Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka i społeczeństwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka i społeczeństwo. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 30 czerwca 2019

Klątwy, sekrety, skandale: historia Polski przez dziurę od klucza \ Stanisław Koper, 2019


Uwielbiam historię. Gdybym nie została bibliotekarką,
z pewnością byłabym historykiem. Wszystko co nas otacza jest ciekawsze z punktu widzenia historycznego. Medycyna? Bardzo interesująca, ale dla historii medycyny byłoby to słabe określenie. Geopolityka? Super, ale tylko jeśli uwzględni się zaszłości historyczne. A plotki? Cóż. Jestem stereotypową babą i uwielbiam sekrety i skandale. A najbardziej takie sprzed stuleci.

Sławomir Koper to autor, którego nikomu nie trzeba chyba przedstawiać. Wystarczy wejść do najbliższej biblioteki 
i poprosić o dziesięć kilogramów książek Kopera.
- Przepraszam, tak mi się usypało, może być piętnaście?

Jeśli lubisz lekkie pióro, fakty, a najlepszymi bohaterami książek są dla Ciebie postacie historyczne, odpowiedź może być tylko jedna.

Zaczynamy, jak to w podręcznikach bywa, od Piastów. Ich nałożnic, żon, rozterek związanych ze zmianą religii już w podręcznikach nie spotkamy. Przechodzimy gładko do tematu "męskich problemów", które w przypadku władców rzutowały na cały kraj. Odczarowujemy legendę Kazimierza Wielkiego, który może zostawił Polskę murowaną, ale prywatnie był niezłym gnojem. Ocieramy się o Krzyżaków i dowiadujemy co nieco o królowej Bonie. Mkniemy rozdział po rozdziale od najstarszej historii Polski, aż do czasów socjalistycznych. Towarzyszy nam dziwne odczucie, że chociaż czasy się zmieniają – ludzie nieszczególnie.

Wielką wartością książki jest smak, z którym została napisana. Opowiada o rzeczach kontrowersyjnych, ale bez wywlekania brudów i nadmiernie obrazowych opisów. Autor nie szuka sensacji ani w klątwach ani w sekretach, a skandale opisuje w elegancki sposób. Skupia się na konsekwencjach potknięć moralnych, a nie na ich przebiegu. Dzięki temu można ofiarować książkę w prezencie starej ciotce, albo młodszemu bratu i spać spokojnie. Sławomir Koper to nie Elwira Watała (której Seks w królewskich alkowach również polecam, ale tylko czytelnikom 18+). Podsumowując, ze Sławomirem Koprem warto nie tylko się zapoznać, ale również zaprzyjaźnić.


wtorek, 31 października 2017

Tatami kontra krzesła / Rafał Tomański, 2017

O Japonii każdy z nas ma jakieś zdanie - każdy przecież kiedykolwiek coś o niej czytał lub oglądał. Dla jednych jest to cudowny i bajeczny świat dobrobytu: kwitnących wiśni, pięknych eleganckich gejsz, niezwykle niskiej przestępczości, pracowitości, honoru i oczywiście - technologii.

Dla innych to kraj samobójców, śmierci z przepracowania, automatów z używanymi majtkami nastolatek i zdziczałej pornografii.

Zainteresowanie młodych Polaków Japonią nie słabnie: wielu z nas uczy się języka, marzy o (niestety bardzo kosztownej) wycieczce do tego wyspiarskiego kraju, a w księgarniach znajdują się niewyobrażalne ilości japońskich komiksów dla młodzieży.

Nawet ja, mimo iż Japonia nie jest moim wymarzonym miejscem podróży, przeczytałam na jej temat kilka książek, obejrzałam kilkanaście filmów i zapoznałam się z niezliczoną ilością popularnonaukowych artykułów.

Tatami kontra krzesła to fantastyczna książka zarówno dla osób, które (podobnie do mnie) są laikami w kwestii kultury Japonii, jak i niezła rozrywka dla osób z nią obeznanych - ponieważ została po prostu dobrze napisana. Na tyle, że nie nudziłam się podczas odświeżania już dawno poznanych faktów. 

Rafał Tomański, co wcale mnie nie nobilituje, jest starszy ode mnie jedynie o 11 lat, a nie dość że dobrze pisze to jeszcze jest dziennikarzem, japonistą, zna się na technologiach, biznesie, jego książki są bestsellerami, jest lektorem bajek dla dzieci, obsługuje wielkie firmy, a nawet doradzał ministrowi [co można wyczytać na jego profilu autorskim na lubimyczytać]. Jednym słowem, takiemu brudnopisowi jak ja wypadałoby go znienawidzić. Najwyraźniej zafascynowała go nie tylko kultura Japonii, ale charakterystyczną dla tego narodu pracowitość postanowił wdrożyć w życie (chore!). 

Niemniej jednak postanowiłam wnieść się nieco powyżej (podobno charakterystycznej dla naszego narodu) zawiści i zazdrości i napisać, że tatami kontra krzesła dostarczyło mi dzisiejszego dnia bardzo dobrej i mądrej rozrywki.

Książka ta nie tylko zawiera bardzo dużo interesujących faktów podanych w przystępny i lekki sposób, ale autorowi udało się dokonać czegoś bardzo trudnego: pokazać dwoistość natury Japończyków, zarówno bez zachwalania jak i nadmiernego krytycyzmu. Autor pokazuje to, czego moglibyśmy się od Japończyków nauczyć, jak i to co robimy lepiej i dzięki czemu jesteśmy "zdrowsi". Z jednej strony zachwala piękno kraju i niezwykle wysoki poziom kultury, z drugiej strony nie wstydzi się pisać o tym, że młode Japonki nie zmieniają majtek. Jednym zdaniem: ta niespełna 300-stronicowa pozycja pokazuje bardzo ciekawe wycinki Japonii z jej blaskami i cieniami, dzięki czemu krytycy Japończyków mają okazję się nimi zachwycić, a ich wielbiciele odrobinę ochłonąć. 

Jeśli więc chcecie się dowiedzieć:
  • czemu Japończycy są coraz wyżsi, 
  • kiedy powstał pierwszy robot,
  • czemu Japonki chorują, gdy ich mężowie przechodzą na emeryturę,
  • jakie obrzydlistwa związane z nastolatkami można zakupić w japońskim sklepie,
  • skąd tak naprawdę wzięło się sushi,
  • co o cudzoziemcach myślą Japończycy,
  • dlaczego kobiety i mężczyźni jeżdżą w osobnych wagonach,
  • czy maszyny mają duszę,
  • czemu Japońskie telefony są brzydkie, a Japonki mają krzywe zęby
sięgnijcie koniecznie po książkę Rafała Tomańskiego.

Pierwsze wydanie ukazało się w 2011 roku, bardzo więc możliwe, że znajdziecie ją w swojej bibliotece. W skali od 1 do 10 tatami otrzymuje ode mnie 7 punktów. 

