Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 30 czerwca 2019

Klątwy, sekrety, skandale: historia Polski przez dziurę od klucza \ Stanisław Koper, 2019


Uwielbiam historię. Gdybym nie została bibliotekarką,
z pewnością byłabym historykiem. Wszystko co nas otacza jest ciekawsze z punktu widzenia historycznego. Medycyna? Bardzo interesująca, ale dla historii medycyny byłoby to słabe określenie. Geopolityka? Super, ale tylko jeśli uwzględni się zaszłości historyczne. A plotki? Cóż. Jestem stereotypową babą i uwielbiam sekrety i skandale. A najbardziej takie sprzed stuleci.

Sławomir Koper to autor, którego nikomu nie trzeba chyba przedstawiać. Wystarczy wejść do najbliższej biblioteki 
i poprosić o dziesięć kilogramów książek Kopera.
- Przepraszam, tak mi się usypało, może być piętnaście?

Jeśli lubisz lekkie pióro, fakty, a najlepszymi bohaterami książek są dla Ciebie postacie historyczne, odpowiedź może być tylko jedna.

Zaczynamy, jak to w podręcznikach bywa, od Piastów. Ich nałożnic, żon, rozterek związanych ze zmianą religii już w podręcznikach nie spotkamy. Przechodzimy gładko do tematu "męskich problemów", które w przypadku władców rzutowały na cały kraj. Odczarowujemy legendę Kazimierza Wielkiego, który może zostawił Polskę murowaną, ale prywatnie był niezłym gnojem. Ocieramy się o Krzyżaków i dowiadujemy co nieco o królowej Bonie. Mkniemy rozdział po rozdziale od najstarszej historii Polski, aż do czasów socjalistycznych. Towarzyszy nam dziwne odczucie, że chociaż czasy się zmieniają – ludzie nieszczególnie.

Wielką wartością książki jest smak, z którym została napisana. Opowiada o rzeczach kontrowersyjnych, ale bez wywlekania brudów i nadmiernie obrazowych opisów. Autor nie szuka sensacji ani w klątwach ani w sekretach, a skandale opisuje w elegancki sposób. Skupia się na konsekwencjach potknięć moralnych, a nie na ich przebiegu. Dzięki temu można ofiarować książkę w prezencie starej ciotce, albo młodszemu bratu i spać spokojnie. Sławomir Koper to nie Elwira Watała (której Seks w królewskich alkowach również polecam, ale tylko czytelnikom 18+). Podsumowując, ze Sławomirem Koprem warto nie tylko się zapoznać, ale również zaprzyjaźnić.


piątek, 8 marca 2019

Potępiony umysł / Sandra Feeser, 2016

Zastanawiałam się, czy napisać tak rozbudowaną opinię, ale ponieważ autorka jest polską debiutantką uznałam, że może przyda jej się bezstronna, pozbawiona hejtu opinia, która pomoże jej w dalszym rozwoju. Gdybym ja była autorką poszukiwałabym wszystkich opinii w internecie, najbardziej ciesząc się z konstruktywnej krytyki. Zdecydowanie Sandra Feeser ma spory potencjał, ale wiele pracy przed sobą. Potępiony umysł nie jest bowiem książką do końca spójną i kompletną.

Zaczynając od dobrych wieści: powieść czyta się niezwykle szybko dzięki bardzo prostemu, nieprzeintelektualizowanemu sposobowi narracji i wartkiej fabule. Akcja nawet na chwilę nie przestaje pędzić. Bohaterowie, przedstawieni głównie poprzez ich słabości nie pozostają czytelnikowi obojętni. Kto ma wzbudzać sympatię wzbudza ją, kto ma budzić niechęć budzi, postacie odrażające są doprawdy wstrętne. A to już wiele, jak na książkę debiutantki. Myślę, że jest w stanie dostarczyć dobrej rozrywki mniej wymagającym czytelnikom.

Teraz to co złe:

Mimo realistycznych, pozbawionych zadęcia dialogów i ciekawych opisów, postacie drugoplanowe są totalnie niewiarygodne. Mężczyzna uczestniczący w mordobiciu na wiejskiej potańcówce, ścigający się beemicą i biorący narkotyki, posiadający marny zasób słownictwa, po kilku stronach okazuje się zapalonym wielbicielem lokalnej historii i rzuca od niechcenia encyklopedycznymi faktami. Wyraźnie widać, że autorka stanęła w rozkroku między stworzeniem swojskich, a intelektualnie interesujących bohaterów. Dotyczy to zresztą większości bohaterów drugoplanowych, którzy raz mówią jak typowi ludzie bez studiów (a nawet matury), chwilę później opowiadając o czymś, jakby odczytywali informację z profesjonalnej strony internetowej. Osobie mało wrażliwej językowo zapewne nie będzie to przeszkadzać, dla mnie jest uderzające. 

"Policja nawet sugeruje, że może są wywożone za granicę, GDYŻ nie znaleźli jeszcze ich ciał" - macie  swoim  środowisku dużo młodych, imprezujących chłopaków, który używają spójnika gdyż w zdaniu wynikowym? 

Kolejnym grzechem debiutanta jest niewątpliwie łączenie wątków poprzez sny głównej bohaterki. Zazwyczaj w opowieściach młodych autorów ich bohaterowie mają prorocze sny, ewentualnie uciekają przed czymś przez las (wersja fantasy: jadą konno i pada deszcz). 

Kolejnym wątkiem jest policjant z zespołem Aspergera: bardzo kontrowersyjny pomysł. Nie jestem ekspertem, ale pracuję z osobą z tą dysfunkcją i wiem, jak trudna jest dla niej każda, nawet najmniejsza zmiana. Hałas, ruch, zmiana położenia rzeczy, które zazwyczaj znajdują się w stałym miejscu, powodują u niej napady niekontrolowanej złości i agresji. Jestem przekonana, że osoba z tą  zdiagnozowaną dysfunkcją nie miałaby szans na pracę w policji. Co innego, gdyby autorka nadała bohaterowi specyficzne cechy, pozostawiając jego schorzenie w ukryciu przed innymi bohaterami i w domyśle dla czytelnika.

Jednym zdaniem dostrzegam w autorce potencjał, myślę ze może jej się przydarzyć autorsko coś dobrego. Przede wszystkim musi znaleźć dobrego i krytycznego redaktora, który skutecznie odciągnie ją od banalnych rozwiązań. Książkę można polecić jedynie mniej oczytanym i młodym czytelnikom, którzy przymkną oko na piętrzące się nieścisłości. Warto byłoby również ostrzec na okładce, że jest to powieść z wątkami parapsychologicznymi: może być to wyjątkowo rozczarowujące dla wielbicieli klasycznych kryminałów, którzy z całą pewnością sięgną po tą powieść zachęceni tytułem i okładką. Osobiście miałam nadzieję, że zagadkowe sny Moniki opisane w blurbie zostaną wyjaśnione w sposób realistyczny. 

poniedziałek, 25 lutego 2019

Boży coaching. To Ci się opłaca. Jak Biblia może pomóc w terapii / Małgorzata Kornacka, 2019.

Gdybym miała nazwać tę książkę powiedziałabym, że to książka-ulga. Na każdy rozdział reagowałam głębokim westchnieniem: “oooo czyli nie jestem nienormalna, to najwyraźniej całkiem typowe pokręcone myśli”. Jest idealna dla osób, które dopiero rozpoczynają przygodę z poradnikami psychologicznymi. Na samym początku nie byłam do niej przekonana - oceniłam bowiem książkę po okładce.

Jestem najtwardszym z lingwistycznych konserwatystów, dlatego do samego słowa coaching w tytule mam niechęć. Kolejną kwestią budzącą moje wątpliwości jest samo zjawisko coachingu i to, jak wielu “specjalistów od niczego” prowadzi wykłady motywujące, na których głoszą jak mamy żyć, abyśmy wszyscy byli szczęśliwymi bogaczami. Wszak jak głosi Wikipedia coatching to:

“interaktywny proces rozwoju, poprzez metody związane z psychologią, realizowaniem procesu decyzyjnego do zaspokajania potrzeb, który pomaga pojedynczym osobom lub organizacjom w przyspieszeniu tempa rozwoju i polepszeniu efektów działania, osiągnięcia celu.” 

Nie jestem człowiekiem rozwoju - staram się nie degenerować i to póki co tyle. 

Postanowiłam dać książce szansę głównie ze względu na podtytuł: jak Biblia może pomóc w terapii. Odkąd zaznajomiłam się z wykładami prof. Petersona połączenie religii i psychologii interesuje mnie jeszcze bardziej. Uznałam również, że mądrego to i warto poczytać, a pani Małgorzata Kornacka jest psychologiem, psychoterapeutą poznawczo-behawioralnym i doradcą zawodowym. W swojej książce opisuje typowe codzienne sytuacje z którymi zmaga się każdy z nas i stara się dodać nam otuchy. Rozkłada na czynniki pierwsze nasze emocje i logicznym wywodem utwierdza nas w przekonaniu, że “Hej! Chyba widzisz, że w sumie nie ma się czego bać?”. Nie wiemy co jest za rogiem, ale to nie znaczy że to coś złego - przecież zmiany następują również na lepsze!

Kornacka pisze o natrętnych myślach, poczuciu własnej wartości, o emocjach i przebaczaniu, depresji, motywowaniu czy asertywności. Narracja płynie swobodnie, wesoło, jakby autorka po prostu rozmawiała z przyjacielem. 

