Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść amerykańska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść amerykańska. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 17 grudnia 2015

Marsjanin / Andy Weir, 2014

Książka Andy'ego Weira z 2011 roku w Polsce została wydana w 2014 roku, prawdopodobnie ze względu na film na jej podstawie (premiera była w październiku 2015 roku).

Filmu jeszcze nie widziałam, ale w tym tygodniu miałam okazję przeczytać powieść i chcę ją Wam gorąco polecić. Oczywiście z zastrzeżeniem, że:
  • lubicie science - fiction,
  • nie przeszkadzają wam wielostronicowe opisy techniczne,
  • niesamowite zwroty akcji i wielowątkowość nie są dla Was najważniejszymi elementami powieści,
  • ani tym bardziej pogłębiona psychologia postaci i skomplikowane relacje międzyludzkie.
 Uff, chyba to tyle.

Akcja dzieje się w niedalekiej przyszłości, kiedy będą odbywać się załogowe misje na Marsa. Mark Watney jest jednym z sześciu astronautów wysłanych na czerwoną planetę w misji Ares 3. Poznajemy Marka, niekwestionowanego głównego bohatera powieści, gdy w wyniku burzy piaskowej i pośpiesznej ewakuacji zostaje na Marsie... zupełnie sam. Mark jest mechanikiem i botanikiem, nie jest więc z góry skazany na śmierć - rozpoczyna walkę o życie, licząc że uda mu się przetrwać cztery lata - aż do przylotu kolejnej misji marsjańskiej.

Brak kobiety przez ... lata. Nie proszę o wiele. Uwierzcie mi, nawet na Ziemi dziewczyny nie ustawiają się w kolejkę przed drzwiami botanika/inżyniera. No ale bez przesady.

Postanawia prowadzić dziennik, w którym zapisuje wszystkie swoje działania. To właśnie ten dziennik jest fundamentem powieści, która w gruncie rzeczy jest opisem codziennego życia samotnego człowieka. Tylko tyle, że niemal geniusza. I na Marsie. W momencie, w którym dzięki zdjęciom satelitarnym NASA odkrywa, że Mark żyje wprowadzone zostają również wątki dotyczące NASA (dla mnie najciekawsze) i pozostałych astronautów misji Ares 4. Wszyscy na Ziemi i na Marsie pragną powrotu Marka do domu - ale czy może się to udać?

Nie mogę się doczekać, aż będę miał wnuki. "Kiedy byłem w waszym wieku, musiałem wejść na krewędź krateru! W skafandrze EVA! Na Marsie, małe gnojki! Słyszycie? Na Marsie!"

 Głównym problemem powieści (może jedynym..?) jest Mark Watney. Jest tak pozytywnie nastawiony do spędzenia czterech lat w samotności na Marsie, który w każdej chwili może go zabić, że powieść staje się całkowicie odrealniona. Nic nie daje szczegółowe opisywanie technologii i przekonywanie czytelnika, że wszystko to jest możliwe, gdy zawodzi nas główny bohater. Jest jak Superman. Nie przechodzi ani jednego załamania, do ostatniej chwili nie traci humoru nawet na chwilę. Z jednej strony jego dowcipy w znaczny sposób ułatwiają nam odbiór, dzięki czemu książka staje się lżejsza i przyjemniejsza, z drugiej jednak spłyca niesamowicie jego charakter.
 Co nie jest dobre.

Bo to jedyny bohater, jakiego naprawdę tu mamy. Inni są tak nieznaczący i anonimowi, że prawie ich nie dostrzegamy. Są to kukiełki podejmujące działania w NASA lub w kosmosie. 


Według The Wall Street Journal powieść Marsjanin jest "najczystszym" science fiction od lat. Nie dziwię się, nie ma tu bowiem absolutnie żadnego elementu z pogranicza fantasy. Można uznać, że od kilku lat jest to swojego rodzaju nowość - do ostatniej chwili czekałam, aż gdzieś zza roku wyskoczą rdzenni Marsjanie, astronauci będą musieli zmierzyć się z zamieszkującymi ich statek zombies albo chociaż stoczą bój z kosmicznymi nazistami... Nic takiego jednak się nie stało. Dziękuję za to panu Weirowi z całego serca - umiał bowiem napisać książkę pełną śrubek, NASA, dziwnych nazw, zbierania gleby i odzyskiwania wody z sików w taki sposób, że nie mogłam się od niej oderwać. Jak dla mnie Marsjanin w pełni zasłużył na 7/10 punktów.