Niezamężna kobieta w Japonii już po dwudziestych piątych urodzinach
dostaje przydomek kurimasu keki, czyli bożonarodzeniowe ciasto.
Nazwa nawiązuje do tortu z truskawkami i bitą śmietaną, które bardzo krótko zachowuje świeżość. Jada się je przeważnie 25 grudnia - stąd też ukłon w stronę 25 roku życia młodej dla człowieka Zachodu, a zbyt starej już według Japończyków, kandydatki na żonę. 

wtorek, 19 kwietnia 2016

ISIS. Państwo Islamskie / Benjamin Hall, 2015

W obecnym czasie chyba każdy człowiek, który posiada nieco świadomości otaczającego go świata, widzi co dzieje się w Europie i poza jej granicami. Nie będę tu poruszała tematu moich poglądów politycznych dotyczących uchodźców i tym podobnych spraw, choć przyznam, że to był czynnik, przez który sięgnęłam po tą książkę.


Autor, Benjamin Hall, to stosunkowo młody brytyjski niezależny dziennikarz. Głównym tematem, który porusza, jest problematyka związana z terenami Bliskiego Wschodu. Często także relacjonował wydarzenia, samemu będąc na linii frontu.

4. Pod naszymi rządami ludziom będzie się żyło wygodnie i bezpiecznie. Tylko rządy islamskie zapewniają dobrobyt, gwarantują przestrzeganie praw obywateli i oddają sprawiedliwość represjonowanym, którzy byli tych praw pozbawieni. Ci, którzy jeszcze wczoraj byli niezadowoleni, prowadzą dziś spokojne życie. Wyjątkiem są odszczepieńcy i ci, którzy odrzucają światło prawdziwej wiary.
Fragment konstytucji medyńskiej (zawartej w książce)

Jak sama nazwa wskazuje, książka ta dotyczy tak zwanego, Państwa Islamskiego. Tak zwanego, ponieważ, jak sam autor podkreśla, nie jest to żadne państwo, a jedynie twór powstały z przemocy, krwawych podbojów i terroryzmu. Przyznać muszę, że czytając ją miałam duże problemy z połapaniem się w chronologii i w ogóle ogólnym zarysie sytuacji. Nie jest to wina samej książki, czy sposobu pisania, lecz zawiłości związanych z faktami, polityką i historią problemu. Również same arabskie imiona i nazwiska nie pomagały w zrozumieniu całej sytuacji. Jednakże nie jest to wina autora, co warto podkreślić po raz drugi.

Rozdziałem, który najbardziej przykuł moją uwagę i zainteresował mnie osobiście, był ten pt. Seks. Teraz zapewne pomyślicie sobie, że Merossa ma specyficzne upodobania, jednak pozwólcie, że się wytłumaczę. Rozdział ten był szczególnie interesująco ponieważ nie dotyczył polityki, a kulturowych zachować członków ISIS. To była jedna z niewielu odskoczni, które znalazłam w tej książce. Dotyczył on takich zagadnień jak niewolnictwo, czy traktowanie kobiet w Państwie Islamskim. Był naprawdę ciekawy, bo poniekąd dotyczył każdej z nas i pokazuje jak traktowana jest żeńska część społeczności. Nie chcę tu wiele zdradzać, ale poniżej zamieszcza kilka pytań z dokumentu, który opublikowało ISIS, dotyczącego traktowania niewolnic. Jakby nie patrzeć, Państwo Islamskie jest bardzo wspaniałomyślne.

Pytanie 7: Czy można w wyniku aktu kupna lub sprzedaży rozdzielić matkę i jej dziecko?
Nie wolno oddzielić matki od jej małoletniego dziecka w wyniku aktu kupna, sprzedaży lud odstąpienia. Można to jednak zrobić, gdy jest dorosłe.

Pytanie 16: Czy można wziąć sobie za niewolnice dwie siostry?
Dopuszczalne jest wzięcie sobie za niewolnice dwóch sióstr, jak również ciotki i jej bratanicy lub siostrzenicy. Stosunki seksualne można jednak odbywać tylko z jedną z nich. Nie można także współżyć z jedną w obecności drugiej. Według opinii większości uczonych jest to zakazane.

Pytanie 24: Czy niewolnice podlegają karom koranicznym [hudud]?
Jeśli niewolnica popełni przestępstwo, za które grozi kara koraniczna [hudud], kara powinna zostać wymierzona. Jednakże jeśli pozwala na to prawo, należy ją zmniejszyć o połowę.

ISIS. Państwo Islamskie zasłużyło na ocenę 7/10. Polecam ją każdemu, kto interesuje się tym tworem i pragnie poznać zarysy jego powstania.

sobota, 24 października 2015

Złe psy. W imię zasad / Patryk Vega, 2015

Czasem po prostu czytam bardzo dobrą książkę, a później nie wiem co o niej powiedzieć. Może dlatego, że opowiada o świecie tak zupełnie odmiennym od mojego, o ludziach jakich nigdy nie miałam okazji spotkać i o sytuacjach tak ekstremalnych, że trudno je sobie wyobrazić. Taką właśnie książką jest pierwsza część Złych psów – prawdziwa opowieść, a jednak tak niezwykła, jakbym oglądała mocny, brutalny film kryminalny. Druga część wyszła kilka dni temu i z całą pewnością do niej zajrzę.

Skojarzenie z filmem kryminalnym nie jest absolutnie przypadkowe – Vega to przecież autor kultowych filmów - Pitbulla czy Służb specjalnych. Tym razem spróbował swoich sił w pisaniu książek i trzeba mu przyznać : zrobił to doskonale.

Przez całe lata niewiele rzeczy mnie ruszało. Robiłem materiały z pedofilami, w środku nocy jechałem z matką zamordowanego dziecka na miejsce zbrodni i kręciłem wywiad, po którym ona lądowała w zakładzie psychiatrycznym. Myślałem, że jestem odporny na te emocje.
Już wstęp książki powala nas na glebę prawym sierpowym. Vega, jak chyba żaden inny autor zbliżył się do polskich wściekłych psów i niemal żył ich życiem. Teraz postanowił spisać wielogodzinne rozmowy z zaufanymi policjantami, tymi, którzy bez reszty oddali się temu, w co wierzyli. Nie jest to jednak cukierkowa opowiastka o superbohaterach, a słodko-kwaśna spowiedź z życia polskiego policjanta. Bywa wesoło, śmiesznie i wzruszająco, ale dużo częściej jest to historia ciężkiej pracy, zawodu i frustracji oraz głębokiego wstydu za wszystkie te psy, które są zbyt potulne...
 
Co może powiedzieć o tej książce taki zwykły Brudnopis jak ja? Może tylko tyle, że dzięki niej zdałam sobie lepiej sprawę z tego, w jak niebezpiecznych czasach żyjemy. I nie znalazłam w niej ani jednego uspokajającego elementu. Wściekłe psy bardzo często spotyka naprawdę paskudny, niezasłużony koniec...

Jedyne na czym Brudnopis zna się choć odrobinę i w czym naprawdę potrafi się rozsmakować jest język. A język rozmawiających ze sobą policjantów jest wyborny: cięty, suchy i konkretny, ale niepozbawiony barwnej „egzotyki”. We wstępie Vega pisze:

Instrukcja operacyjna mówiła, że oficer operacyjny nieustannie porusza się na granicy prawa. Ta granica jest płynna i dlatego jej interpretacja wielokrotnie zależy od operacyjniaka. Pamiętam, jak policjanci z wydziału zabójstw pierwszy raz zabrali mnie na spotkanie z gangsterami, podczas którego musiałem udawać oficera ze stołecznej. Najbardziej uderzające było dla mnie to, że nie potrafiłem stwierdzić, kto z siedzących przy stoliku jest z policji, a kto z mafii, bo jedni i drudzy wyglądali podobnie.