Przedstawione przez autorkę koncepcje psychologiczne znam z innych, bardziej szczegółowych pozycji. Trzeba jednak przyznać, że wiedza w poradniku została bardzo dobrze usystematyzowana. Nie jest to książka dla osób bardzo mocno zainteresowanych psychologią. Z całą pewnością jednak będzie wspaniała dla kogoś, kto odczuwa w swoim życiu pewien dyskomfort i postanawia stanąć do walki o własne szczęście. Godna polecenia czytelnikom w każdym wieku.

wtorek, 28 sierpnia 2018

W promieniach szczęścia / Agata Przybyłek, 2018

Zdecydowanie nie jest to godna reaktywacja bloga. 


Prawdopodobnie nie jest to żadna reaktywacja bloga, bo jestem leniwą bułą. 


Od ponad roku ograniczam swoją intelektualną aktywność do wstawiania na stronę na Facebooku kilku zdań na temat wyjątkowo dobrych książek, którymi chciałabym podzielić się z innymi. Żadnego z tych kilku zdań nie uznałam za godne, aby wstawiać tutaj. 


Ponieważ jednak dziś postanowiłam poszerzyć swoje horyzonty o zapoznanie się z zupełnie obcym mi gatunkiem literackim i poczułam się jakbym dostała pięścią w nos uznałam, że warto wspomnieć o tym nie tylko w opinii na lubimyczytać i na swoich Fan Page'ch na Facebooku, ale również tutaj. Tak więc na szybko...


Pierwszy raz w życiu sięgnęłam po wydaną polską powieść obyczajową. Zdarzało mi się już wcześniej wygłaszać niepochlebne opinie na temat wysyłanych przez znajome próbek, ale w głębi duszy wierzyłam, że "nieeee no, chyba AŻ takich rzeczy to nie wydają". Ehem... 3 na szynach i tylko dlatego, że nie jestem okrutna z natury. 


W bibliotece przejrzałam kilka nowych powieści kobiecych, przy większości nie dałam rady przebrnąć pierwszej strony. A to ktoś robił herbatę, a to uspokajał rozjuszone konie, a to inne bzdety. Wreszcie trafiłam na panią Przybyłek, która nie dała rady zniechęcić mnie od pierwszej strony. Niestety padłam po kilkudziesięciu kolejnych. 


Nie chodzi o styl, jest on całkiem znośny, choć mdły - niczego innego nie oczekiwałam. Przerażające jest natomiast podejście do czytelnika jak do kretyna: nastolatka znajduje w śmietniku niemowlę i... zostaje jego matką zastępczą! Tak, to przecież logiczne.


Nie jestem specjalistką od adopcji, ale z tego co mi wiadomo dzieci porzucone są w dramatycznej sytuacji prawnej. Jeśli więc obok dziecka nie leżało perfekcyjnie dopracowane zrzeczenie się praw rodzicielskich (co mało prawdopodobne) jest to bzdura nad bzdurami. 


Nad pomysłem, że sąd przyznałby opiekę nastolatce bez pracy, studiów i partnera spuśćmy zasłonę milczenia. Jeśli w dalszej części książki, której nie dałam rady doczytać, nie ma jakiegoś błyskotliwego wybrnięcia z tej sytuacji, a książka faktycznie dzieje się w Polsce XXI wieku, a nie na księżycu... oznacza to, że pani Agata nie ma szacunku dla inteligencji swoich czytelników. A to baaaardzo niedobrze, nawet gdy pisze się powieści dla kobiet.


Z jednej strony człowieka skręca gdy myśli o poziomie powieści, jakie są u nas wydawane, z drugiej jednak strony... to się czyta. Wydawca nie żyje z autorów dobrych, tylko z autorów czytanych. A ja codziennie po kilkadziesiąt razy słyszę w bibliotece prośbę o "coś polskiego proszę pani, może Kasię Michalak... tak żeby było lekko i przyjemnie, bo czytam jak spać nie mogę".


Drogie niewyspane pelikany. Obowiązuje zasada najmniejszego wysiłku - jeśli nie wymagacie od autora żeby się starał to tego nie zrobi. Research ograniczy do wypicia herbatki przed klawiaturą i napisania co mu się zdaje...że łykniecie.


niedziela, 26 listopada 2017

Czerwony rynek / Scott Carney, 2014

Czerwony rynek : na tropie handlarzy organów, złodziei kości, producentów krwi i porywaczy dzieci to niewątpliwie najbardziej przerażająca książka, jaką miałam w ręce od bardzo dawna. Tak przerażająca, że nie polecam jej osób o słabych nerwach i obrazowej wyobraźni. Mimo, że z niemal wszystkich opisanych przez Carneya procederów zdawałam sobie sprawę, przeczytanie książki tak dosadnej, a zarazem wyważonej, zawierającej zarówno dużo faktów jak i relacji naocznych świadków, bardzo obrazowej było niezwykle intensywnym przeżyciem. W ciągu trzech dni poświęconych tej książce nie byłam w stanie myśleć o niczym innym.

Wyobraź sobie świat, w którym cmentarze muszą być pilnowane, bo ludzkie kości wykorzystywane są bezprawnie do tworzenia pomocy dla studentów medycyny. W opuszczonych magazynach na odludziach pod sufitem zwisają suszące się ludzkie kręgosłupy. Wyobraź sobie świat, w którym kobieta jest warta tyle ile jej nerka - czyli marne grosze. Ta sama nerka na innym kontynencie będzie już warta fortunę. Wyobraź sobie świat, w którym sierocińce są przepełnione, ale na potrzebę zachodniego klienta porywa się dzieci ze szczęśliwych rodzin. Wyobraźcie sobie świat, w którym kobiety ryzykując życiem oddają swoje komórki jajowe, które po zapłodnieniu wszczepiane są kobietom po drugiej stronie świata, zamkniętych przez dziewięć miesięcy jak w więzieniu i poddawane przymusowemu zabiegowi cesarskiego cięcia. W końcu bogaty klient chce dostać swoje dziecko nie tylko odpowiedniej płci i koloru, ale również w konkretnym terminie. Świat, w którym narkomani zarażeni wirusem HIV oddają krew niezbędną do operacji, a inni składają ofiarę ze swojego ciała w świątyniach, które później sprzedają je za gigantyczne pieniądze na zachód. W końcu świat, w którym z bycia królikiem doświadczalnym czyni się zawód.

Jednym słowem świat, w którym w zależności od zasobności portfela jest się klientem, lub mięsem. 

A teraz należałby sobie uświadomić, że również należymy do tego świata, a co gorsze: nie można nic na to poradzić. Jak niemalże każdy aspekt ludzkiego życia, czerwony rynek również nie jest zagadnieniem z rodzaju czarno-białych. Autor w bardzo wyważony sposób zadaje pytanie, czy ludzkie ciało i to co wytwarza powinno podlegać zwykłym zasadom rynkowym i co można zrobić, aby ten rynek nie schodził do podziemi.

Jak dla mnie fascynująca i makabryczna lektura, z którą warto się zapoznać. 8/10 w skali Brudnopisa.

- Przyszłość to dzieci tworzone według określonego projektu (...) Matki zastępcze w Azji nosiłyby komórki jajowe superdawczyń z Ameryki, modelek z wysokim ilorazem inteligencji i dyplomami renomowanych uczelni (...) takie dzieci można by sprzedawać po milion dolarów za sztukę. 

wtorek, 31 października 2017

Tatami kontra krzesła / Rafał Tomański, 2017

O Japonii każdy z nas ma jakieś zdanie - każdy przecież kiedykolwiek coś o niej czytał lub oglądał. Dla jednych jest to cudowny i bajeczny świat dobrobytu: kwitnących wiśni, pięknych eleganckich gejsz, niezwykle niskiej przestępczości, pracowitości, honoru i oczywiście - technologii.

Dla innych to kraj samobójców, śmierci z przepracowania, automatów z używanymi majtkami nastolatek i zdziczałej pornografii.

Zainteresowanie młodych Polaków Japonią nie słabnie: wielu z nas uczy się języka, marzy o (niestety bardzo kosztownej) wycieczce do tego wyspiarskiego kraju, a w księgarniach znajdują się niewyobrażalne ilości japońskich komiksów dla młodzieży.

Nawet ja, mimo iż Japonia nie jest moim wymarzonym miejscem podróży, przeczytałam na jej temat kilka książek, obejrzałam kilkanaście filmów i zapoznałam się z niezliczoną ilością popularnonaukowych artykułów.

Tatami kontra krzesła to fantastyczna książka zarówno dla osób, które (podobnie do mnie) są laikami w kwestii kultury Japonii, jak i niezła rozrywka dla osób z nią obeznanych - ponieważ została po prostu dobrze napisana. Na tyle, że nie nudziłam się podczas odświeżania już dawno poznanych faktów. 

Rafał Tomański, co wcale mnie nie nobilituje, jest starszy ode mnie jedynie o 11 lat, a nie dość że dobrze pisze to jeszcze jest dziennikarzem, japonistą, zna się na technologiach, biznesie, jego książki są bestsellerami, jest lektorem bajek dla dzieci, obsługuje wielkie firmy, a nawet doradzał ministrowi [co można wyczytać na jego profilu autorskim na lubimyczytać]. Jednym słowem, takiemu brudnopisowi jak ja wypadałoby go znienawidzić. Najwyraźniej zafascynowała go nie tylko kultura Japonii, ale charakterystyczną dla tego narodu pracowitość postanowił wdrożyć w życie (chore!). 

