. Sarah, Angus i Kirstie są pogrążeni w żałobie. Doświadczyli olbrzymiej, niewyobrażalnej dla nikogo straty: małżeństwo straciło jedną z córek. Mała Kirstie jest jednak w jeszcze najgorszej sytuacji: straciła siostrę bliźniaczkę - Lydię. Dziewczynki były tak do siebie podobne, że nikt nie był w stanie ich odróżnić. W momencie, w którym osamotniona bliźniaczka oświadcza, że tak naprawdę jest Lydią, a rodzice popełnili po prostu przerażającą pomyłkę, zaczyna się prawdziwa opowieść. Prawda miesza się z fantazją, strach z urojeniami, podejrzenia z brakiem szczerości i niedopowiedzeniami, a tajemnice okazują się niezwykle niebezpieczne. Nawet najmniejsi członkowie rodziny mają bowiem swoje. 

Bliźnięta z lodu nie są zdecydowanie perłą literatury, ale zwykłą, nieco przewidywalną opowieścią, idealną do przeczytania przed snem lub w pociągu. Nie jestem specjalistką od thrillerów psychologicznych, ale ten wydaje się całkiem udany. Zdecydowanie jest to powieść, którą bardzo szybko i z przyjemnością się czyta i równie lekko się o niej zapomina. Czy jednak zawsze musimy czytać coś wartego zapamiętania? Bliźnięta dostają od Brudnopisa 6/10, głównie za lekkość pióra.

Dodaję zdjęcie, bo cóż może być ciekawszego i przyjemniejszego niż widok kwiatów i książek? Może ktoś się pokusi chociaż, aby skomentować moją brudną ścianę i pojawi się na tym blogu jakiś ruch :D


środa, 8 lipca 2015

Dziewczyna z zegarem zamiast serca / Peter Swanson, 2015

Brudnopis to ostatnio nie ma szczęścia do książek. Trafiają mu się takie, których nie może doczytać, mimo że mają tylko nieco ponad 300 stron i bardzo proste słownictwo. Następnym razem, obiecuję sobie i Wam, wygrzebię z szafki coś starego i na pewno nie będzie to kryminał. Tym razem postawiłam na powieść Swansona, która zaintrygowała mnie swoim tytułem i okładką. 

W moim życiu mola książkowego pojawiło się wiele dziewczyn. Była Dziewczyna, która igrała z ogniem. Była Dziewczyna z perłą, a nawet pojawiła się Dziewczynka z zapałkami. O dziewczynach z zegarem zamiast serca nigdy nie słyszałam, dlatego tytuł wydał mi się tak samo intrygujący jak głupi i postanowiłam poświęcić pracy Swansona chwilkę swojego jakże cennego czasu... w końcu zegar tyka.

Do historii przekonał mnie w dodatku fakt, że podobno planują ją sfilmować. Pomyślałam, że najwyraźniej musi mieć w sobie coś świeżego... niestety. Czuję się, jakbym nabrała się na kanapkę z łososiem w jakiejś podejrzanej knajpce. To, że autor jest chyba popularny w USA i UK wcale nie pomaga. Jeśli to jest dobra książka, to nie wiem jakie są kiepskie.

Po tytule spodziewałam się przynajmniej technologicznych intryg, a opis na okładce uznałam za zasłonę dymną: George spotyka dziewczynę w college’u. Zakochują się w sobie bez pamięci, a w czasie ferii ta (nie wiedząc czemu) postanawia popełnić samobójstwo. Zrozpaczony George jedzie na miejsce by w trumnie znaleźć zupełnie obcą laskę. Dwadzieścia lat po tych wydarzeniach spotyka swoją dawną ukochaną w barze. Przypadek? Nie sądzę.