Trzeba przyznać: to podobieństwo widać bardzo dobrze w języku. Nawet jeśli historie z życia najlepszych kryminalnych policjantów Was nie interesują, ale jesteście czuli na słowo, serdecznie polecam wam tę książkę. Od Brudnopisa dostaje 8/10 punktów.

Wtedy Królik wyskoczył, wrzasnął „A wy kurwy!”, i bach bach bach bach bach bach bach. Wypierdolił cały magazynek. Szczęśliwie tylko jeden w dupę dostał, jak spierdalał. Ale rykoszetem wlazło mu w dupę, potem po miednicy w bebechy poszło i dalej to tak jakoś mniej szczęśliwie. I gdzieś na klatce bidulka jakiś sąsiad znalazł. Był nieprzytomny, bo już dużo farby mu uszło. No i jak go wzięli do szpitala i tam zaczęli mu w tej dupie grzebać, to zanim go prześwielili, gość pierdolnął w kalendarz.

PS. Wszystkim czytelnikom przebywającym w największych miastach Polski pragnę przypomnieć, że jak nigdy dotąd mają niebywałą okazję zrobić coś pożytecznego swoimi smartfonami. Jeszcze przez tydzień można korzystać z dobrodziejstw akcji CzytajPL: ściągnąć darmową aplikację, a później na jednym z 300 przystanków autobusowych zeskanować kody i wypożyczyć piętnaście książek za darmo! Wśród nich znajduje się właśnie pierwsza część Wściekłych Psów. 

sobota, 3 października 2015

Jądro dziwności : Nowa Rosja / Peter Pomerantsev, 2015


Wiesz, jeden z problemów z moim życiem w Londynie polega na tym, że gdy opowiadam, co mi się przydarzyło [w Rosji], ludzie uważają, że kłamię. (…) To wszystko jest po prostu zbyt dziwne.

Jak nie trudno zauważyć, Brudnopis lubi reportaże i książki podróżnicze. Jako ciekawa świata tchórzofretka, siedząc wygodnie w swoim fotelu na wsi, uwielbiam czytać o ludziach odważniejszych i bardziej utalentowanych od siebie, którzy na żywo oglądają to, co ja śledzę tylko na Google Earth. Z Rosją, dziką i dziwną miałam okazję zetknąć się już w Białej Gorączce – niezwykle działającym na wyobraźnię reportażu Jacka Hugo-Badera. O ile jednak Hugo-Bader oprowadza nas po świecie zwykłych Rosjan i ich małych, szarych miejscowościach, o tyle Pomerantsev wprowadza nas na salony. Bardzo dobrym, niepozbawionym walorów literackich stylem opowiada nam o życiu moskwian : również tych z pierwszych stron gazet i telewizji. Telewizji i gazet, które jak wszystko w kraju podlega tylko jednemu panu: dolarowi.

Rosjanie mają na łapówkę więcej określeń niż Eskimosi na śnieg. Ja sięgam po moje ulubione sformułowanie:
- Czy mogę skorzystać z okazji, by okazać panom mój głęboki szacunek?
- Oczywiście, że pan może – odpowiadają wilkołaki, nagle się uśmiechając i wsuwając szybko banknot pod daszek milicyjnej czapki.

Pomarantsev to brytyjski pisarz, dokumentalista, reżyser i producent filmowy rosyjskiego pochodzenia. Zagraniczne imię i fakt, że przyjechał z Londynu otwiera mu wiele drzwi, w tym w rosyjskiej telewizji, dla której zaczyna kręcić filmy dokumentalne. Bardzo szybko orientuje się, że filmy te w Rosji nie mają przedstawiać rzeczywistości. Pamiętaj, Peter, ma być optymistycznie. Tym mocniej jednak Pomerantsev zagłębia się w życie politycznej i biznesowej elity Rosji, tym trudniej myśleć mu o niej pozytywnie. Maszyna Kremla rzadko chce ci coś dać, a jeśli już to zrobi, bardzo szybko również odbiera. Jednego dnia jesteś zapracowanym, zadowolonym z życia przedsiębiorcą, a już następnego przyjeżdża po ciebie policja. Co najdziwniejsze, aby to się stało, nie musiałeś zrobić absolutnie nic złego. Tyle samo również można zrobić w twojej sprawie – policjanci bardziej przypominający bandytów niż stróży prawa, sądy które pilnują jedynie interesów najbardziej wpływowych biznesmenów, media opłacane na Kremlu. Gdy czyta się tę książkę, można odnieść wrażenie, że to jakaś mało subtelna, antyrosyjska propaganda. Pomerantsev opowiada jednak o Rosji z taką miłością i obawą o jej los, że musimy przyznać przed sobą: niemożliwe jest jednak prawdą. 

Tym, czego nie uniknie żaden poborowy, jest fala, w Rosji zwana „prawem dziadka”: rocznie kilkudziesięciu żołnierzy ginie z jej powodu, setki popełniają samobójstwa, a tysiące doznają przemocy. (…) Gdy ciężarówki z poborowymi przejeżdżają przez bramę koszar, młodzi żołnierze słyszą okrzyki oczekujących na nich starszych oficerów: „Wieszajcie się duchy, wieszajcie się!”.

Wraz z autorem poznajemy najbardziej ekskluzywne kluby w Moskwie i ich stałych bywalców: młodziutkie atrakcyjne dziewczyny i ich nieprzyzwoicie bogatych „tatuśków”. Przychodzimy z wizytą do zwykłych moskwian, broniących swych zabytkowych domów przed podpalaczami przysyłanymi tam przez deweloperów. Burzyć stare i budować nowe, za wszelką cenę, nawet bez planu i grzebiąc za sobą wszystko co było w Rosji dobre i piękne: oto dewiza współczesnej rosyjskiej władzy. Czy wcześniej była jednak inna? I czy ta władza różni się czymkolwiek od poprzedniej? Oczywiście! Ma zdecydowanie lepszy PR. Jako dobry dokumentalista, autor mruga do nas jednak i pokazuje również drugie oblicze Rosji: zwykłego obywatela, który zakochuje się, dba o swój dom, ciężko i uczciwie pracuje.

Gdziekolwiek rosyjska kultura XXI wieku próbuje odnaleźć jakiekolwiek fundamenty, na których mogłaby zbudować coś zdrowego i szczęśliwego, znajduje tylko puste przestrzenie, spaloną glebę i plamy zaschniętej krwi.

Pomerantsev, opowiadając o Rosji, kraju, w którym gangsterzy są największymi patriotami, a najbliższy przyjaciel w każdej chwili może wbić ci nóż w plecy, zabiera nas do świata, którego nie wymyśliłby nawet najlepszy pisarz science-fiction. Rosja Pomerantseva to prawdziwe jądro dziwności, w którym aby przeżyć musisz mieć setki twarzy. Jego reportaż to zdecydowanie najbardziej szokująca i najciekawsza książka, jaką czytałam od bardzo dawna. Dostaje ode mnie 9/10 punktów.
Pewnego razu w Heaven (…) odbywa się impreza pod hasłem „Putin Party”. Striptizerki wiją się w tańcu na rurze, skandując: „Pragnę pana, panie premierze”.