Niemniej jednak postanowiłam wnieść się nieco powyżej (podobno charakterystycznej dla naszego narodu) zawiści i zazdrości i napisać, że tatami kontra krzesła dostarczyło mi dzisiejszego dnia bardzo dobrej i mądrej rozrywki.

Książka ta nie tylko zawiera bardzo dużo interesujących faktów podanych w przystępny i lekki sposób, ale autorowi udało się dokonać czegoś bardzo trudnego: pokazać dwoistość natury Japończyków, zarówno bez zachwalania jak i nadmiernego krytycyzmu. Autor pokazuje to, czego moglibyśmy się od Japończyków nauczyć, jak i to co robimy lepiej i dzięki czemu jesteśmy "zdrowsi". Z jednej strony zachwala piękno kraju i niezwykle wysoki poziom kultury, z drugiej strony nie wstydzi się pisać o tym, że młode Japonki nie zmieniają majtek. Jednym zdaniem: ta niespełna 300-stronicowa pozycja pokazuje bardzo ciekawe wycinki Japonii z jej blaskami i cieniami, dzięki czemu krytycy Japończyków mają okazję się nimi zachwycić, a ich wielbiciele odrobinę ochłonąć. 

Jeśli więc chcecie się dowiedzieć:
  • czemu Japończycy są coraz wyżsi, 
  • kiedy powstał pierwszy robot,
  • czemu Japonki chorują, gdy ich mężowie przechodzą na emeryturę,
  • jakie obrzydlistwa związane z nastolatkami można zakupić w japońskim sklepie,
  • skąd tak naprawdę wzięło się sushi,
  • co o cudzoziemcach myślą Japończycy,
  • dlaczego kobiety i mężczyźni jeżdżą w osobnych wagonach,
  • czy maszyny mają duszę,
  • czemu Japońskie telefony są brzydkie, a Japonki mają krzywe zęby
sięgnijcie koniecznie po książkę Rafała Tomańskiego.

Pierwsze wydanie ukazało się w 2011 roku, bardzo więc możliwe, że znajdziecie ją w swojej bibliotece. W skali od 1 do 10 tatami otrzymuje ode mnie 7 punktów

Niezamężna kobieta w Japonii już po dwudziestych piątych urodzinach
dostaje przydomek kurimasu keki, czyli bożonarodzeniowe ciasto.
Nazwa nawiązuje do tortu z truskawkami i bitą śmietaną, które bardzo krótko zachowuje świeżość. Jada się je przeważnie 25 grudnia - stąd też ukłon w stronę 25 roku życia młodej dla człowieka Zachodu, a zbyt starej już według Japończyków, kandydatki na żonę. 

piątek, 27 października 2017

Poznam sympatycznego Boga / Eric Weiner, 2012 ORAZ Seks a religia / Dag Øistein Endsjø, 2011

Przez ostatnie pół roku przechodziłam prawdziwy czytelniczy kryzys związany ze zmianą życia o 180 stopni - nowe miasto, nowa praca, pisanie pracy magisterskiej i nawet nowy kot. Oczywiście, nie oznacza to, że nie czytałam, ale często były to książki niegodne polecenia, których nie dokończyłam albo zwyczajnie głupie. 

Jedną z wypożyczonych w celu zrecenzowania książką była Seks a religia. Od balu dziewic po święty seks homoseksualny Daga Øisteina Endsjø. Książka, która z góry wydawała się bardzo interesująca, okazała się wielką klapą. Jak można było się spodziewać po "norweskim religioznawcy, krytyku społecznym, publicyście i obrońcy praw człowieka" (za Wikipedią) autor skupił się głównie na przestawianiu tylko takich faktów religijnych, aby stworzyć obraz w którym chrześcijaństwo jest najbardziej agresywne pod względem seksualnym, a najbardziej tolerancyjny jest... islam. Religioznawcą nie jestem, ale coś tam wiem na temat manipulowania faktami w taki sposób, aby stworzyć tendencyjny obraz. Co ciekawe, obok chrześcijan najgorszymi dręczycielami kobiet (książka skupia się na obrazie religii jako narzędzi do ciemiężenia kobiet) są podobno buddyści. Tak więc tego. Nie dość, że napisana w dość sztywny i wyraźnie zarozumiały sposób, to
jest wyraźnie tendencyjna. Nie należę do osób religijnych, ledwo załapuję się do grupy wierzących, ale mając choć odrobinę szacunku dla religii jako idei nie da się przeczytać tej książki bez odrobiny odrazy. Nie ze względu na przedstawiane fakty, z którymi trudno dyskutować, ale ze względu na niezbyt elegancki sposób w jakie zostały przedstawiony (oczywiście, jak na norweskiego intelektualistę przystało) wszystko w bardzo subtelny sposób. 

Postanowiłam się jednak nie poddawać i sięgnęłam po kolejną książkę o religiach, tym razem wyraźnie tendencyjną w drugą stronę - Poznam Sympatycznego Boga. Jest to reportaż popularnego amerykańskiego dziennikarza, który w ramach walki ze swoją postępującą depresją postanawia odnaleźć swojego Boga. Jako osoba wierząca w jakąś wyższą siłę, ale nie przywiązana do żadnej konkretnej religii wyrusza w świat aby znaleźć taką, która go zachwyci. 

Drogę rozpoczyna od odwiedzenia sufich - dość liberalnego odłamu islamu, którego wiele myśli zostało uproszczonych, przemielonych przez kulturę zachodu i przejętych przez ruch New Age. Następnie rusza do buddystów, gdzie odwiedza duchowe siłownie, uczy się medytacji oraz wartości cierpienia i współczucia:

Skoro i ja, i inni
Jednako pragniemy szczęścia,
Co szczególnego jest we mnie?
Czemu domagam się szczęścia tylko dla siebie?

Wraca do własnego kraju i odwiedza część Nowego Jorku, do której nigdy wcześniej nie zaglądał - Bronx zwyczajnie go przerażał. Dla odwiedzenia zakonu franciszkanów jest jednak gotowy zaryzykować i ruszyć na pomoc potrzebujących. Zadziwia go niewdzięczność bezdomnych oraz niekończąca się cierpliwość i humor zakonników. 

Na chwilę porzuca poznawanie starych religii i rusza na spotkanie raelianizmu - stosunkowo nowej sekty, u której podstaw leży przekonanie, że życie na ziemi stworzyło UFO i że wymaga od nas jedynie przyjemności oraz dużej ilości bezpiecznego seksu. Religia jako usprawiedliwienie hedonizmu nie przemawia do poszukiwacza i rusza na spotkanie taoizmu - spotyka ludzi, którzy widzieli qi. Później poznaje wyznawców dość nowego ruchu, jakim jest wicca - czarownictwo. Wicca dopiero się kształtuje i wszystkie rytuały uważa za zabawę. W przedostatnim rozdziale poznajemy najstarsze wyznanie - szamanizm. Eric stara się odnaleźć swoje totemiczne zwierze i uznaje, że jest to świstak. Na samym końcu wraca do własnych żydowskich korzeni i poznaje na nowo kabałę

Poznam sypatycznego boga to z całą pewnością książka warta polecenia  - lekka, zabawna, mądra i bardzo pozytywna. Przedstawia dobry świat, co skutecznie leczy fobie wywołane oglądaniem telewizji i czytaniem wiadomości (zauważyliście, że zawsze są złe i przerażające?). Przedstawia również religie jako dobre i potrzebne, pomagające człowiekowi w udźwignięciu problemów codzienności i leczące z egoizmu (co już w ogóle w naszym nowoczesnym i "postępowym" świecie jest podejściem, za które niewątpliwie dostałby łupnia od panów pokroju Daga Øistein Endsjø). Wspaniała lektura na jesienne długie wieczory, oraz na prezent dla niemal każdego (no może z wyjątkiem wojujących postępowców). Podsumowując książka zasługuje z całą pewnością na 9/10 punktów w skali brudnopisa. 

niedziela, 19 marca 2017

Szeol / Magdalena Markiewicz, 2015

Wymiany książkowe to często źródło wielu dobrych pozycji, które są ciekawe i dobrze się je czyta. Niestety, trafiają się także koszmarki takie jak “Szeol”, przy których człowiek wyrzuca sobie, że katuje się taką lekturą sam i na własne życzenie. Tak, sama krzywdziłam swój umysł wypocinami pani Markiewicz i bardzo tego żałuję, dlatego recenzja ta powstała, żeby ustrzec Was przed tym “dziełem”.

O samej pani Magdalenie Markiewicz wiadomo niewiele. Jest ona z zawodu ekonomistką. Współredagowała kwartalnik "Wnętrze i Ogród" i była także wydawcą e-magazynu "Inkubator Kreatywności". Napisała książkę popularnonaukową pt. "Motyle z mojego ogrodu". "Szeol" to jej pierwsza powieść, wielki debiut, który zapewne miał przynieść jej sławę. No niestety, nie wyszło.

Książka “Szeol” to zlepek zdań i rozdziałów, które zupełnie nie mają sensu i do niczego nie prowadzą. Nawet sam wydawca, niejakie Wydawnictwo FIK, chyba nie do końca wie czego dotyczy ta powieść, a świadczy o tym opis na okładce książki.