 Sprawdziłem wsporniki, uderzając w nie kamieniami. To bardzo wyrafinowana metoda. z której wykorzystywania my, międzyplanetarni naukowcy, jesteśmy znani.

A i jeszcze jedno! Nie oglądajcie filmu! Jeśli będziecie wiedzieli jak ta historia się skończy, czytanie książki straci sens. 

środa, 8 lipca 2015

Dziewczyna z zegarem zamiast serca / Peter Swanson, 2015

Brudnopis to ostatnio nie ma szczęścia do książek. Trafiają mu się takie, których nie może doczytać, mimo że mają tylko nieco ponad 300 stron i bardzo proste słownictwo. Następnym razem, obiecuję sobie i Wam, wygrzebię z szafki coś starego i na pewno nie będzie to kryminał. Tym razem postawiłam na powieść Swansona, która zaintrygowała mnie swoim tytułem i okładką. 

W moim życiu mola książkowego pojawiło się wiele dziewczyn. Była Dziewczyna, która igrała z ogniem. Była Dziewczyna z perłą, a nawet pojawiła się Dziewczynka z zapałkami. O dziewczynach z zegarem zamiast serca nigdy nie słyszałam, dlatego tytuł wydał mi się tak samo intrygujący jak głupi i postanowiłam poświęcić pracy Swansona chwilkę swojego jakże cennego czasu... w końcu zegar tyka.

Do historii przekonał mnie w dodatku fakt, że podobno planują ją sfilmować. Pomyślałam, że najwyraźniej musi mieć w sobie coś świeżego... niestety. Czuję się, jakbym nabrała się na kanapkę z łososiem w jakiejś podejrzanej knajpce. To, że autor jest chyba popularny w USA i UK wcale nie pomaga. Jeśli to jest dobra książka, to nie wiem jakie są kiepskie.

Po tytule spodziewałam się przynajmniej technologicznych intryg, a opis na okładce uznałam za zasłonę dymną: George spotyka dziewczynę w college’u. Zakochują się w sobie bez pamięci, a w czasie ferii ta (nie wiedząc czemu) postanawia popełnić samobójstwo. Zrozpaczony George jedzie na miejsce by w trumnie znaleźć zupełnie obcą laskę. Dwadzieścia lat po tych wydarzeniach spotyka swoją dawną ukochaną w barze. Przypadek? Nie sądzę.

Fabułę tej książki można streścić w słowach: bo to zła kobieta była. George, nudzący się księgowy przechodzący przedwcześnie kryzys wieku średniego, pewnego jakże zwyczajnego popołudnia spotyka w swoim ulubionym barze dziewczynę ze studiów. Jej widok zarówno go podnieca jak i przeraża, co może czytelnika zaintrygować (niestety, zdarza się to dość rzadko). George rusza na spotkanie jedynej miłości, a ona go wykorzystuje i nim kręci... później znów wykorzystuje i nim kręci... później go kręci.... później znów wykorzystuje i nim kręci... w sumie niczym innym się nie zajmują, a jedynym urozmaiceniem jest to jak George obrywa od różnych dziwnych typów w imieniu swojej dawnej wybranki. Obok nich postacie pojawiają się i znikają, ale są tak samo bezbarwne jak główni bohaterowie. Akcja dzieje się naprzemiennie w czasie rzeczywistym i dwadzieścia lat wcześniej, jednak czytelnikowi nie robi to żadnej różnicy. Nie zachwyci was tam ani narracja, ani akcja, ani bohaterowie, ani świat przedstawiony ani żaden inny z setek istotnych w powieści elementów, których zwykłe brudnopisy nie potrafią nawet nazwać.