P.S. Za możliwość przeczytania tego wciągającego jak najlepsza beletrystyka reportażu, pragnę gorąco podziękować panu D. Jak nikt inny potrafi on zadowolić mola książkowego : zabrać do księgarni i rzucić „Bierz co chcesz” :)

czwartek, 17 września 2015

Zemsta yakuzy : mroczne kulisy japońskiego półświatka / Jake Adelstein, 2014

Nie od dziś wiadomo, że Japończycy są hm... dziwni. Automaty z używanymi majteczkami gimnazjalistek i szaleństwo na punkcie mangi z jednej strony, z drugiej wciąż kultywowane kodeksy honorowe i niezwykły etos pracy. Japonia przedstawiciela kultury europejskiej ciekawi, bulwersuje i zachwyca. Ja sama uwielbiam związane z nią filmy (szczególnie historyczne), wiadomości i ciekawostki, ale takiej Japonii jaką ukazuje Jake Adelstein nie znałam. Oczywiście, nazwa Yakuza coś mi mówiła, ale nie spodziewałam się, że w tak bogatym i rozwiniętym kraju mafia ma udział w prawie każdym aspekcie życia społeczeństwa.
Japońscy gangsterzy oglądają filmy o sobie i naśladują je, utrwalając stereotypy; podobnie robią włoscy mafiozi, którzy wzorują się na hollywoodzkich produkcjach. Nawiasem mówiąc, yakuzowie najczęściej są właścicielami studiów kręcących filmy o yakuzie, dlatego statyści grający gangsterów w takich obrazkach czasem rzeczywiście należą do mafii.
Adelstein, urodzony w 1969 roku amerykański dziennikarz, większość życia zawodowego spędził w Japonii, do której wyjechał w wieku 19 lat studiować literaturę japońską. Jest on pierwszym nie będącym Japończykiem reporterem, który dostał stałą pracę w gazecie Yomiuri Shinbun (a należy mieć świadomość, że stała praca w korporacji będącej wydawcą tego czasopisma oznacza gwarancję zatrudnienia... na całe życie). Zemsta yakuzy to bardzo dobrze napisana, ciekawa historia nie tylko o najciemniejszych stronach Japonii, ale również o jej kulturze, opisywanej z perspektywy człowieka, który sam pod koniec stwierdza, że jest już bardziej Japończykiem niż amerykańskim Żydem.
Kiedy na nie patrzę, widzę sześcio- i dziewięciolatkę, które próbują mnie przekonać, że nie mogę być Żydem, bo przecież w szkole uczono je, że wszyscy Żydzi zginęli podczas drugiej wojny światowej. Młodsza chciała mnie zabrać do szkoły i zaprezentować jako żyjący okaz Żyda.
Jake Adelstein zaczyna swoją opowieść w momencie pisania niezwykle trudnego egzaminu wstępnego dla przyszłych dziennikarzy najbardziej prestiżowego japońskiego dziennika Yomiuri Shimbun. Wcześniej jednak, w preludium zaciekawia nas swoją historią, przedstawiając rozmowę z przedstawicielem najlepiej zorganizowanej mafii świata. Skasuj tekst albo skasujemy ciebie. Ale najpierw twoją rodzinę, żebyś przed śmiercią dostał nauczkę. Jaki ma w takim przypadku wybór ciekawski czytelnik? Oczywiście przeć przed siebie, nawet jeśli niektóre rozdziały początkowe nas nie powalają.
Japończycy uważają, że istnieje przepis na życie, na miłość, na kobiecy orgazm, na obcięcie sobie małego palca, na zdejmowanie butów, na odbijanie piłki w baseballu, na pisanie artykułów o zabójstwach, na umieranie – a nawet na zabicie siebie. Właściwy – doskonały – sposób na zrobienie dosłownie wszystkiego.
Historia Adelsteina idealnie nadawałaby się na scenariusz filmu akcji: mamy młodego, nieświadomego niczego obcokrajowca pragnącego pisać dla najbardziej uznanego dziennika w Japonii. Towarzyszymy mu w trakcie zarówno prywatnego jak i zawodowego dojrzewania, z czego w przypadku Adelsteina (i najwyraźniej większości Japończyków) to drugie jest znacznie istotniejsze. Zaczynając od błahych artykułów z prowincji powoli zagłębia się w świat policjantów i mafii, mając przyjaciół i informatorów zarówno po jednej jak i po drugiej stronie. Poznaje od podszewki wrogi świat przemysłu erotycznego w Japonii, który szczerze powiedziawszy zszokował mnie najbardziej. Traci przyjaciół, naraża siebie i rodzinę by na koniec... czytelnik dowie się sam.
Myślę, że początków mojego stopniowego wypalenia zawodowego należy upatrywać w okresie, kiedy zacząłem pisać o najbardziej nieprzyjemnych i drastycznych aspektach japońskiego przemysłu erotycznego.
Zemstę yakuzy zdecydowanie warto przeczytać. Niektóre z opisywanych przez dziennikarza sytuacji i sposobów działania Japońskiego wymiaru sprawiedliwości wprawia wręcz w osłupienie. Z jednej strony jest to opowieść o wielkim i bogatym kraju, który autor pokochał nad życie, z drugiej jednak o jego rasistowskim, seksistowskim, zdemoralizowanym obliczu. O handlu żywym towarem i narkotykami, korupcji, morderstwach. O japońskim podejściu do seksu, które dla takiej konserwy jak ja wydaje się zupełnie nie do przyjęcia. O nalotach na siedziby przestępców, o których policja informuje gangsterów z jednodniowym wyprzedzeniem... jednym słowem: jest o czym poczytać. Zadowolenie Brudnopisa z kilku spędzonych razem z japońską mafią wieczorów oceniam na 7/10.

sobota, 2 maja 2015

Izrael już nie frunie / Paweł Smoleński, 2011

Trzeba im [Arabom] wsączyć zachodnią pop kulturę, na okrągło puszczać piosenki Britney Spears albo innej starletki, koniecznie podkasanej, z chórkiem równie podkasanych dziewcząt, trzeba przyciągnąć ich do tej lichej, plastikowej nowoczesności. Co to da? Rozmiękczy ich i rozmemła. Nie ucywilizuje, to pewne, bo te cały zachodni chłam to żadna cywilizacja (...) trzeba Arabom podsunąć (...) coś najgorszej jakości, łatwego do przełknięcia, coś, co Zachód wytwarza w ilościach przemysłowych, nie bacząc, że w ten sposób sam sobie odbiera tożsamość. Niech Palestyńczycy spsieją tak, jak wielu Izraelczyków. 
 Czemu na majówkę wybrałam zbiór reportaży o Izraelu, skoro od przynajmniej dwóch miesięcy zamiast mózgu mam różową chmurkę z waty cukrowej (wiosna, wiosna, ach to Ty!)? Czemu zdecydowałam się na dość trudną w odbiorze lekturę (nie ze względu na styl, ten bowiem Smoleński ma wyśmienity), ale ze względu na temat, który, wstyd przyznać, jest mi niemal całkowicie obcy? Palestyńczycy, Izrael, Strefa Gazy, Jerozolima – tak, są to hasła mówiące człowiekowi całkiem sporo. Takie ma przynajmniej wrażenie, póki są to jedynie obrazy migające w telewizji i króciutkie artykuły z gazet. Gdy czytamy obszerne reportaże, poznając w nich ludzi i ich indywidualne historie okazuje się jednak, że po raz kolejny nie wiemy nic. Jak na temat milionów innych, pozornie znanych nam rzeczy. 