Lena Szauer - trzydziestoletnia ekonomistka z północnej Polski, pracuje dla międzynarodowej korporacji. Została wytypowana na lidera w zdobywaniu lukratywnych kontraktów, stąd życie jej to pasmo niekończących się podróży, wypełnionych mocą wrażeń, napięć - jak również chwil grozy. Akcja powieści rozgrywa się na trzech kontynentach: w Azji, Afryce i Europie, toteż jest niezwykle dynamiczna i wielowątkowa. Fabuła dotyka również obszaru metafizycznego, niczym z obrazu Botticelliego. Zawieszonego gdzieś pomiędzy, w którym poznajemy wizję apokaliptycznej traumy, dotykającą główną bohaterkę. Poruszone w powieści kluczowe dla fabuły zagadnienia, mogą stanowić lustro, w którym Czytelnik ma szansę wyłuskać odpowiedzi na wiele swoich życiowych pytań. Psychologiczny nurt proponowanej prozy demaskuje niemałą skalę ceny, jaką płaci się za mylenie życiowego spełnienia z powierzchownym konsumpcjonizmem.

Masło maślane bez konkretów i jakiegokolwiek zarysu fabuły, które musiałam przeczytać kilka razy zanim zdołałam wyciągnąć z niego jakąś treść. Rzekome zapewnienia o metafizyce i głębokiej tajemnicy kończą się jedynie na dziwnych, starających się wyglądać na mroczne, opisach, które niczego nie wnoszą i nie mają związku z rozdziałami.

Postać głównej bohaterki, Leny Szauer, nie budzi ani sympatii, ani niechęci. W zasadzie nie wywołuje żadnych uczuć. Jest napisana płytko i bez polotu, tak samo jak dialogi, chociażby bohaterki z jej partnerem życiowym, które brzmią jak rozmowa dwójki nastolatków z gimnazjum.

Akcja pojawia się dopiero po ponad pięćdziesięciu stronach i może nie byłoby to nic dziwnego, gdyby format stron był bardziej skondensowany, zawierał więcej tekstu. Wcześniej brak jest jakichkolwiek nawiązań do tego co ma się wydarzyć. Czytamy tylko o pracy Leny, jej wypadach do KFC i wycieczkach po okolicy.

Ponadto pani Markiewicz uwielbia skupiać się na przewlekłych opisach otoczenia i historii. Zagłębia się w nie z wielką ochotą, poświęca im wiele uwagi, po czym porzuca same sobie, by wrócić do właściwej opowieści. Wtrąca też historie dotyczące bohaterki, które również nie mają znaczenia w dalszej fabule i które nie są na tyle ciekawe, zabawne czy przejmujące, żeby koniecznie je przytaczać (jak opowieść o tym, że Lena lubi ryby, bo kocha morze i chciałaby kiedyś mieszkać w nadmorskiej miejscowości).

W “Szeolu” zadziwia także styl pisania pani Małgorzaty, który wskazuje na całkowity brak umiejętności pisarskich. Całą książkę zastanawiałam się czy autorka przeczytała kiedykolwiek jakąś książkę, ponieważ naprawdę trzeba się postarać, by tak nieudolnie stawiać wszelkie znaki interpunkcyjne i duże litery. Dziwi to tym bardziej, że pani Markiewicz jest rzekomo autorką felietonów, a także pracowała dla kilku czasopism, dlatego zastanawia mnie jak źle wyglądały artykuły, które wyszły spod jej pióra. Cóż tak mnie ubodło? Wiele tego było. Od bezsensownych pauz, przez zastępowanie przecinków i kropek średnikami oraz nadużywania wielokropka, aż do nieudolnej budowy zdań. Winę w tym wszystkim ponosi także wydawca, który prawdopodobnie wydał to “dzieło” bez przeczytania go choć raz.

Równie irytujące jest też wstawianie angielskich słów, które nic nie wnoszą, a są jedynie niezrozumiałym kaprysem autorki, oraz słów takich jak „iż”, „gdyż”, „zaiste”, czy „dziatwa”. Całkowite pomieszanie “nowoczesności” z Sienkiewiczem.

Poniżej kilka przykładów, które są zaledwie ułamkiem całej tej pomyłki zwanej szumnie powieścią i przysięgam na wszelkie świętości, że niczego nie zmieniałam w pisowni tych fragmentów.

Z jednej strony cieszyła się, że uszła z życiem, z drugiej zaś - dręczyły ją niepokojące myśli o tamtym agresorze.

Minęła godzina, nic jednak złego nie wydarzyło się.

...zapyta się jej…

- Nie, oni nie widzą że to ja…, że to ja go zabiłam!

Towarzyszka - książka umilała płynący czas, przenosząc Lenę do innego świata - beztroska i błogość…

Wyrwana z koszmaru ponownie nie zasnęła tej nocy.

Taki life, cóż zrobić.

Niebo przybrało kolor blue…

Wszystko działo się tak szybko, wręcz o wiele za szybko.

- As-salam - odpowiedziała zadziornie, po czym dodała :- widząc twoje podekscytowanie podróżą z pewnością czekasz tu od rana?

Szli w milczeniu; Filip bał się cokolwiek powiedzieć, aby nie rozpalać na nowo pożaru - wolał więc nic nie mówić; Lena natomiast udawała obrażoną.

- Ok. skoro polecasz, to spróbuję, zawsze to coś innego niż duszona wołowina : Zaraz wracam.

- Z pewnością, ale koty zawsze są głodne i jeśli mają taką okazję jak dziś - to ją najzwyczajniej wykorzystają - zapewnił Filip.

- Ok., zaraz wracam.

“Szeol” autorstwa Magdaleny Markiewicz dostaje ode mnie 1/10 punktów.  Książka ta to kpina z czytelników, a jakakolwiek jej promocja to strata czasu. Fabuła nie ma sensu, a rzekoma metafizyka i tajemnica jest dla mnie całkowicie ukryta, ale może to moja wina, może jestem na to zwyczajnie za płytka, jak na dzieła Paulo Coelho. Zastanawia mnie jedynie, jak bardzo bezkrytycznym trzeba być wobec siebie i swojej twórczości, żeby chcieć wydać coś tak złego. Serdecznie nie polecam Wam tej książki. Trzymajcie się od niej z daleka.

poniedziałek, 23 stycznia 2017

Jak dawniej leczono, czyli plomby z mchu i inne historie / Nathan Belofsky, 2014

Nie da się ukryć, odkąd zawodowo zajmuję się przeglądaniem książek napotykam na taką ilość ciekawych pozycji, że zwyczajnie nie da się ich zliczyć. Do tego dochodzi nieproporcjonalność między listą "rzeczy do przeczytania", a posiadanym czasem i w wyniku łatwych wyliczeń matematycznych wychodzi nam... zastój na blogu. Od jakiegoś czasu zastanawiam się jeszcze nad kanałem na YT (coś w stylu: 10 rzeczy których dowiesz się z tej książki), ale pozostaje to w strefie marzeń (potrzebna by była do tego odpowiedniej jakości kamera, czysta ściana no i oczywiście... hm... aparycja). Postanowiłam więc wspomnieć Wam o książce, z której można by wyłuskać nie dziesięć, a sto ciekawych faktów. Jedynym warunkiem Waszego zaskoczenia, szoku i niedowierzania jest brak habilitacji z historii medycyny. 

Autor zaczyna ten swoisty zestaw ciekawostek medycznych i historycznych od dość kontrowersyjnej tezy: lekarze dopiero w XX wieku nauczyli się, jak pacjentom bardziej pomagać niż szkodzić. Osobiście uważam, że potrzebują do tego jeszcze wieeele czasu... Później jednak dzieje się coraz lepiej, ponieważ Belofsky funduje nam niezwykle intensywną (może zbyt krótką?) wycieczkę po historii medycyny: od Starożytnego Egiptu po XXI wiek. Po lekturze tej można dojść do wniosku, że medycyna posuwała się dość szybko do przodu, ale jedynie... w okrucieństwie. Czym innym bowiem jest nieświadomość istnienia zarazków, a kompletne ignorowanie ich istnienia z powodu niedbalstwa i źle pojętej dumy. Czym innym jest zalecanie lizania czaszki w nocy jako niezawodne panaceum na zgrzytanie zębami, a czym innym rutynowe wycinanie pacjentom jelita grubego, bo pan doktor uznał, że to "brudny i nikomu niepotrzebny organ". Czym innym było zalecanie stawania na węgorzu elektrycznym cierpiącym na podagrę, a czymś zupełnie odmiennym wkładanie pacjentom przez oko szpikulca do lodu, aby stali się potulnymi i prawymi obywatelami. Wszyscy z wyższością naśmiewamy się z naszych przodków żyjących w wiekach ciemnych i wierzących ślepo w zalecenia Kościoła, podczas gdy sami równie ślepo spoglądamy w stronę medyków, którzy - jak pokazuje historia - jeszcze do niedawna bardziej polegali na czuciu i wierze niż na szkiełku i oku. 
Weź po dwie uncje mchu porastającego czaszkę wystawioną na działanie pogody oraz ludzkiego tłuszczu, a także po pół uncji krwi ludzkiej ze zmumifikowanych zwłok. Zrób z tego maść i włóż do pojemnika. 
Nathan Belofsky, amerykański historyk medycyny w niezwykle ciekawy i nieprzeintelektualizowany sposób przeprowadza nas przez najbardziej mroczne zakątki naszej historii: publiczne operacje i sekcje zwłok, porywanie trupów do celów medycznych, nieuzasadnione niczym wyrywanie zębów. Pokazuje nam setki jak nie tysiące noworodków zmarłych w wyniku "pomagania w procesie ząbkowania", setki kobiet zmarłych w wyniku zakażeń poporodowych (wynikających z nie mycia rąk po wykonaniu sekcji zwłok, a przed przyjmowaniem porodu) czy ... zamykaniem w szpitalach psychiatrycznych naukowców znacząco wyprzedzających swoją epokę. 