Fabułę tej książki można streścić w słowach: bo to zła kobieta była. George, nudzący się księgowy przechodzący przedwcześnie kryzys wieku średniego, pewnego jakże zwyczajnego popołudnia spotyka w swoim ulubionym barze dziewczynę ze studiów. Jej widok zarówno go podnieca jak i przeraża, co może czytelnika zaintrygować (niestety, zdarza się to dość rzadko). George rusza na spotkanie jedynej miłości, a ona go wykorzystuje i nim kręci... później znów wykorzystuje i nim kręci... później go kręci.... później znów wykorzystuje i nim kręci... w sumie niczym innym się nie zajmują, a jedynym urozmaiceniem jest to jak George obrywa od różnych dziwnych typów w imieniu swojej dawnej wybranki. Obok nich postacie pojawiają się i znikają, ale są tak samo bezbarwne jak główni bohaterowie. Akcja dzieje się naprzemiennie w czasie rzeczywistym i dwadzieścia lat wcześniej, jednak czytelnikowi nie robi to żadnej różnicy. Nie zachwyci was tam ani narracja, ani akcja, ani bohaterowie, ani świat przedstawiony ani żaden inny z setek istotnych w powieści elementów, których zwykłe brudnopisy nie potrafią nawet nazwać.

Nadal nie rozumiem czemu Liana jest dziewczyną z zegarem zamiast serca. Niby, że co? Taka bombowa? Nie wiadomo, kiedy eksploduje? Powieść przynajmniej dla mnie okazała się totalnym niewypałem. Nawet zeszłotygodniowe Lalki mają więcej klasy. Dziewczyna dostaje 4/10 punktów i to tylko dlatego, że z natury nie jestem okrutna. NIE KUPUJCIE TEGO!

piątek, 26 czerwca 2015

Lalki / James Carol, 2014

Brudnopis dręczony jest na przemian myślami o nadchodzącym egzaminie licencjackim (dzięki Bogu dotyczącym czytelnictwa, a więc tego co brudnopisy lubią najbardziej) i przegryzaniem się przez publikacje dotyczące opętań, diabła i egzorcyzmów (ambitne, wakacyjne plany napisania powieści). Nikogo nie powinien zatem dziwić fakt, że do zrecenzowania w tym tygodniu wybrał lekturę łatwą, prostą i przyjemną. Cóż bowiem może być łatwiejsze i prostsze od kolejnej kryminalnej historyjki? Starcie psychopaty z nieustraszonym geniuszem jest tematem, który autorom nigdy się nie nudzi. Lalki to idealna literatura wagonowo-plażowo-rekreacyjna.

Na stronie Empiku możemy przeczytać:
"James Carol urodził się w Szkocji w 1969 roku. Obecnie mieszka w Anglii. Pracował jako gitarzysta, inżynier dźwięku, dziennikarz oraz instruktor jazdy konnej. Jest twórcą postaci Jeffersona Wintera - ekscentrycznego geniusza, byłego współpracownika FBI, który przemierza świat, tropiąc groźnych przestępców. Wydana w styczniu 2014 roku książka "Lalki" bardzo szybko zyskała zainteresowanie krytyków oraz fanów powieści kryminalnych, stając się bestsellerem. Przetłumaczono ją na kilka języków". 

Cóż na to Brudnopis? A no tylko tyle, że Lalki czyta się lekko, przyjemnie i z pobłażliwym uśmieszkiem. Nie możemy pozbyć się wrażenia, że takich historii znamy już mnóstwo – ekscentryczni geniusze, piękne policjantki, parszywy i przebiegły psychopata, ponętne pokrzywdzone kobiety. Jedyne czym wyróżnia się książka, to dość ciekawy sposób, w jaki sprawca traktuje swoje ofiary. I że nie do końca sam jest wszystkiemu winien...