Pewnie zaintrygowała mnie okładka: młody człowiek, niczym się ode mnie nie różniący, pogrążony w modlitwie i rozmyślaniach. Wygląda tak spokojnie, gdy myślami krąży wokół rzeczy najistotniejszych. U boku zwisa mu karabin. Czyżby mógł być symbolem Izraela? Po przeczytaniu dwudziestu trzech reportaży Smoleńskiego mam wrażenie, że to zdjęcie stanowi ich istotę. W świecie pogrążonym w nieustannej walce, walce o rzeczy najważniejsze, tylko one są w stanie dać człowiekowi poczucie bezpieczeństwa. Równie dobrze, zamiast młodego Żyda na fotografii mógłby pojawić się Palestyńczyk, jego rówieśnik. Jak małą wydaje się być różnica pomiędzy wiecznym niepokojem człowieka w okupowanym kraju, a jego zastraszonego zamachami przeciwnika? Kto ma rację i kto jest bardziej pokrzywdzony? I czy można rościć sobie prawa do ziemi, która tak naprawdę należy do Boga?

Wierzyłem – mówi Israel – że każdej nocy Bóg zabiera moją duszę. Waży grzechy, których dopuściłem się przez cały dzień, a nawet grzechy ze snów. Wierzyłem, że może mi jej nie oddać, a wtedy nie obudzę się i umrę. A może jeszcze gorzek: wstanę i okaże się, że jestem gojem. 

Smoleński nie ukrywa, że opowiada o Izraelu w sposób subiektywny: jak opowiadać obiektywnie o kraju, który się kocha? I który, jak twierdzi reporter, zawiera w sobie cały świat: kraj sprzeczności i różnorodności. Kraj niezwykły – bo święty. Jak opowiadać obiektywnie o Jerozolimie, miejscu tak gigantycznej, religijnej energii, że doprowadza ludzi do obłędu? Jak obiektywnie opowiadać o Gazie, w której ludzie żyli i żyją w strachu? Niezależnie, czy pod władzą żydowską, czy Hamasu? Jak obiektywnie opowiadać o miastach i miasteczkach? O ludziach, Palestyńczykach i Żydach pełnych sprzecznych uczuć: miłości, nienawiści, patriotyzmu, zniechęcenia, wiary i zwątpienia, życzliwości, podejrzliwości, ale przede wszystkim zmęczenia? Smoleński oprowadza nas po zaułkach izraelskich miast, po miasteczkach i kibucach, plażach, knajpach, świątyniach i przedstawia nam ludzi. Nie próbuje udowadniać nam, że pokazuje świat takim, jakim jest. Pokazuje go takim, jakim go widzi, a dzięki niesamowitym umiejętnościom opowiadania, jego książka jest wciągająca i powalająca. Zaczynamy od Jerozolimy i jej świętych miejsc, odwiedzamy plantacje ziemniaków, zahaczamy o opustoszały bar z zepsutym ekspresem do kawy. Zastanawiamy się, czy gdybyśmy wtedy tam byli, wywiesilibyśmy niebieskie, czy pomarańczowe chorągiewki? Choć książka po raz pierwszy napisana została w 2006 roku, jeszcze przed ewakuacją Gazy mam wrażenie, że wciąż jest aktualna. Ludzka mentalność, strach i nadzieje nie zmieniają się tak szybko. 

Pewnego dnia Fatima czytała listy pisane przez palestyńskie dzieci. (...) O strzelaninach i o bohaterskich świętych samobójcach, o rzucaniu kamieniami, o burzeniu domów i o wojskowych checkpointach: w każdym kilkadziesiąt słów przesiąkniętych patripotyzmem, których nie ma w normalnym dziecięcym języku. Lecz przecież tutaj nie jest normalnie. (...) przecież powjnny pisać o Kubusiu Puchatku.

Izrael już nie frunie, to zbiór reportaży z dwóch pobytów Smoleńskiego w tym przedziwnym, miejscami zatrważającym i odpychającym, miejscami barwnym i zachwycającym kraju. Składa się z czterech części – spory o Izraelską torżamość. Spory o konflikt z Palestyńczykami. Spojrzenie Palestyńczyków na spór z Izraelem. Ewakuacja Gazy. Wszędzie spory  i groźby, a mimo wszystko można w tym wszystkim wyczuć wiele wiary w przyszłość i entuzjazm. Nawet jeśli pojawiają się też łzy. 

Oprócz relacji samego reportera w książce zamieszczono fragmenty reportaży Amos'a Oz'a z 1983 roku o ówczesnym Izraelu. Przeszłość i teraźniejszość nakładają się na siebie, tworząc niezwykły obraz. Może za dwadzieścia lat, ktoś ruszy po Izraelu śladami Smoleńskiego? 

Izrael już nie frunie zachwycony swoim istnieniem, zachwycony snem, który się ziścił. Lecz nadal nie stracił skrzydeł, pomimo podziałów, nienawiści, pocisków. Pomimo wszystko spogląda, choć mniej pewnie, w przyszłość. Ufność pokładając we własnych siłach, ale przede wszystkim w Bogu. 
7/10.

środa, 1 kwietnia 2015

Byłem dzieckiem żołnierzem / Lucien Badjoko, 2007

Są książki, do których powracamy – to niepodważalny fakt. Do niektórych często, mówią bowiem wiele o nas samych. Niektóre dorastają razem ze swoim czytelnikiem, kształtują go i uświadamiają wiele rzeczy. Książki, których wielką mocą są porywające historie, wielowymiarowi bohaterowie i piękne narracje. 

To nie jest taka książka. Powróciłam do niej, po dziesięciu latach od czasu jej oryginalnego wydania nie ze względu na to, że opisane w niej sytuacje są w jakiś sposób mi bliskie. Wręcz przeciwnie – Badjoko opowiada o czymś, co dla Europejczyka XXI wieku wydaje się bardziej abstrakcyjne niż loty kosmiczne i fizyka kwantowa. 

Powróciłam do niej, bo jest w stanie przybliżyć nam zjawiska, które obserwujemy z trwogą w Internecie i telewizji. Gdy kilka miesięcy temu świat obiegło nagranie dokonane przez członków Państwa Islamskiego, na którym widać dokonującego egzekucji dziesięcioletniego chłopca; my wszyscy, wychowani wśród pluszowych zabawek i pistoletów na wodę, zamarliśmy przerażeni. Jak to się dzieje, że jedne dziesięciolatki to niedojrzałe, przesłodkie stworzonka bawiące się lalkami, podczas gdy inne wychodzą za mąż i przygotowują się do roli matek, a jeszcze inne bez mrugnięcia okiem strzelają ludziom w tył głowy? Co później dzieje się z takimi dziećmi i czy jest dla nich jeszcze ratunek? Zastanawiając się nad tym całkiem niedawno i nad niespokojnymi czasami, które prawdopodobnie nadchodzą, przypomniałam sobie o cieniutkiej, niepozornej książeczce stojącej w mojej biblioteczce i uznałam, że czas do niej powrócić. Może 150 stron relacji prostego, wychowanego na wojnie chłopca nie jest książką na wesołe, wiosenne wieczory i popisem wielkiej elokwencji. Jej prostota i niefrasobliwość z jaką Badjoko opowiada swoją przerażającą historię zdaje się jednak być jej największą zaletą.