W kartach i historiach choroby Freeman notował bez skrępowania, że wielu jego pacjentów funkcjonuje po leczeniu na poziomie "zwierząt domowych".

Jak dawniej leczono, czyli plomby z mchu i inne historie, 224 stronicowa, opatrzona dość obszerną bibliografią publikacja niewątpliwie należy do jednych z najciekawszych pozycji popularnonaukowych dotyczących medycyny, jaką do tej pory czytałam. NIE dla ludzi ze zbyt obrazową wyobraźnią. Dla mnie mocne 8\10 punktów.

Lallemand używał też sondy - cienkiego metalowego cylindra z kulką na końcu. Narzędzie to, pokryte żrącą substancją i wsunięte do kanału cewki moczowej, miało osłabić lub zniszczyć znajdujące się tam zakończenia nerwowe, które odpowiadały za rozwiązłość. Zabieg ten powodował "widoczne męczarnie" i doprowadził do paru zgonów, ale Lallemand uważał go za najskuteczniejszą metodę leczenia polucji. 


czwartek, 22 grudnia 2016

Bojowa pieśń tygrysicy / Amy Chua, 2011

Im dłużej myślę o zachodnich rodzicach, którzy lubią mówić o tym, co jest dobre dla dzieci, a co nie, nie jestem pewna, czy oni dokonują jakiegokolwiek wyboru. Po prostu robią to, co wszyscy. I niczego nie poddają w wątpliwość, co niby jest domeną Zachodu. Powtarzają tylko: "Trzeba dać dzieciom wolność, aby realizowały swoje pasje", chociaż wiadomo że tą "pasją" jest przesiadywanie na Facebooku i obrzydliwe, niezdrowe jedzenie.
To nie jest tak, że Brudnopis porzucił pisanie bloga na zawsze, albo nagle przestał czytać (teraz zastanawia się czy już nie za późno, czy ktokolwiek zobaczy tego błagającego o wyrozumiałość posta). Po prostu Brudnopis, jak przystało na mentalnego małego Azjatę uznał, że studiowanie dziennie i pisanie magisterki nie jest dla niego wystarczające. Uparł się więc, że pójdzie na cały etat do pracy, a gdy tylko pojawiła się możliwość zostawania po godzinach pierwszy zgłosił się na ochotnika.

Wstaje o 5ej. O 6.45 jako pierwszy pracownik swojego działu melduje się w bibliotece i odbiera klucz do pokoju.
Teleportuje się na uczelnię, w międzyczasie jedząc drugie śniadanie.
Wraca do pracy.
Zdaje klucz o 20.50 jako jeden z ostatnich pracowników. 
Czynność powtórzyć.
Oczywiście również w soboty, z tą różnicą, że ochrona wygania go już o 16ej.

Tu drobna uwaga do panów : musicie się jednak zdecydować czy chcecie kobietę piękną czy pracowitą. Jedno z dwóch, bo z niedoboru snu i kiepskiego żarcia człowiekowi robi się mięso mielone z twarzy. Ta zależność nie dotyka chyba jedynie bohaterek filmowych i Azjatek.

 Jednym zdaniem Brudnopis był z siebie dumny, póki nie przeczytał Bojowej Pieśni Tygrysicy. Teraz znów czuje się jak pozbawiona talentu i energii życiowej leniwa buła. Książka ta to wspomnienia matki, żony, prawniczki, ale przede wszystkim Chinki odstającej pod wieloma względami od swojego środowiska ludzi zachodu.

Amy Chua jest despotyczną matką. Krzyczy, wyrzuca dzieci z domu na mróz, nie pozwala im sypiać u koleżanek, nie pozwala na zbytki, nieustannie krytykuje. Zmusza je do codziennej pracy nad sobą. Oczekuje, że czego się nie dotkną będą bezkonkurencyjne. 

Chua to córka chińskich imigrantów, najstarsza z czterech sióstr inteligenckiej rodziny. Pisze naukowe artykuły, książki oraz jest profesorem Yale Law School. Jej mąż, amerykański Żyd również jest cenionym w środowisku prawnikiem. Nie oznacza to jednak, że kariera zawodowa jest dla Amy Chua najważniejsza. Jej główna życiowa misja, której poświęca niemal wszystkie pieniądze i każdą wolną chwilę jest jedna: być prawdziwą, chińską matką. Co oczywiście nie jest łatwe pośród tych wszystkich zachodnich rodziców, którymi wyraźnie gardzi. 

A kiedy dzieciom coś nie wychodzi, zamiast dokręcić śrubę, zachodni rodzice najchętniej podaliby do sądu cały świat!

Zachodni rodzice dają swoim dzieciom wolność wyboru zainteresowań, co sprowadza się prędzej czy później do siedzenia na Facebooku i picia z kolegami. Zachodni rodzice nie każą dzieciom uczyć się kilkuletnim dzieciom po dziesięć godzin dziennie, odpuszczają im naukę, gdy są chore lub na wakacjach. Zachwycają się nad każdą wykonaną przez dziecko czynnością, nad każdym postępem. Chińska matka ma dużo trudniejsze zadanie. Chińska matka w kraju zachodu musi ukrywać się ze swoimi metodami wychowawczymi. Nie może powiedzieć innym rodzicom, że spektakularne sukcesy jej dzieci nie wynikają jedynie z wrodzonego talentu, ale godzin kłótni, litrów potu czy wbijania zębów w fortepian. To całe dnie wypełnione nieustanną pracą i frustracją, myślą że czyni się dla swoich dzieci wszystko co najlepsze, a ona mogą za to znienawidzić. Chińska matka musi nauczyć swoje dzieci bezwzględnej pokory wobec rodziców, szacunku wobec starszych i poszanowania tradycji. Jak to jednak zrobić w Ameryce?

rodzina Amy Chua, źródło: oficjalna strona autorki
Nie będę ukrywać, po przeczytaniu wspomnień Amy Chua nie myślimy o niej ciepło. Wręcz przeciwnie. Matka dwóch odnoszących niebywałe sukcesy córek człowiekowi zachodu jawi się jako potwór. Patologiczna matka w eleganckiej garsonce. O takich jak ona mówi się na zachodzie, że cierpi na przerost ambicji i jest despotką. O takich rodzicach zwykło się mawiać, że mają dzieci tylko po to, żeby móc je tresować i się nimi chwalić. Dla chińskiej matki nie byłyby to zarzuty. 

Gdy Bojowa pieśń tygrysicy została wydana, wywołała naprawdę wiele kontrowersji. Choć minęło od tamtego czasu wiele lat pamiętam doskonale jak wielu rodziców było oburzonych jej słowami i nie mogło pogodzić się z metodami wychowawczymi Chua; jakby zupełnie nie dostrzegając różnicy kultur świata wschodu i zachodu, o których autorka nieustannie przypomina. W Ameryce dzieci uczą się grać na instrumencie przez tyle minut, ile mają lat. W Chinach kilkulatkowie potrafią ćwiczyć nawet po dziesięć godzin dziennie. W porównaniu z innymi Chinkami autorka wspomnień była prawdziwą luzaczką. Książka może nas do czegoś zainspirować albo niebywale oburzyć, ale na pewno jest godna przeczytania. Brudnopis ocenia ją na 7/10 punktów

P.S. Brudnopis nie ma dzieci, bo nie miałby czasu ich sobie zrobić, chyba że w niedzielę między 18.10 a 18.13. Jeśli jednak będzie je miał postara się zapamiętać, że prawdopodobnie jeszcze żadne nie umarło od niesienia własnej walizki.

czwartek, 29 września 2016

Mały światek Don Camillo i jego trzódka / Giovannino Guareschi, 1948

- Panie Jezu, na świecie jest za dużo rzeczy nie w porządku.
- Nie sądzę - odpowiedział Chrystus. - Na świecie tylko ludzie są nie w porządku. Cała reszta funkcjonuje bez zarzutu.

Tym krótkim dialogiem rozpoczęłam swoją przygodę z przeuroczymi opowiadaniami Guareschiego i już wiedziałam, że będzie to przepyszna lektura. Do niczego nie mam chyba tak dobrego nosa jak do książek, a zwłaszcza już tych starszych, z zamierzchłych czasów gdy autorzy dbali o narrację i smak tego co pisali, a nie tylko o pędzącą na łeb na szyję akcję. 

Uwielbiam książki, których autorzy nie czuli się w obowiązku konkurować z filmami rodem z Hollywood, a wręcz przeciwnie - wiedzieli, że odpowiednio poprowadzona książka może ofiarować odbiorcy dużo więcej niż odrobinkę kolorowego zapomnienia. Muszę przyznać, że od bardzo dawna nie czytałam niczego tak pogodnego jak dziełko wąsatego Włocha i od dawna nic nie potrafiło mnie tak rozbawić, rozczulić i momentami nawet wzruszyć. 

Zdecydowanie warto sprawdzić, czy pokładający ufność w Bogu i w pięści wiejski proboszcz zawitał do Waszej biblioteki i czy przypadnie Wam do gustu tak jak mi.

Giovannino Oliviero Giuseppe Guareschi urodził się w 1908 roku, a zmarł w 1968. Był włoski pisarzem, dziennikarzem i satyrykiem, jedynym ojcem pokochanego przeze mnie Don Camilla, którego przygody nawet zekranizowano (pierwszy raz w 1952 roku). Niesforną postać niepoprawnego, zaangażowanego politycznie księdza, umieścił w wiejskim probostwie nad rzeką Pad wśród rozrabiaków, bogaczy i komunistów.