Winter, pochodzący z dość nieciekawej rodziny facet z doświadczeniem w ściganiu psychopatów (jakżeby inaczej, najlepszy profiler na świecie) przyjeżdża do Anglii aby pomóc dawnemu znajomemu w schwytaniu zwyrodniałego przestępcy. Nie da się ukryć, zarozumiały i nieco snobistyczny główny bohater w żaden sposób nie wzbudził mojej sympatii. Krążące wokół niego postacie również nie. Nawet psychopatyczny morderca nie poruszył we mnie absolutnie żadnej struny, choć zazwyczaj to właśnie czarne charaktery budzą zachwyt czytelników. Winter krąży po mieście, stosując pozornie wyszukane metody dedukcji, daleko mu jednak do Szerlocka Holmesa.  W tym samym czasie mamy okazję śledzić historię ostatniej z ofiar czarnego charakteru, przetrzymywanej w piwnicy i torturowanej w mało odkrywczy sposób. 

Cóż więcej można powiedzieć o kryminale, aby nie wkradł nam się w recenzję niechciany spoiler? Może tylko tyle, że Brudnopis nigdy nie był wielbicielem kryminałów, a ten uważa za jeden z najmniej udanych jaki miał okazję przeczytać. Jeśli więc mielibyście wydać na tę pozycję ponad trzydzieści polskich złotych, lepiej zainwestować w coś dostarczającego bardziej wyszukanej rozrywki... chociażby Porzeczkową Soplicę. Jeśli jednak spotkacie Lalki w promocyjnej cenie w jakimś dworcowym kiosku, możecie zabrać je ze sobą w wakacyjną podróż, a na pewno was nie przemęczą. Ocenione zostały na 5/10 punktów. 

sobota, 9 maja 2015

Głosy / Marjane Satrapi, 2014

Film (8/10 punktów) odkryty niedawno i troszkę przypadkowo. Polską premierę miał już w lutym, trudno jednak odnaleźć się w gąszczu kinowych propozycji całkowicie samotnie i wyszperać coś ciekawego. Łatwiej byłoby, gdyby nasz kot lub pies cokolwiek nam podpowiedział... grunt, żeby się ze sobą nie sprzeczali, to wydaje się miejscami nie do zniesienia.

Głosy, należące do zwierzaków podszeptują człowiekowi różne rzeczy. Psy na przykład namawiają do przyznawania się do winy. Nie mogą ci nic zrobić, Jerry, jesteś dobrym chłopcem, tylko troszkę się pogubiłeś. Jelenie za to bardzo nie chcą męczyć się przed śmiercią i proszą, aby skrócić ich cierpienia. Koty, jak to koty, są naprawdę złośliwe i do tego potwornie świntuszą. Bardzo dobrze dogadują się chyba z głowami w lodówce. Mimo nieustanego rozgardiaszu w domu zawsze jest wesoło: niby tylko ty jesteś człowiekiem w jednym kawałku, ale zawsze masz z kim pogadać. Najgorsza byłaby samotność, prawda Jerry?  Samotność przychodzi, gdy zażyje się lekarstwa, dlatego należy powiedzieć trochę mniej prawdy psychiatrze o głosach... Jakie głosy proszę pani, nie ma żadnych głosów. W pracy wszyscy mnie bardzo lubią, dużo pomagam, lubię fabrykę wanien, jest tak kolorowo i różowo! Jest nawet jedna dziewczyna... 