Kiedy uniosłem głowę, żeby zobaczyć, co się stało, ujrzałem zwisające z wnętrza mego brzucha trzewia...

To wtedy straciłem życie.
Mając trzynaście lat.
(...)
"Powiedzcie im, że zginąłem jak bohater", pomyślałem jeszcze. Ale nie mogłem się już odezwać. 

Badjoko to młody Zairczyk, który w wieku lat dwunastu wraz z dziesiątkami tysięcy innych dzieci został zacięty w szeregi milicji Laurenta Desire Kabili, która w 1996 roku próbowała obalić Dyktaturę Mobutu. Po pięciu latach walk, podczas których ginęli jego najbliżsi przyjaciele, a on również niejednokrotnie otarł się o śmierć, został zdemobilizowany i opowiedział swoją historię. Tragedię, która kosztowała życię ponad trzydziestu tysięcy dzieci, traktowanych przez dorosłych jak mięso armatnie i maszyny do zabijania. W czym tkwi sekret dzieci żołnierzy? Badjoko z prostotą odpowiada: szybko się dostosowują i nie zadają pytań, a jako nieukształtowani młodzi ludzie nie zawracają sobie głowy tak abstrakcyjnymi rzeczami jak moralność. Byłem dzieckiem żołnierzem to prosta, ale dająca do myślenia opowieść o tym, kim my mogliśmy być, gdybyśmy urodzili się w nieco innym miejscu i czasie. Powrót do tej książki nie był czasem straconym, ale również nie należał do przyjemności. Byłem dzieckiem żołnierzem, opowieść z Demokratycznej Republiki Konga lat '90 dostaje ode mnie 7/10 punktów, jako lekcja historii i przestroga. 

A kiedy stykałem się z kimś, kto był tam razem ze mną, zaśmiewaliśmy się do łez.

Pamiętasz, jak piliśmy tamtą wodę z kałuży i coś nam się poruszało w ustach?
Ha, ha, ha...
A tamtą kozę, którą pożarliśmy na surowo?
Ha, ha, ha...

sobota, 7 lutego 2015

Dziesięć książek, które każdy konserwatysta musi znać oraz cztery nie do pominięcia i jedna uzurpatorska / Benjamin Wiker , 2013

Mimo iście barokowego tytułu sugerującego, że mamy do czynienia z jakimś starym straszydłem, to cudeńko zostało w oryginale wydane w 2010 roku. Piszę cudeńko, co jednocześnie określa moje uczucia po przeczytaniu tekstu Wikera. 

Dziesięć książek to niewątpliwie perełka, pełna argumentów niezbędnych do prowadzenia dyskusji społeczno-politycznych. Każdy Polak ma na ten temat coś do powiedzenia (a przynajmniej dobrze by było, żeby miał) i uwielbia bronić swoich racji (a przynajmniej powinien, podkreślmy jeszcze – swoich. W tym bowiem zawiera się cała esencja ludzkich przekonań wartych obrony. Przekonań pani w drogich butach z telewizji, pana z gazety, albo pani z kiosku nie warto bronić, jeśli w głębi serca nie czujemy, że myślimy tak samo). A żeby mieć jakiekolwiek poglądy i nie robić z siebie przy okazji totalnego idioty i ignoranta, trzeba coś  na ten temat wiedzieć.  I właśnie dlatego takie książki jak ta są bardzo przydatne. W zabawny, ciekawy i nie natrętny sposób streszczają nam one główne założenia różnych ideologii, które są nam znane jedynie pozornie. 

W przypadku Dziesięciu książek, jak sama nazwa wskazuje, będzie mowa o konserwatyzmie. Jeśli wydaje Ci się zatem, drogi czytelniku, że wiesz co to znaczy "konserwatywny" czy "prawicowy" i wyobrażasz sobie kibola w moherowym sweterku, to możesz się nieco zdziwić po przeczytaniu tej książki. Wiker dowodzi bowiem, że tacy ludzie jak Arystoteles, Lewis, Austen, Tolkien czy nawet Shakespeare w swoich dziełach zawierali myśl, że dobre jest to, co na prawo. Przytaczanie biografii znanych chyba wszystkim postaci historycznych i interpretacje ich najważniejszych dzieł, to gratka nie tylko dla osób kochających tematy społeczno-polityczne, ale również dla wszystkich tych, których zachwyca dobra literatura.

Zatem dla konserwatystów, jak Arystoteles, filozofia, czyli poszukiwanie mądrości, pociąga za sobą zgłębianie rzeczy takimi, jakimi one są, a nie jakimi byśmy sobie ich życzyli.  

Wiker jest amerykańskim chrześcijańskim etykiem, autorem znanej na całym świecie publikacji Dziesięć książek, które zepsuły świat. Ponadto pięć innych, które temu dopomogły. Nie trudno więc domyśleć się, czyją stronę trzyma w odwiecznym sporze między konserwatystami i liberałami. W Dziesięciu książkach, które każdy konserwatysta musi znać, powstrzymuje się na szczęście od nachalnej propagandy. Przedstawia czytelnikowi jedynie najważniejsze założenia konserwatyzmu i analizuje pod jego kątem prace wielkich pisarzy i myślicieli. Swoim wciągającym wywodem nie chce nas do niczego przekonać, chce nam jedynie przedstawić pewne spojrzenie na rzeczywistość. Przekonać możemy się do niego sami. 

Współczesny przesąd stanowi, że określenie "stary" jest synonimiczne z przestarzałym i głupim. (...) gdy nasza pogarda dla przeszłych czasów rodzi współczesną głupotę, technologiczny postęp czyni człowieka coraz bardziej potężnym. Zaś potęga w rękach głupca jest ewidentnie niebezpieczna"

Ja czytałam tą prawie 500 stronicową książkę jak naprawdę dobrą beletrystykę: przykuła mnie do siebie przy pierwszym zdaniu i puściła dopiero po ostatnim. Możliwe, że nie na wszystkich zadziała w ten sposób, mogę jednak ręczyć, że jest idealna dla wszystkich tych, którzy po prostu cenią sobie wiedzę. Każdą, niezależnie od własnych poglądów. I potrafiących patrzeć z szacunkiem i dystansem na wiedzę i logiczne rozumowanie innych, nawet jeśli posiadają odmienne zdanie . Dla tych, którzy lubią dowiedzieć się czegoś nowego, Wiker otwiera nowe światy faktów i ich interpretacji. Czy prawdziwych? To musimy ocenić w głębi swoich serc.