Historia Don Camilla to nieustanny spór z panoszącymi się na wsi komunistami, ale również - gdy zachodziła taka potrzeba - zawierania z nimi paktów o nieagresję, a nawet wzajemna pomoc.

Don Camillo, rubaszny postawny ksiądz o wielkiej pasji do polowań i równie wielkim sercu, jest w stanie zrobić wszystko, aby uratować dusze swoich niesfornych owieczek. Nawet, jeśli trzeba w tym celu od czasu do czasu przetrzepać komuś skórę. Jego największy przeciwnik Peppon - wójt gminy, komunista i antyklerykał równie wiele chce czynić dla uciskanych przez Watykan i bogaczy proletariuszy. Czasem, mimo wzajemnej niechęci muszą stawać po tej samej stronie barykady; tak że czytelnik nie wie nigdy, czy są wrogami czy też najlepszymi przyjaciółmi.

I tak się właśnie powoli żyje na tej małej, włoskiej wsi, gdzie nieustannie zdarzają się małe cuda, a proboszcz codziennie dyskutuje z ukrzyżowanym Chrystusem. Książka zdecydowanie nadaje się dla wszystkich, którzy lubią dobrze napisane obyczajówki oraz posiadają choć szczątkową wiedzę historyczną. Ode mnie dostaje 8/10 punktów za ten mądry, wrażliwy rodzaj humoru, który tak rzadko spotyka się w dzisiejszych książkach.

Po odprawieniu porannej mszy podbiegł do Pepona i znalazł go w warsztacie. Ten, ledwo go ujrzał, wykrzywił się jak ktoś, kogo chwyta nagle potworny ból zębów.
- Peppone - powiedział don Camillo - nie przydałby ci się czołg?
Peppone spojrzał na niego ponuro.
- Jeśli jest ciężki, a ksiądz stanie nieruchomo to i owszem.


wtorek, 9 sierpnia 2016

Extensa / Jacek Dukaj, 2002

Przyznam niechętnie, że dość długo zastanawiałam się, czy napisać recenzję Extensy. Nie jestem osobą dobrze zaznajomioną z science fiction i bałam się, że przerośnie ona mój mały, przywykły do fantasy móżdżek. Biorąc pod uwagę fakt, że do powieści Dukaja podchodziłam już dwukrotnie i żadna nie przypadła mi do gustu (ładnych kilka lat temu, kiedy byłam zdecydowanie mniej wyrobionym czytelnikiem, więc może teraz do nich powrócę) sięgnięcie po Extensę było już sporym wyzwaniem. Natomiast samo przeczytanie to już czysta przyjemność.

Kojarzycie pewnie dobrze ten "zabieg" stosowany przez wszystkich niedoświadczonych autorów fantastyki: poświęcają oni z reguły cały pierwszy rozdział, aby opowiedzieć czytelnikowi wszystko o świecie przedstawionym. Wydaje im się, że to fair, skoro jest to później potrzebne do zrozumienia fabuły. To chyba najbardziej drażniący ze wszystkich podstawowych błędów, na widok którego mam ochotę krzyczeć: nie opowiadaj mi tego, tylko mi to pokaż

Na szczeście autorowi tej nominowanej do Nagrody im. Janusza A. Zajdla powieści jest to "zabieg" całkowicie obcy. Z marszu zostajemy bowiem wrzuceni do całkiem nowego, zadziwiającego świata, w którym absolutnie nic nie jest dla nas zrozumiałe i musimy go powoli zgłębiać, jak badacze odległego lądu. Od razu ostrzegę jednak wszystkich niecierpliwych czytelników, którzy lubią proste sytuacje: w tej powieści wiele wątków jest zupełnie niezrozumiałych prawie do samego końca. 

Trafiamy do Zielonego Kraju, gdzie towarzyszymy dorastającemu chłopcu w jego ciężkim życiu na ranczu. Mimo iż jego rodzina zajmuje się hodowlą koni, żyje bez telewizorów i komputerów, w czasach w których nawet lekkie urazy mogą skończyć się śmiercią, znajdujemy się w bardzo odległej przyszłości. Sam Zielony Kraj jest bowiem dawną Grenlandią, enklawą pośród rozpadającego się wszechświata, na którą raz po raz spadają kolejne ciosy: a to grad diamentów, a to napad potwornych zwierząt, a to błąkające się po świecie, nielubiane przez nikogo duchy. 

W dodatku Oni na przemian grożą unicestwieniem Zielonego Kraju albo kuszą obietnicami wiecznego, zdrowego i pozbawionego wszelkich trosk życia. Oni, ta niezrozumiała nikomu zupełnie obca cywilizacja, posunięta w rozwoju tak dalece, że w niczym nieprzypominająca ludzi i zwierząt. Pozbawiona indywidualności, emocji i ciał, ceniąca jedynie szeroko pojętą informację, potrafiąca zachwycać się jedynie bogactwem kosmosu, technologii i matematyki. 

Nasz narrator i zarazem główny bohater, dorasta w podtrzymującej tradycje rodzinie, jak każdy ceni sobie czas spędzany z siostrą, zakochuje się, przeżywa tragedie rodzinne i rozmyśla nad sensem istnienia. Jest więc typowym bohaterem powieści obyczajowej, z tą różnicą, że przychodzi mu żyć w niezwykłym świecie i zmuszany jest do dokonywania niezwykłych wyborów. W tym prymitywnym, niepewnym świecie poznaje on starego astronoma, mistrza zapomnianej przez wszystkich nauki i za jej pomocą przybliża się niebezpiecznie do ich świata. Jednocześnie nabywa umiejętność, jakiej pozazdrościli by mu wszyscy współcześni astronomowie: połączył się z kosmosem na poziomie biologicznym, czuje strach ginących gwiazd i fizycznie odczuwa obecność planet.

W tej niezwykłej powieści Dukaja zagadnienia naukowe (jak chociażby tzw. paradoks Einsteina-Rosena-Podolskiego), problematyka towarzysząca od zawsze literaturze science fiction (jak np. wpływ technologii na rozwój człowieka) splecione zostały z typowymi wątkami literatury obyczajowej - miłością, przyjaźnią, trudem dorastania i młodzieńczymi fascynacjami. 

W trakcie czytania Extensy mamy okazję zastanowić się nad kierunkiem rozwoju technologii, a co za tym idzie również ludzkości, jej ceny. W którym momencie można by mówić o końcu człowieczeństwa i jak mocno należy walczyć o zachowanie własnej kultury i odrębności. Niewątpliwą zaletą tej powieści jest fakt, że każdy czytelnik po jej przeczytaniu będzie mógł zadać sobie zupełnie inne, najbliższe jego sercu pytania. Extensie nie można w żaden sposób zarzucić braku głębi, nieprzemyślanego świata czy fabuły, ale przede wszystkim - kiepskiego wykonania. Język Dukaja jest bowiem równie precyzyjny co technologia przedstawionych przez niego obcych.

Extensa dostaje ode mnie 8/10 punktów. Myślę, że zdecydowanie jest to powieść, od której można rozpocząć swoją przygodę z Dukajem, choć może niekoniecznie z science-fiction. 

czwartek, 14 lipca 2016

Bliźnięta z lodu / Tremayne S.K, 2015.

Od kiedy pracuję w bibliotece przeglądam dziesiątki książek dziennie i zapisuję sobie tytuły, które chętnie wypożyczę sobie na później i do których (najprawdopodobniej) nigdy więcej nie zajrzę ze względu na totalny brak czasu. Blog zaniedbałam prawie równie mocno jak relacje towarzyskie i szafę. 

Dość jednak tego! 

Dziś chcę Wam polecić książkę wydaną jeszcze w tamtym roku, która (nie wiedzieć czemu) przeszła jakoś bez echa. A przynajmniej ja ją jakoś przegapiłam. Nieco ponad dwa i pół tysiąca czytelników, jakich zyskała na portalu Lubimy Czytać jest zupełnie niesprawiedliwa w porównaniu chociażby z pięciokrotnie większą ilością czytelników Dziewczyny z pociągu, która mnie osobiście mocno rozczarowała. To, jak mało popularne są Bliźnięta z lodu jest niezwykle niesprawiedliwe: są bowiem idealną rozrywką na dwa, a może nawet trzy spokojne wieczory. Odradzam je jednak każdemu, kto ceni sobie zawrotną, przerażającą akcję. Sean Thomas, ukrywający się pod pseudonimem Tremayne S.K wprowadza nas bowiem w świat, w którym najbardziej przerażającymi są nasze własne, drobne grzeszki, nieszczerość i niedopowiedzenia. Codzienne drobiazgi, które w każdej chwili mogą doprowadzić do tragedii. Akcja przebiega powoli, od zdarzenia do zdarzenia, momentalnie wydaje się nawet bezcelowa. Można nawet odnieść wrażenie, że autor miał pomysł na sam początek i koniec opowieści, a później po prostu chce nas bezpiecznie doprowadzić do finiszu. Nie oznacza to jednak, że należy tę książkę wykreślić z listy swoich potencjalnych lektur. 