Marjane Satrapi, irańska reżyserka o królewskim rodowodzie, serwuje nam prawie dwie godziny przedziwnego, przerażającego a zarazem niezwykle kolorowego widowiska. Są bajeczne kolory, są straszne czyny, są prześmieszne sytuacje zmuszające do poważnych przemyśleń. O tym, jak może wyglądać świat chorego psychicznie człowieka powstało bardzo wiele filmów. Bardzo mało z nich utrzymanych zostało jednak w kolorystyce rodem z Kopciuszka. Zwierzęta rozmawiają, głowy śpiewają, dom staje się nieznośny dopiero po przyjęciu obrzydliwych pigułek... świat, w którym mili chłopcy naprawdę są bardzo miłymi chłopcami. Jedynie troszkę się pogubili... świat w którym mili chłopcy robią trochę niemiłych rzeczy, ale do ostatniej chwili powoduje to przepiękne rzeczy. Wszyscy tańczą, nawet Jezus Chrystus i dawno nieżyjąca już matka. Głosy to przerażający, roztańczony korowód przedziwnych zdarzeń, w których morderca nas rozczula i przeraża jednocześnie. Rozczula, ponieważ ma przystojną lecz bardzo zafrasowaną i zawstydzoną twarz. Przypomina bardzo nieśmiałego chłopca, mimo że gra go z reguły powalający Ryan Reynolds. Przeraża, ponieważ pomimo wszystko jest bez winy. Przede wszystkim jest to jedna z najczarniejszych komedii, jakie dane mi było oglądać i robiłam to z szerokim, złowieszczym uśmieszkiem.

Głosy, opowieść w której najgorszą szelmą jest rudy kot, to coś o czym nie zapomina się szybko. To film o zagubionym chłopcu, któremu chcielibyście pomóc zakopać ciało. Nie szkodzi, Jerry, każdemu mogło się zdarzyć. Grrrrr aż ciarki przechodzą po plecach. Jeśli więc nie boicie się oglądać takich rzeczy wieczorem, dajcie Jerremu szansę opowiedzieć swoją historię. Zrobi to z początku dość nieśmiało, później może zbyt odważnie, ale zawsze barwnie i optymistycznie. I pamiętajcie – każdy słyszy głosy od czasu do czasu... niektóre mówią nam co powinnyśmy robić, inne to odradzają... jedno jest pewne. Nigdy nie słuchajcie kota. 

niedziela, 12 kwietnia 2015

Carnivia : Bluźnierstwo / Jonathan Holt, 2013

Ponieważ wiele osób czeka na ostatnią część trylogii Carnivia, który ma ukazać się w tym roku i również dlatego, że napisał ją były wykładowca literatury angielskiej na Oksfordzie, sięgnęłam po jej pierwszą część. Jestem jeszcze naiwniaczką w starym stylu i takie słowa jak "literatura angielska" "wykładowca" a przede wszystkim "Oksford" robią na mnie niezmiennie duże wrażenie, więc spodziewałam się thrillera nasyconego intelektualnym rozmachem. Spodziewałam się, sięgając po Bluźnierstwo, że jego głębia i bogactwo narracyjne powali mnie na kolana – niestety. Siedzę teraz bardzo wygodnie na swoim starym jak Włochy fotelu i do padnięcia na kolana dużo mi brakuje. Carnivia, promowana jako książka, której prawa do przekładów sprzedano do 17 krajów na długo przed brytyjską premierą, to nic więcej niż odpowiednio efektownie zapakowany (lecz bez narracyjnych szaleństw) zbiór banałów udających głębię (a będących jedynie populistycznym bełkotem), okraszonych kilkoma ciekawostkami z życia Wenecji i serwisów internetowych. Zanim jednak przejdę do marudzenia, może warto powiedzieć o czym powieść jest. 