Mądrość obiecuje "Tych kocham, którzy mnie kochają, 
znajdzie mnie ten, kto mnie szuka" (Prz 8:17) 

Bardzo spodobał mi się pomysł czytania Biblii jak wielkiego dzieła literatury z epicką fabułą. Bez nieustannego zastanawiania się "Czy tak mogło być? Czy tak się zdarzyło?". Wszystkim nam, sceptykom, ułatwi to znalezienie w Biblii tych prawd, które są niepodważalne i aktualne bez względu na to, czy opisywane wydarzenia uznajemy za fakty. Tak jak nie musimy wierzyć w orków z Władcy Pierścieni by dostrzegać w nim wielowymiarowość i mnogość idei, a w szczególności walkę dobra ze złem.  

Ja nie znalazłam chyba u Wikera ani jednego zdania, z którym bym się nie zgadzała, albo które by mnie zbulwersowało. Autor stąpa po niezwykle grząskim i trudnym terenie, przypominającym pole minowe i wychodzi z niego bez szwanku jak najlepszy saper. Mój egzemplarz, zakupiony w najcudowniejszej ze wszystkich tanich książek w Krakowie, cały pomalowany jest zakreślaczem i notatkami na marginesach. Bardzo dobra rzecz przed nadchodzącymi wyborami. 

Jest to ta różnica pomiędzy Kościołem a państwem (...) korzeniami sięgająca do judeochrześcijańskiego rozróżnienia pomiędzy tym, co nadnaturalne i naturalne, pomiędzy Państwem Bożym a państwem ludzi, która ma nie dopuścić do tego, aby władza państwa przemieniła się w teokrację (jak to jest w islamie) czy sama stała się religią (jak w pogańskim Rzymie, Związku Sowieckim czy nazistowskich Niemczech...)


Brudnopis oboma łapkami (a szczególnie prawą) przydziela tej pozycji 9/10 punktów. 

niedziela, 14 grudnia 2014

Wyspa na Prerii / Wojciech Cejrowski, 2014

Gdybym to ja miała nazwać tę książkę, nadałabym jej tytuł: Kilka słów o Arizonie, czyli miejscu, gdzie wszystko jest tak, jak być powinno. A przynajmniej według moich standardów. 

Nasza ziemia to nasza ziemia, możemy na niej robić co chcemy.
W razie zagorzenia nawet zastrzelić na niej napastnika. Jeśli wchodzi się na czyjąś ziemię i wie czym to grozi, to na własną odpowiedzialność, prawda? Ogólnie robimy wszystko na własną odpowiedzialność, bo nie jesteśmy bezrozumnymi zwierzętami, które trzeba najpierw paść, a potem doić. Dbamy o innych ludzi, bo leży to w naszym interesie. O siebie też dbamy, bo takie jest najwyższe prawo, ale jednocześnie obowiązek wszystkich istot żywych i nie można sobie tak po prostu zrzucać tego obowiązku na innych. Wszystkie problemy normuje nie rząd, ale wolny rynek i zdrowy rozsądek. 

Tak. Zdecydowanie takie myślenie bardzo mi odpowiada. Nie lubię, gdy karze się mnie za niezapięte pasy. Co kto ma do tego, że w razie wypadku wylecę przez szybę? Moje życie i moje ryzyko. A no tak! Zapomniałam! W ten sposób zginęłoby zwierze dojne, a zwierzęta takie należy utrzymywać przy życiu. I zakazywać, zakazywać, zakazywać... chociażby batoników w szkolnych sklepikach.
Tak. Opowieść o Arizonie zdecydowanie przypadła mi do gustu i bardzo chętnie bym się tam przeniosła. Do Arizony z książki Cejrowskiego, ponieważ nie mam pojęcia, jak bardzo opowieść ta podobna jest do rzeczywistości. I tak, nie miałabym nic przeciwko jedzeniu steków przez całe życie. 

Podobno Cejrowskiego można kochać albo nienawidzić, ale nie przechodzi się koło niego obojętnie. Ja zdecydowanie pana Wojciecha lubię. Książki bardziej, programy mniej. Chętnie słucham co ma do powiedzenia na temat polityki i praw obywatela, ale uszy zakrywam, gdy mówi o moralności i Kościele. Trącące średniowieczem podejście zero-jedynkowe w tych kwestiach delikatnie mówiąc napawa mnie niepokojem. Każdy jednak ma prawo do wyrażania swoich przekonań (choć niektórym ludziom przy tym wyłącza się mikrofon) i samą odwagę ich głoszenia w Cejrowskim lubię.
Niektórzy czytelnicy zarzucają WC, że jego zachwyt nad Ameryką jest wkurzający i naciągany, ja jednak (chociażby po przeczytaniu Pamięci absolutnej Arnolda Schwarzeneggera) wcale mu się nie dziwię. Ludziom, którzy lubią polegać na sobie i nie boją się ciężkiej pracy, Ameryka może wydawać politycznym rajem (a przynajmniej wiele stanów). Miejscem, w którym może państwo nie będzie się Tobą opiekować, ale nie będzie również się do wszystkiego wtrącało.

Wyspa na Prerii to kolejna z bardzo dopracowanych edytorsko, ilustrowanych ciekawymi zdjęciami książek WC, jakie czytałam. Kolejna pozycja, którą bez wstydu można podarować komuś pod choinkę (pod warunkiem, że nie jest np. nawiedzonym ekologiem czy wegetarianinem. Od ilości mięsa w książce mógłby go rozboleć żołądek). 

W skrzynce na listy leżał kot. Był zapakowany! W dwóch miejscach oklejono go dookoła tułowia srebrną taśmą. W ten sposób nie mógł drapać ani biegać. W ten sposób nabrał też kształtu skrzynki pocztowej, do której go rano włożył barman. 

Książka nawet dla kogoś, kto nie jest niewyrobionym czytelnikiem. Cejrowski operuje bardzo prostym, ale przyjemnym językiem i nie trzeba wysilać się przy czytaniu go. Wyspa na Prerii to po prostu czysta rozrywka ze sporą szczyptą polityki i niewybrednego humoru, który najwyraźniej Cejrowskiemu odrobinę stępiał i zrobił się bardziej prymitywny, ale cóż... taki już jest kowbojski dowcip. 

Joe wstał, wyszedł w kompletnej ciszy, a potem wrócił z hukiem – wjechał do knajpy na motorze i na naszych oczach próbował rozjechać techników ze Stanowego Urzędu Geodezji. Ścigał ich dookoła baru tak długo,aż jedynym sposobem ratunku stała się ucieczka do służbowej furgonetki i odjazd. 

Wyspa to opowieść o wielkim powrocie. Po dwudziestu latach Cejrowski wraca do swojego małego, opuszczonego domku na prerii. Na zachodzie, który jeszcze nie zapomniał, co to znaczy dziki. Do domku, który wygrał w karty. Do miejsca, gdzie pracował jako młody chłopak. 

Preria jest trochę dzika, trochę niepiśmienna. Nie jest zacofana! Po prostu poszła w inną stronę niż nasza cywilizacja. 