Nadal nie rozumiem czemu Liana jest dziewczyną z zegarem zamiast serca. Niby, że co? Taka bombowa? Nie wiadomo, kiedy eksploduje? Powieść przynajmniej dla mnie okazała się totalnym niewypałem. Nawet zeszłotygodniowe Lalki mają więcej klasy. Dziewczyna dostaje 4/10 punktów i to tylko dlatego, że z natury nie jestem okrutna. NIE KUPUJCIE TEGO!

sobota, 28 lutego 2015

Paszcza Wieloryba / Philip Kindred Dick, 1999 (org. 1964)

Dick to urodzony w 1928 roku amerykański pisarz, mający nieoceniony wpływ na rozwój science-fiction. Za życia niezbyt znany miłośnikom gatunku, uważany za przeintelektualizowanego, odkryty na nowo w latach '90 tych. Nie słyszeliście o nim? To bardzo prawdopodobne, co nie znaczy, że nie znacie jego opowieści. Na podstawie tekstów tego ekscentrycznego alkoholika i narkomana (który uważał, że Stanisław Lem to komunistyczna grupa pisarzy mająca na celu przejęcie władzy nad opinią publiczną) powstał szereg filmów. Mówią wam coś tytuły Pamięć absolutna albo Raport mniejszości? To właśnie Dick i jego twórczość, nasycona problematyką natury rzeczywistości i samego człowieka. 

Miałam w tym tygodniu przyjemność przeczytać jedno z jego opowiadań, Paszczę Wieloryba, której recenzją będę chciała zachęcić Was do grzebania w starej fantastyce. Możliwe że gdzieś na strychu, albo w piwnicy stoją kartonowe pudła z ulubionymi lekturami Waszych matek i ojców? Paszcza to najlepszy dowód na to, że warto od czasu do czasu przeczytać coś spoza aktualnej listy nowości i bestsellerów. 

Opowiadanie nie powala może ani stylem, ani fabułą, ani kreacją bohaterów. Jest za to idealnym świadectwem tego, że uzdolnionemu autorowi wystarczy w zupełności sto stron, aby stworzyć wielowymiarowy, bogaty świat. I to z taką lekkością, że od natłoku informacji z całą pewnością nie popękają czytelnikom głowy.

Bohatera opowiadania, Rachmaela ben Applebauna poznajemy 8 listopada 2014 roku, gdy prześladowany przez wierzycielski balon (zdalnego, elektronicznego windykatora) udaje się do biura prywatnej policji. Rachmael ma poważne kłopoty – firma jego nieżyjącego ojca zbankrutowała, a on jako jedyny spadkobierca musi spłacić jej udziałowców. Rachmael prosi o pomoc prywatną agencję wywiadowczą, która ma sfinansować jego osiemnastoletnią, samotną podróż na planetę podobną do Ziemi, którą od lat zasiedlają koloniści. Na Paszczę Wieloryba przedostają się tam oni w ciągu piętnastu minut, za pomocą teleportacji. Teleportacji, z której skorzystało już około 40 milionów Ziemian. Teleportacji, której wynalezienie jest powodem bankructwa firmy przewozowej jego ojca. Czemu więc Rachmael nie skorzysta z tej taniej i szybkiej formy lotu? I tu zaczyna się zabawa, bowiem podróż ta może odbyć się jedynie w jedną stronę. Nasz bohater chce wiedzieć dlaczego. 

Rok 2014 to świat olbrzymich monopolistów, wielkich emigracji, ludzi ogarniętych manią technologii, wielkich baz danych o obywatelach, przeludnienia i popełniania samobójstw z powodu krachów ekonomicznych. Brzmi znajomo? Trzeba przyznać Dickowi, z wyjątkiem ruchomych chodników mało się pomylił. Oczywiście, jeśli potrafimy czytać między wierszami, a nie jedynie dosłownie. Wtedy tekst byłby nie wart interpretacji. Jakiś tam facet wybiera się gdzieś tam statkiem kosmicznym. Wszyscy knują, niektórzy mu przeszkadzają, inni pomagają, a każdy chce ukroić dla siebie kawałek tortu. Znamy my już takie historie! W opowieści pojawia się ONZ jako wszechwładza, sterowana przez największe mocarstwo Europy – Niemcy. Media to propagatorzy egoistycznego sposobu myślenia, idealnie obrazowanego przez powiedzenie "cieszyć się z czyjegoś nieszczęścia". Przeczytajcie Paszczę Wieloryba i pamiętajcie: nie możecie ufać nikomu. W opowieści Dicka historia zatacza koło – cholernie dosłownie. Jakie wnioski można wysnuć z tej opowieści? Nadzieja najszybciej prowadzi do zguby. Ta krótka, lecz wciągająca historia otrzymuje od Brudnopisa 7/10 punktów. 