Znajdujemy się we współczesnej Wenecji, w pobliżu której znajduje się wielka, amerykańska baza wojskowa. Mamy seksowną włoszkę - oficer karabinierów, przypominającą chłopca amerykańską podporucznik, zdziczałego matematyka oraz kilka pobocznych i mało ciekawych postaci, które pojawiają się tylko po to aby okazać się podstępnymi, knującymi świniami. Czyli normalka. W tych skorumpowanych, pełnych seksistowskich i prokatolickich zboczeńców (bo niby jak to inaczej nazwać, hm..?!) policja znajduje na opuszczonej wyspie kobietę ubraną w szaty katolickiego księdza. I tu moi drodzy zaczyna się historia, wielowątkowa i trzeba przyznać trzymająca się kupy. Wraz z bohaterami przemieszczamy się po bazach wojskowych, komisariatach, łodziach rybackich, dworcach pełnych prostytutek, a nawet na tereny byłej Jugosławii i do Carnivii – całkowicie wyzwolonego od szpiegowania i tych cholernych cookis portalu społecznościowego. Brzmi ciekawie? Cóż, może i jest ciekawie, ale szału nie ma. Człowiek ma wrażenie, że w Bluźnierstwie nie dostał absolutnie nic nowego – to po prostu całkiem udany miks wszystkiego tego, co pojawiało się w kryminalnych bestsellerach na przestrzeni ostatnich kilku lat. Pan Holt najwyraźniej za dużo czasu spędzał na analizowaniu literatury baaaardzo popularnej. W wielkim skrócie można je uznać za całkiem udaną mieszankę książek Dana Browna z Millenium, którą mimo wszystko przyjemnie się czyta. 

Mamy dwie silne kobiety i niepozbawionych wad mężczyzn, mamy podejrzewane o niecne zamiary rządy i Kościół, mamy maksymalnie skorumpowaną włoską policję i zagadkę dotyczącą okrutnej historii sprzed 20 lat. Jeśli ktoś ma problemy z odróżnianiem w literaturze faktów od pomysłów całkowicie fikcyjnych po skończeniu tej książki z całą pewnością ma prawo zostać podejrzliwym, feministycznym i antykościelnym stworzonkiem. Jeśli jednak potrafimy czytać opowieści takie jak ta ze sceptycznym uśmieszkiem na ustach, może ona dostarczyć nam niezobowiązującej i wciągającej lektury w pociągu, toalecie czy kolejce do kasy w Tesco. 

Bluźnierstwo zaliczam do bardzo dobrych książek... ale jedynie w kategorii literatury wagonowej. Brudnopis, wciąż podśpiewujący sobie pod nosem "ale to już było" daje pierwszej części Carnivii 6/10 punktów deklarując, że do drugiej części nie zajrzy.  

niedziela, 1 lutego 2015

John Wick / David Leitch, Chad Stahelski, 2014

Taak, wiem — pewnie wszyscy, którzy chcieli, już to obejrzeli. A większość z wielkich znawców kina rozrywkowego już dawno określiło John Wick sknoconym filmem (zapewne posiłkując się przy tym zaawansowaną znajomością języka angielskiego). 
Mi jednak wystarczyło pierwsze dziesięć minut żeby wiedzieć, że będę z Johna zadowolona, posiada on bowiem bardzo satysfakcjonujące elementy:
— Keanu Reeves'a wciąż zachwycającego w czarnym garniturze, mimo pięćdziesiątki na karku (tak, drogie panie TEN Keanu Reeves ma już pięćdziesiąt lat, a my nie potrafimy przestać się do niego ślinić),
— Willem'a Dafoe, w którym zakochałam się od pierwszego wejrzenia oglądając najlepsza czarną komedię wszech czasów, czyli Świętych z Bostonu i który jest najlepszym dowodem na to, że zmarszczki u mężczyzny są seksi. 
— Słodkiego szczeniaczka,
— Rosyjskich gangsterów.

Podsumowując: miks, któremu jeszcze żaden brudnopis nigdy się nie oparł. Świetna obsada. Specyficzny, ciężki klimat. Naprawdę dobra muzyka. Niekończąca się akcja, trzymająca w napięciu do ostatnich scen. A gdy pojawiają się napisy końcowe, widz ma ochotę zakrzyknąć "Jeszcze raz! Więcej mordobicia!"