Sarah Moorcoft poznajemy, gdy przeprowadza się z mężem i córeczką na maleńką szkocką wysepkę. Ucieczka z Londynu do odziedziczonego po babci domku, ma być ratunkiem na ich problemy finansowe, ale przede wszystkim - rozpaczliwą próbą rozpoczęcia życia od nowa. Sarah, Angus i Kirstie są pogrążeni w żałobie. Doświadczyli olbrzymiej, niewyobrażalnej dla nikogo straty: małżeństwo straciło jedną z córek. Mała Kirstie jest jednak w jeszcze najgorszej sytuacji: straciła siostrę bliźniaczkę - Lydię. Dziewczynki były tak do siebie podobne, że nikt nie był w stanie ich odróżnić. W momencie, w którym osamotniona bliźniaczka oświadcza, że tak naprawdę jest Lydią, a rodzice popełnili po prostu przerażającą pomyłkę, zaczyna się prawdziwa opowieść. Prawda miesza się z fantazją, strach z urojeniami, podejrzenia z brakiem szczerości i niedopowiedzeniami, a tajemnice okazują się niezwykle niebezpieczne. Nawet najmniejsi członkowie rodziny mają bowiem swoje. 

Bliźnięta z lodu nie są zdecydowanie perłą literatury, ale zwykłą, nieco przewidywalną opowieścią, idealną do przeczytania przed snem lub w pociągu. Nie jestem specjalistką od thrillerów psychologicznych, ale ten wydaje się całkiem udany. Zdecydowanie jest to powieść, którą bardzo szybko i z przyjemnością się czyta i równie lekko się o niej zapomina. Czy jednak zawsze musimy czytać coś wartego zapamiętania? Bliźnięta dostają od Brudnopisa 6/10, głównie za lekkość pióra.

Dodaję zdjęcie, bo cóż może być ciekawszego i przyjemniejszego niż widok kwiatów i książek? Może ktoś się pokusi chociaż, aby skomentować moją brudną ścianę i pojawi się na tym blogu jakiś ruch :D


sobota, 25 czerwca 2016

Przepiórki w płatkach róży : powieść w zeszytach na każdy miesiąc, przepisy kucharskie, historie miłosne, tudzież porady domowe zawierająca \ Laura Esquivel, 1989

Jedną z największych zalet pracy w bibliotece jest to, że w przeciwieństwie do księgarni, można z niej za darmo wynosić książki w gigantycznych ilościach i to zupełnie bezkarnie. Pracowniczy limit wypożyczeń, 20 egzemplarzy na raz, zupełnie zawładnął brudnopisim rozumkiem. Zwłaszcza, że wokół mnie kręci się teraz tylu fantastycznie oczytanych ludzi, którzy mogą mi coś polecić! 

Taką właśnie książką z polecenia są Przepiórki, po które z racji, że z reguły nie przepadam za literaturą kobiecą, zapewne sama z siebie bym nie sięgnęła. I stałoby się niewątpliwie bardzo źle! 

Ta opublikowana w oryginale w 1989 książka zawładnęła mną na cały długi wieczór. Wydawana w Polsce kilkakrotnie, ostatni raz w 2013 roku przez Znak, oczarowała mnie nietypową narracją, barwnymi opisami i ... przepisami kulinarnymi nie z tego świata. Trzeba przyznać, że meksykańskie porady kulinarne rodem z początku dwudziestego wieku wydają się współczesnemu człowiekowi nieco nietypowe. Pikanterii dodaje fakt, że książka nosi znamiona realizmu magicznego, a więc czytelnik nie może być nigdy pewien co pochodzi ze świata magii, a co z meksykańskiej rzeczywistości. 

Titę poznajemy w wieku piętnastu lat, gdy przeżywa prawdziwy dramat : ukochany mężczyzna prosi o jej rękę, a matka odrzuca prośbę ze względu na długą rodzinną tradycję - najmłodsza córka ma zostać z matką i opiekować się nią aż do śmierci. Matka, postać która najbardziej zapadła mi w pamięć, bohater bardzo niejednoznaczny, ale przede wszystkim pozbawiony jakikolwiek macierzyńskich uczuć, proponuje młodemu Pedro ślub z jedną ze swoich starszych córek. 

Niewątpliwie, jeśli chodzi o rozbijanie, rozdzielanie, rozczłonkowywanie, rozszarpywanie, rozcinanie, rozprawianie się i rozłączanie dzieci z matkami, Mama Elena była mistrzynią.

Chłopak, zakochany bez pamięci w Ticie przystaje na to, aby przynajmniej w ten sposób mógł przebywać blisko niej. Pozbawiona prawa do godnej przyszłości dziewczyna jedyne szczęście odnajduje w kuchni. Gotując dla całej rodziny przelewa w potrawy wszystkie swe uczucia.
Ten jego wzrok! Szła do stołu z tacą pełną ciasteczek pieczonych na samych żółtkach, kiedy poczuła go na sobie; był gorący i palił jej skórę. Obróciła głowię i oczy ich się spotkały. W tym momencie zrozumiała doskonale, co musi czuć ciasto na pączki, kiedy wrzuca się je do rozgrzanego tłuszczu.
A gdy Tita gotuje, dzieją się rzeczy doprawdy niezwykłe. Subtelna magia przepełnia życie dziewczyny, która powoli odnajduje się w nowej roli. Smak potraw miesza się w tej książce z zapachem pożądania, a przepełnione bólem dialogi z barwnymi opisami i humorystyczną narracją. Czytelniczkom, zwłaszcza tym uwielbiającym jedzenie i romans, niczego w tej powieści nie zabraknie. 

Zapewne zaintrygował Was podtytuł. Powieść składa się z dwunastu rozdziałów, przy czym każdy rozpoczyna się od przepisu, wplecionego w fabułę. Przepysznie, prawda?

Książka, popularna w wielu krajach, doczekała się w 1992 ekranizacji. Osobiście nie widziałam, ale z pewnością w najbliższym czasie obejrzę.
Ciekawostką znalezioną w Wikipedii jest znaczenie oryginalnego tytułu: w dosłownym tłumaczeniu znaczy on jak woda na czekoladę. W języku hiszpańskim idiom działać na kogoś jak woda na czekoladę oznacza wywoływać w kimś silne pobudzenie czy wręcz pożądanie.Jak to bywa jednak z wieloma tytułami, ten okazał się nie do przełożenia na język polski. 

Przepiórki w płatkach róży, jako przepyszny romans kulinarny, który dostarczył mi wiele przyjemności wczoraj wieczorem, dostaje ode mnie 7/10 punktów.

wtorek, 19 kwietnia 2016

ISIS. Państwo Islamskie / Benjamin Hall, 2015

W obecnym czasie chyba każdy człowiek, który posiada nieco świadomości otaczającego go świata, widzi co dzieje się w Europie i poza jej granicami. Nie będę tu poruszała tematu moich poglądów politycznych dotyczących uchodźców i tym podobnych spraw, choć przyznam, że to był czynnik, przez który sięgnęłam po tą książkę.


Autor, Benjamin Hall, to stosunkowo młody brytyjski niezależny dziennikarz. Głównym tematem, który porusza, jest problematyka związana z terenami Bliskiego Wschodu. Często także relacjonował wydarzenia, samemu będąc na linii frontu.

4. Pod naszymi rządami ludziom będzie się żyło wygodnie i bezpiecznie. Tylko rządy islamskie zapewniają dobrobyt, gwarantują przestrzeganie praw obywateli i oddają sprawiedliwość represjonowanym, którzy byli tych praw pozbawieni. Ci, którzy jeszcze wczoraj byli niezadowoleni, prowadzą dziś spokojne życie. Wyjątkiem są odszczepieńcy i ci, którzy odrzucają światło prawdziwej wiary.
Fragment konstytucji medyńskiej (zawartej w książce)

Jak sama nazwa wskazuje, książka ta dotyczy tak zwanego, Państwa Islamskiego. Tak zwanego, ponieważ, jak sam autor podkreśla, nie jest to żadne państwo, a jedynie twór powstały z przemocy, krwawych podbojów i terroryzmu. Przyznać muszę, że czytając ją miałam duże problemy z połapaniem się w chronologii i w ogóle ogólnym zarysie sytuacji. Nie jest to wina samej książki, czy sposobu pisania, lecz zawiłości związanych z faktami, polityką i historią problemu. Również same arabskie imiona i nazwiska nie pomagały w zrozumieniu całej sytuacji. Jednakże nie jest to wina autora, co warto podkreślić po raz drugi.

Rozdziałem, który najbardziej przykuł moją uwagę i zainteresował mnie osobiście, był ten pt. Seks. Teraz zapewne pomyślicie sobie, że Merossa ma specyficzne upodobania, jednak pozwólcie, że się wytłumaczę. Rozdział ten był szczególnie interesująco ponieważ nie dotyczył polityki, a kulturowych zachować członków ISIS. To była jedna z niewielu odskoczni, które znalazłam w tej książce. Dotyczył on takich zagadnień jak niewolnictwo, czy traktowanie kobiet w Państwie Islamskim. Był naprawdę ciekawy, bo poniekąd dotyczył każdej z nas i pokazuje jak traktowana jest żeńska część społeczności. Nie chcę tu wiele zdradzać, ale poniżej zamieszcza kilka pytań z dokumentu, który opublikowało ISIS, dotyczącego traktowania niewolnic. Jakby nie patrzeć, Państwo Islamskie jest bardzo wspaniałomyślne.

Pytanie 7: Czy można w wyniku aktu kupna lub sprzedaży rozdzielić matkę i jej dziecko?
Nie wolno oddzielić matki od jej małoletniego dziecka w wyniku aktu kupna, sprzedaży lud odstąpienia. Można to jednak zrobić, gdy jest dorosłe.