sobota, 14 lutego 2015

Na każde jego żądanie / Sara Faweks, 2012

Tłusty czwartek? Nie! Piątek trzynastego? Nie! Walentynki? Tak! Ale tylko dlatego, że w kinach premiera filmu opartego na światowym bestsellerze, oczywiście chodzi o 50 twarzy Grey'a. Od kilku tygodni w autobusach widuje panie i panów (Stary, czytałeś? Ta laska nigdy nie mówi, że boli ją głowa!) nadrabiających lekturę przed seansem. Internauci też żyją ekranizacją i wyciekami najnowszych scen, wszędzie szare szaleństwo. Pewnie Sasha Grey również zaobserwuje większą oglądalność swoich filmów… Ten tydzień zasłużył na tytuł Grey’owego, dlatego też wygrzebałyśmy z Brudnopisem romansidła do zrecenzowania. Na każde jego żądanie jak informuje okładka zdobyło 1 miejsce w Amazonie w kategorii erotyka oraz ma więcej akcji i więcej erotyki niż w Pięćdziesięciu twarzach Grey’a – a o to trzeba przyznać, że nie trudno. W takim razie zaczynamy.

Lucy to szara myszka pracująca w korporacji, nie robi nic szczególnego – wklepuje dane do komputera. To nie jest jej wymarzona praca, chciała zostać prawniczką, niestety śmierć rodziców przekreśliła jej życiowe plany. Nieśmiała, ledwo wiążąca koniec z końcem dziewczyna, nie mająca zbyt ciekawego życia prywatnego przeprowadza się do Nowego Jorku, gdzie próbuje ułożyć sobie wszystko od początku. Generalnie idealny materiał na erotyczną niewolnicę. Od kilku miesięcy, codziennie w windzie widuje obłędnego mężczyznę, od którego bije aura wyższych sfer. Dziewczyna nie może się opamiętać i fantazjuje o nim dzień i noc. Pewnego dnia zostają sami w windzie i los się do niej uśmiecha. Wymarzony facet nie jest zainteresowany rozmową, ale z chęcią rozbiera ją z majteczek. To wszystko moi drodzy, na pierwszych trzech stronach, potem temperatura już tylko rośnie.

- Chciałabyś, żebym pozwolił ci dojść, kociczko?

Kociczka się zgadza i zostaje osobistą asystentką Jeremiah’a Hamilton’a, tajemniczego milionera. Tak zaczyna się jej życie ociekające luksusem (w tej historii mamy też prywatny samolot) i wyczerpującym seksem.

– Przywiozłeś mnie na Utach Beach – wyszeptałam oszołomiona. Utach Beach naprawdę?

Niestety tylko przez pierwsze kilkanaście stron jest tak kolorowo. Okazuje się, że Jeremiah Hamilton jest dżentelmen z mroczną przeszłością i ma brata, który jest równie mocno zainteresowany Lucy. Rywalizacja, brudne interesy i snajperzy – to czeka Was w tej książce. I seksy rzecz jasna!

Mruknął z aprobatą i puścił mnie, a zamiast tego zajął się rozpinaniem spodni.
– Nie obiecuję, że będę delikatny – warknął głosem schrypniętym z żądzy – zbyt długo na to czekałem, ale obiecuję skończyć to, co zacznę.