Tym razem zmęczony życiem mężczyzna nie będzie mścił się za zamordowaną kobietę i dziecko, ale za skradziony samochód i psa. W sumie, na jedno wychodzi, bo w imię swojego ukochanego maleństwa (rocznik 69) zabija z takim samym zapałem, z jakim robił to Steven Seagal w latach swojej świetności. Jeśli więc, tak jak mały Brudnopis wychowałeś się na produkcjach z Seagalem, Norrisem, van Dammem czy oczywiście Stallonem, to na pewno pokochasz ten film. Jeśli znasz choć jeden taki obraz, to tak jakbyś znał wszystkie – co nie znaczy, że nie będziesz się świetnie bawić oglądając kolejny. I kolejny. I kolejny. Zwłaszcza tak lekkie i pomysłowe jak John Wick.

Na odpowiednią akcję nie musimy czekać dłużej niż piętnaście minut. Dużo strzelania, ciężkich dowcipów i walenia po mordach. Zadzieranie z facetem, którego jedynym sposobem rozwiązywania konfliktów jest broń palna, nigdy nie jest dobrym pomysłem – nawet jeśli twój tatuś miał z nim kiedyś dobre stosunki, a on jest już od lat na emeryturze. Shit happens.

Tak w ogóle to film powinien się nazywać Baba Jaga (kto obejrzy będzie wiedzieć dlaczego), ale najwyraźniej obawiano się że odbierze mu to powagę. Niepotrzebnie. Oprócz smutnych scen pochówków, nie posiada on bowiem absolutnie żadnej powagi. I chwała mu za to. To po prostu kino akcji w starym, dobrym stylu. 

A! I jeszcze jedno! Ostrzeżenie dla kobiet: jeśli wyjdziecie kiedyś za strrrasznie przystojnego faceta, który nie będzie chciał opowiadać o swojej przeszłości, liczcie się z tym, że w piwnicy może trzymać złoto rosyjskich mafiosów. W Hollywood to dość powszechny problem. 

— Czy zabiłbyś Johna Wicka za dwa miliony? W końcu byliście sobie bliscy. 
— Uznaj sprawę za załatwioną. 

Brudnopis uznaje sprawę za załatwioną i w pełni satysfakcjonującą i daje Johnowi Wickowi 7/10 punktów. 


środa, 21 stycznia 2015

Zaginiona dziewczyna / Gillian Flynn, 2012 (książka) David Fincher, 2014 (film)

Po Zaginioną dziewczynę sięgnęłam, gdy na ulicach pojawiły się plakaty promujące film na podstawie książki. Przyznaje się, że nie miałam pojęcia kim jest autor i przed rozpoczęciem lektury się w to nie zagłębiałam, raczej stronię od światowych bestsellerów. A tu takie zaskoczenie… Przeczytałam 500 stronicową książkę w niecałe dwa dni i w momencie kiedy zorientowałam się, że autor jest kobietą, moje zaskoczenie było jeszcze większe. Nie kłamię – zaoferowana powieścią, nie zwróciłam uwagi na nadjeżdżający tramwaj dobrze, że pan maszynista zatrąbił, inaczej Zaginiona Dziewczyna byłaby ostatnią książką, jaką w życiu przeczytałam :) Co mnie w niej tak urzekło?

Amy i Nick Dunne obchodzą piątą rocznicę ślubu. W ciągu pięciu wspólnych lat przetrwali wiele przeciwności losu – stratę pracy, przeprowadzkę z ekskluzywnej dzielnicy Nowego Jorku do rodzinnej miejscowości Nicka i śmierć jego matki. Ich sytuacja finansowa nie wygląda ciekawie, Amy za ostatnie pieniądze kupiła mężowi bar, który nie przynosi oczekiwanych dochodów. Rocznica mimo wszystko pozostanie niezapomniana i to nie za sprawą romantycznej kolacji – Amy zniknęła. Tak po prostu i bez śladu. Policja wszczyna dochodzenie i sprawy przybierają niespodziewany obrót – Nick staje się głównym podejrzanym. Funkcjonariusze wysnuwają takie wnioski nie bez powodu. Amy Dunne to piękna, wykształcona i inteligentna kobieta. Pochodzi z dobrej i majętnej rodziny – jej rodzicie zbili fortunę na książkach, których inspiracją była ona sama -  „Niezwykła Amy”, tak nazywała się seria książek bijących rekordy popularności. Nick to zwykły pisarzyna - trafiło mu się jak ślepej kurze ziarno. Oczywiście jest błyskotliwy i ma trochę uroku osobistego, szczególnie w spodniach. Czy Nick nie mógł znieść wyższości żony i tego, że był jej utrzymankiem? Czy Amy stała się zimną, sfrustrowaną żoną? Czy Nick pozbył jej się bez mrugnięcia okiem?