Powraca do miejsca, które niewiele się przez to dwadzieścia lat zmieniło. I tu rozpoczyna swoją opowieść o przyrodzie, kulturze i tamtejszej obyczajowości. O małym miasteczku, o którym nie powiedzielibyście, że leży w tym samym kraju co Nowy York, Chicago czy Los Angeles. Jest po prostu egzotycznie. Tak jak powinno być, tak jak się po Cejrowskim spodziewamy. Nawet jeśli czytając jego opowieści mamy wrażenie, że zmyśla albo przynajmniej coś sobie ubarwia. Warto go czytać nawet wtedy, gdy nie wierzymy w żadne jego słowo, bowiem najważniejsza jest tu rozrywka. Możemy traktować Wyspę jako zwykłą książkę przygodową, co zresztą autor sam proponuje na początku.
W Luizjanie pełno jest groźnej czarnej magii, która nigdy nie służy dobru człowieka, lecz pomiata, oślepia, zniewala, wykorzystuje, niszczy, a ostatecznie zabija. To nie są bajki.

Cóż więcej powiedzieć? Może tylko tyle, że WC potrafi ciekawie opowiadać nie tylko o Indianach, choć akurat te historie najbardziej lubię. I to, że książkę tę warto przeczytać choćby po to, aby uświadomić sobie jak cudowne może być proste życie. Życie, w którym nie ma telefonu ani Internetu, a do najbliższego sąsiada masz kilka mil drogi na przełaj. Życie, w którym potrzeby załatwia się na zewnątrz, ubrania suszy na krzaku, a w kieszeni kurtki mogą zamieszkać myszy. Życie, w którym mieszkanie odkurzasz wiatrem zgodnie z poradami z Rocznika Farmera.
Życie, w którym możesz po prostu usiąść przed domem i zająć się nic nie robieniem.

Na Prerii nie da się uniknąć niczego. Możesz być czujny jak jaszczurka, a preria i tak cię znajdzie, dopadnie i dziabnie, powali i wytarmosi albo opryska. Nie ma skutecznego uniku, który mógłbyś zastosować. W tej sytuacji bycie czujnym jest wysiłkiem pozbawionym celu. Sekret dobrego życia na prerii polega na tym, by umieć się zrelaksować pomimo tych wszystkich rzeczy, które na ciebie czyhają, a ostatecznie i tak cię dopadną. 

Wyspa na prerii otrzymuje ode mnie w pełni zasłużone 7/10 punktów. 

PS. Ponownie dziękuję Agnieszce J za to, że ma tak dobrze wyposażoną biblioteczkę :)

niedziela, 5 października 2014

Polska, Polacy i Suwerenność / Ryszard Legutko, 2014

Zacznę może od tego, jak weszłam w posiadanie tej książki, która jest co prawda bardzo ciekawa, ale nie była na liście moich zakupów. Cóż... moja lista zakupów na ten miesiąc jest tak rachityczna jak mój portfel, ale nie o tym. A może jednak? Zważywszy, że to wszystko wina Tuska i PO, mój nastrój pasował bardzo do tematyki tej książki ;) 

W każdym razie dostałam ją jako gratis- niespodziankę, gdy za ostatnie grosze zakupiłam Człowiek imieniem Ove w prezencie dla niemistrzyni oraz Wielki Liberace, o którym może w następnym tygodniu.

Do ofert w stylu kup dwie rzeczy, a trzecią dostaniesz gratis jestem dość sceptycznie nastawiona, zawsze wydaje mi się, że pełnią dwie funkcje: zachęcającą do kupna i przy okazji wciskania ludziom śmieci. Tym razem jednak tak nie było. Chwała Ci sprzedawco z Allegro! Przemyciłeś do listy moich lektur odrobinę refleksji nad Polską i Europą, a tej nigdy za wiele (nawet dla kogoś, kto zanim pocałuje faceta na dzień dobry, jeszcze w łóżku sprawdza wiadomości ze świata). 
Ryszard Legutko to profesor filozofii, wykładowca Uniwersytetu Jagiellońskiego, a od roku 1992 aktywny działacz polityczny (min. Od 2009r. poseł do Parlamentu Europejskiego). Trzeba koniecznie dodać, że jest wyraźnie po prawej stronie sceny politycznej i w inteligentny sposób wyzłośliwia się na tą drugą stronę. A raczej, przepraszam, wytyka jej błędy i chamstwo, co można uznać za wyzłośliwianie, jeśli się na tej lewej stronie znajduje. Od roku 1990 napisał tyle mądrych książek, że większość autorów beletrystyki może się przy nim schować. Ale nie o tym. 

Ryszard Legutko przedstawia suwerenność jako jeden z głównych problemów Polski. Nie ma jednak na myśli jedynie niepodległości i niezależności politycznej, ale jak ujął to we wstępie:

Ujawnia główny problem, przed którym stoi Polska. 
Jest to problem suwerenności – suwerenności narodu, państwa, umysłu. 

Jak można się domyśleć, porusza on kwestię bierności polskiego rządu na arenie międzynarodowej, jak również problemów zakorzenionych głęboko w mentalności Polaków, związanych z naszą historią, a zwłaszcza – okresem komunizmu. Książeczka, cieniutka (nieco ponad 150 stron) zawiera teksty publikowane i wygłaszane w ciągu ostatnich kilku lat, a więc odnosi się nie tylko do najbardziej aktualnych wydarzeń. 

Mnie najbardziej zainteresowały rozdziały dotyczące suwerenności umysłu, może ze względu na to, że mam paskudne uczulenie na tzw. Poprawność polityczną. Autocenzura i zniewolenie umysłu również jest tematem książki, choć nie bezpośrednio. Sporo jest również o kulturze, co niezmiernie mnie ucieszyło. Rozdział Kultura i tożsamość jest zdecydowanie moim ulubionym. 

Tym niemniej można wskazać mechanizmy powstrzymujące rozwój niebłahej twórczości artystycznej. Jednym z nich jest silna polityzacja współczesnej kultury i współczesnej humanistyki. 

Szczerze mówiąc nie wiem dla kogo jest ta książka. Na pewno nie dla tych po lewej, bo oni nie chcą czytać takich książek, wolą siedzieć w swoim własnym świadku i sobie kadzić, kadzić... na pewno nie lubią czytać o tym, że są chamami i prostakami (kto by chciał?!) a już na pewno nie, gdy napisane jest to językiem gładkim, wysublimowanym i ostrym jak  papryczka habanero.

Na pewno nie dla lemingów, bo one prawdopodobnie w ogóle nie widzą takiego tematu i takich problemów. W końcu kto by czytał takie książki, gdy na świecie jest tyle Coelho, romansów paranormalnych i filmików o tym, jak wygina się nowy iPhone.
Niedawno zaciskałam zęby słysząc od znajomego ze studiów, że on nie jest "z tych co tam patriotyzm czy coś". Pewnie wbiłabym mu te zęby w tętnicę, gdyby nie obecność wykładowcy. Do tej pory zastanawiam się, czy zaniechanie było słuszne. Brudne wykańczanie przeciwników jest jednak znacząco nie w stylu opcji, którą popieram. 

Ja natomiast nie przeczytałam w tej książce o niczym, czego sama wcześniej nie zauważyłam lub nie przeczytałam gdzie indziej. Warto jednak od czasu do czasu uświadomić sobie, że nie przedstawia się poglądów zacofanej, ciemnej mniejszości i przeczytać w dobrym stylu o tym, na co zazwyczaj samemu się paskudnie przeklina. Dlatego Polska, Polacy i Suwerenność dostają 8 na 10 w skali brudnopisa.