Pytanie 16: Czy można wziąć sobie za niewolnice dwie siostry?
Dopuszczalne jest wzięcie sobie za niewolnice dwóch sióstr, jak również ciotki i jej bratanicy lub siostrzenicy. Stosunki seksualne można jednak odbywać tylko z jedną z nich. Nie można także współżyć z jedną w obecności drugiej. Według opinii większości uczonych jest to zakazane.

Pytanie 24: Czy niewolnice podlegają karom koranicznym [hudud]?
Jeśli niewolnica popełni przestępstwo, za które grozi kara koraniczna [hudud], kara powinna zostać wymierzona. Jednakże jeśli pozwala na to prawo, należy ją zmniejszyć o połowę.

ISIS. Państwo Islamskie zasłużyło na ocenę 7/10. Polecam ją każdemu, kto interesuje się tym tworem i pragnie poznać zarysy jego powstania.

wtorek, 12 kwietnia 2016

Królowe przeklęte / Cristina Morató, 2014


Przychodzi taki czas w życiu każdego człowieka, że trzeba udać się do przybytku zwanego supermarketem. Niestety, w wielu z nich można zakupić teraz książki po bardzo korzystnej cenie. Dlatego też, dla książkoholików takich jak ja, są to miejsca pełne pokus nie do powstrzymania. Właśnie w takim miejscu odnalazłam tę książkę.

Królowe przeklęte to zbiór życiorysów pięciu z najbardziej znanych i kontrowersyjnych władczyń europejskich. Każda z nich to osobna historia wzlotów i bolesnych upadków, niekiedy następujących z ich  winy, niekiedy nie. Bohaterkami tej książki są Cesarzowa Sissi, Maria Antonina, królowa Krystyna Wazówna, Eugenia de Montijo oraz caryca Aleksandra Romanow. Ich życiorysy oburzają, wzruszają i niekiedy zadziwiają, a ponadto łatwo zapadają w pamięć.

Królowe przeklęte napisane są bardzo przystępnym i prostym językiem, który będzie zrozumiały dla każdego. Czyta się je zaskakująco szybko (chyba, że ma się kryzys czytelniczy, jak ja przez ostatnie dni). Opowieści w niej zawarte są ciekawe, zwłaszcza dla osób, które mają małą styczność z historią. Ważne jest, że nie są to suche fakty historyczne, a raczej opisy zwykłego (niezwykłego?) życia tych postaci. Oczywiście można znaleźć tam wiele faktów z polityki, dotyczących wojen i ogólnych nastrojów w Europie, jednak są one zdecydowanie tłem, a nie elementami pierwszoplanowymi.

Głównym minusem, ale nie wpływającym jakoś znacznie na odbiór książki jako całości, jest okładka. Przedstawia ona piękne zdjęcie kobiety w bogato zdobionej, czarnej sukni, natomiast pod spodem, złotymi literami widnieje tytuł. I właśnie ten napis jest problemem. Ledwo po kilkukrotnym otwarciu książki farba na moim egzemplarzu zaczęła się ścierać. Teraz, niestety, okładka nie jest tak efektowna. Starty napis nie odznacza się tak wyraźnie, jak na początku i niweczy całą kompozycję.


Ogólnie Królowe przeklęte to świetna lektura dla osób, które chciałyby poznać nieco europejską przeszłość. Książka otrzymuje ocenę 8/10. Serdecznie ją polecam wszystkim zainteresowanym.

piątek, 8 kwietnia 2016

Pan od seksu / Zbigniew Lew-Starowicz, 2013

Autobiografia zakupiona w zaiste cudownej promocji księgarni wydawnictwa Znak (do trzech książek po 9,90 wyborny pomysł dla wszystkich książkowych moli). Przeczytana od wczoraj w środkach krakowskiej komunikacji miejskiej i na siłowni na rowerku stacjonarnym. Tak lekka i przyjemna, że tak się w niej zaczytałam, że później miałam problemy ze wstaniem ze wzmiankowanego rowerka. Mimo to nie polecam nikomu, kto nie jest fanem książek pana Starowicza. Nie jest to absolutnie pozycja, od której warto zacząć przygodę z tym fantastycznym seksuologiem-pisarzem. 

Pan od seksu to opowieść o życiu prywatnym i zawodowym pana Starowicza - o tym z jakiej rodziny pochodzi, o tym co go ukształtowało, o jego słabości do muzyki i do wojska i o tym jak ciężko jest utrzymać niezależność zarówno od prawej jak i od lewej strony świata polityki. Jak ciężko być wierzącym seksuologiem, walczącym o edukację seksualną w Polsce, ale również o tym jakie korzyści przynosi ze sobą sława. Jednym słowem: o wszystkim, co może ciekawić wiernych czytelników w życiu Pana Zbigniewa Starowicza. O tym, co oznacza Lew przy nazwisku i o tym, czy autor wierzy w miłość od pierwszego wejrzenia. Czytając książki tego nadzwyczaj pogodnego i energicznego lekarza pewnie każdy zastanowił się choć raz nad tym, jak wygląda jego życie prywatne. Okazuje się jeszcze bardziej barwne, niż jako czytelnicy moglibyśmy się spodziewać. Czasem wygląda jak scena z komedii, innym razem jak kadr z filmu akcji.

Pewne jest jedno - jeśli lubicie tego autora, biografia Was nie rozczaruje. Jeśli jednak dopiero chcecie po niego sięgnąć, polecałabym raczej jakąś inną spośród... ponad stu (!!!) napisanych i współtworzonych przez niego książek. 

Nie będę również ukrywać, że nie znajdzie się ona na liście moich ulubionych autobiografii - oprócz przyjemnej jednodniowej rozrywki nie dostarczyła mi żadnych emocji, ani inspiracji. Ot, kolejna ciekawa opowieść o życiu równie ciekawego człowieka. W dodatku, nie da się ukryć, obdarzonego naprawdę dobrym stylem pisania. 

Pan od seksu otrzymuje od Brudnopisa 7/10 punktów. Za bardzo dobrą, jednorazową rozrywkę.

wtorek, 23 lutego 2016

Sherlock Holmes. Pies Baskervillów / Arthur Conan Doyle, 1902

Po ostatnim razie (moja poprzednia recenzja) nie zniechęciłam się do kryminałów jako gatunku. Postanowiłam jeszcze raz spróbować. Miałam nadzieję, że inny autor i inna historia dostarczą mi tego czego oczekuję i tym razem będę z przyjemnością przewracać kolejne strony. Sięgnęłam więc po Sherlocka Holmesa.

Autorem wszystkich książek o tym najsłynniejszym angielskim detektywie jest Arthur Conan Doyle. Był pisarzem, lekarzem, wolnomularzem, a także spirytystą. Miał dwie żony. Na podstawie jego dzieł nakręcono wiele filmów, które cieszą się dużą popularnością.

Sherlock Holmes, który zazwyczaj wstawał późno - poza wcale nierzadkimi okazjami, kiedy całą noc w ogóle nie kładł się spać - siedział teraz przy stole nakrytym do śniadania.

Akcja powieści rozpoczyna się w mieszkaniu Holmesa. Odwiedza go doktor Mortimer, który potrzebuje pomocy w rozwiązaniu problemu tajemniczego morderstwa. Jego dobry przyjaciel, Charles Baskerville, umarł dziwną śmiercią, której nikt nie potrafi wytłumaczyć. Oficjalna wersja to słabe serce, które przestało pracować. Niestety, wiele faktów nie jest wyjaśnionych, jak, na przykład, tajemnicze łapy psa w pobliżu miejsca zgonu. Dodatkowo, w rodzinie krąży historia o demonicznym psie, który jest powodem śmierci wielu jej członków. Spadkobierca Charlesa, Henry Baskerville, pomimo wiszącej nad nim klątwy udaje się do posiadłości na wrzosowiskach, którą odziedziczył. Towarzyszy mu doktor Watson, prawa ręka Holmesa, który ma za zadanie pilnowanie go i prowadzenie śledztwa.

Im dane wydarzenie jest bardziej dziwaczne i groteskowe, w tym większym stopniu zasługuje na dokładne zbadanie, a ten sam szczegół, który zdaje się komplikować sprawę, jeśli jest należycie rozważony i potraktowany, może wyjaśnić wszystkie niewiadome.

Po “Tragedii w trzech aktach” Sherlock Holmes był miłą odmianą. Pomimo tego, że widziałam kilka filmów o tym słynnym detektywie, nie wiedziałam tak naprawdę co mnie czeka, ale byłam pozytywnie zaskoczona. Najważniejszym plusem była tajemniczość całej powieści. Lubię fantastykę, horrory i rzeczy nadprzyrodzone, dlatego opowieść o demonicznym psie, który prześladuje ludzi okazała się czymś w moim guście. Od samego początku wiało grozą, więc czytało się z ciekawością. Przez całą powieść nie sposób było odgadnąć, kto stoi za całą zbrodnią i dopiero na końcu wszystko układało się w spójną całość. Akcja toczy się wartko i klarownie, dzięki czemu czyta się szybko i przyjemnie.

Pies Baskervillów”, pomimo że ma ponad wiek, jest napisany zrozumiałym językiem. Fabuła nie wije się i nie zmienia na każdej stronie, a całość prowadzi do spójnego, jasnego końca, który zaskakuje. Znaleźć można wiele dialogów, jak i opisy sytuacji, co od razu poprawia jakoś czytania.

Pies Baskervillów” otrzymuje 7/10. Dlaczego? Ponieważ nie jest to książka, która zapadła mi głęboko w pamięć, lecz czytało się ją dobrze i była interesująca, więc polecam ją wszystkim ciekawym oryginalnego Sherlocka Holmesa.