I w tym momencie wsiadamy w kryminalny rollercoaster. Dwie narracje – z punktu widzenia Amy i Nicka. Każda kolejna strona odkrywa przed nami tajemnice ich małżeństwa i zaginięcia kobiety. Nie chcę spoilerować, bo zepsułabym Wam całą zabawę. Z rozdziału na rozdział autorka podkręca atmosferę i nie możemy doczekać się rozwiązania zagadki, „wchodzimy” w świat przedstawiony i długo po odłożeniu książki w nim pozostajemy. Autorka precyzyjnie tworzy portrety psychologicznego bohaterów i tka misterną fabułę, lepką jak pajęcza sieć.  Zaginiona dziewczyna to nie tylko świetny thriller, to również historia o małżeńskiej relacji przepełnionej kłamstwami i wyobrażeniami sprzed lat. Gillian Flynn przywróciła mi wiarę w piszące kobiety, jak widać potrafimy stworzyć coś bardziej ambitnego od ckliwych romansideł. Dla mnie Zaginiona dziewczyna jest najlepszym kryminałem jaki przeczytałam w ubiegłym roku. Recenzja trochę później właśnie ze względu na ekranizację, którą obejrzałam dopiero teraz i chciałam zobaczyć, jak  reżyser sobie poradził i czy bardzo będę ubolewać.


Nie(stety) kolejne zaskoczenie i nie mam co krytykować – David Fincher (reżyser takich filmów jak Dziewczyna z tatuażem i Ciekawy przypadek Benjamina Buttona) stworzył naprawdę dobrą ekranizację. Dla osób, które czytały powieść jest to idealne dopełnienie historii Amy i Nicka. Po pierwsze – rewelacyjnie dobrani aktorzy, Ben Affleck i Rosamund Pike w rolach głównych to trafny wybór. Nawet Emily Ratajkowski, która została zaangażowana do roli drugoplanowej całkiem nieźle gra i nie tylko dzięki pokazywaniu piersi, w czym jest świetna na co dzień. Zabiegiem, który sprawdził się w tym filmie to kręcenie scen z dwóch punktów widzenia (tak jak w powieści), zdanie żony przeciwko zdaniu męża. Dzięki temu nic nie jest oczywiste i przez cały czas odbiorca zadaje sobie pytanie „Winny czy niewinny?”. O filmie było w mediach głośno i moim zdaniem słusznie, jest to jeden z lepszych filmów 2014 roku. Nie mogę jednak całej zasługi przypisywać reżyserowi, Fincher dostał świetny materiał i przy tworzeniu współpracował z Flynn, miał ułatwione zadanie. Mimo wszystko oddał założenia książki – pokazał małżeństwo jako cyniczną i przerysowaną instytucję. Pod lupę zostały wzięte również amerykańskie media, które z łatwością żerują na ludzkiej krzywdzie i z dnia na dzień zmieniają swoich ulubieńców.



Podsumowując Zaginiona Dziewczyna w wersji papierowej i filmowej jest godna polecenia. Dla mnie jednak fascynującym odkryciem jest Gillian Flynn, kobieta posiada bowiem wielki talent. Tak wiem, że jest to czytadło, ale na naprawdę dobrym poziomie.