Naprawdę nie wierzyłam, że kiedyś znajdę i przeczytam coś gorszego od 50 twarzy Grey'a, ale dziś właśnie jest ten moment. Na mojej liście najgorszych książek zmienia się pierwsze miejsce, teraz zajmuje go Na każde jego żądanie. Przeczytanie tej książki do końca, było dla mnie nie lada wyzwaniem, nie wiedziałam czy śmiać się czy płakać. Książka napisana jest językiem bardzo prostym, momentami wręcz wulgarnym. Jest to dość zabawne ponieważ narracja jest pierwszoosobowa, a główna bohaterka chwali się, że czyta National Geographic i jest osobą wykształconą. Większa część książki to opisy ekscesów seksualnych i autorka nie owija w bawełnę – jest po prostu ostro i barbarzyńsko. 50 twarzy Greya’a przy tej książce to bajka na dobranoc. Główna bohaterka daje świetny przykład młodym dziewczynom (Mamo znalazłam pracę, zostałam asystentką!), spełnia wszystkie perwersyjne zachcianki milionera w zamian za utrzymanie.

Będę się smażyć w piekle za moje bardzo subiektywne recenzje. Niestety o Na każde jego żądanie nie napiszę nic więcej, bo nic ciekawego w tej książce nie ma. Szokiem dla mnie było, że ta historia ma już trzy tomy i sprzedaje się jak świeże pączuszki. Ja nie polecam, a nawet odradzam. 

Mroczny kochanek / J. R. Ward, 2010

Wyjaśnijmy sobie coś, OK? Brudnopisy z reguły nie czytają romansów, a tym bardziej paranormalnych. To znaczy próbują, ale zazwyczaj kończą je po dwudziestu stronach nieustannego chichotu, wywołanego dialogami w stylu: 
– Edward? – powiedziała Bella
– Bella! – powiedział Edward
– Bella? - powiedziała Bella
– Edward! – powiedział Edward
Jedynym romansem paranormalnym, który przypadł Brudnopisowi do gustu, do tej pory był Arisjański Fiolet. Teraz jednak, wstyd się przyznać, dołączył do niego Mroczny kochanek. 

Książka, z którą spędziłam ostatnie dwa dni została mi prawie wciśnięta do torebki przez dwie koleżanki, będące specjalistkami od wszelkiego rodzaju fantastyki. "To jest romans i oni się tam generalnie ciągle bzykają, ale naprawdę jest fajny. I to nie są takie normalne wampiry. No i nikt się nie świeci, ani nic" – to wypowiedź jednej z nich i w zasadzie sama w sobie mogłaby zastąpić całą recenzję. Owszem, w tym tygodniu miałam recenzować Encyklopedię głupoty, ale że w sobotę były walentynki, a my okrzyknęłyśmy ten tydzień grey'owym i postanowiłyśmy zrecenzować jakieś bezpruderyjne książki dla kobiet. Mroczny kochanek to coś, czego absolutnie nie powinno porównywać się do 50 twarzy Greya. To po prostu obraziłoby pracę pani Ward. 

J.R Ward tak naprawdę nazywa się Jessica Rowley Pell Bird i urodziła się w 1969 roku w USA. Przez wiele lat pisała jedynie do szuflady, postanowiła jednak wydać swoje książki zachęcona przez męża i BUM! Szefowa personelu w jednym z najważniejszych naukowych centrów medycznych w kraju, nagle stała się nagradzaną bestelleropisarką. Jedną z jej najważniejszych serii jest właśnie Bractwo Czarnego Sztyletu, którego pierwszą część jest Mroczny kochanek. Czemu o tym piszę? Ponieważ od pierwszych stron książki widać, że napisała je kobieta z głową na karku, która rozumie po co w książce wielowątkowość i co to jest research. Nawet największe fanki paranormali muszą przyznać, że to rzadko spotykane w tego typu literaturze. Tak jak dobry warsztat. Jest ona, pojawia się on i nagle Ziemia przestaje krążyć wokół Słońca. Nic innego się nie liczy. To nudne jak jasna cholera!

Beth jest młodą, naprawdę ładną dziennikarką. Szczególnie uroda przysparza jej wielu kłopotów. Nie wie nic o swoim pochodzeniu, wychowywała się w domach dziecka i w rodzinach zastępczych. Poza tym, że jest całkiem sympatyczna i dobrze dogaduje się z policjantami (i tu uwaga – Ward stworzyła naprawdę świetnych stróżów prawa, gliniarzy najlepszego sortu. Ogólnie wszyscy faceci mówią i zachowują się jak na prawdziwego mężczyznę przystało. Jeśli więc wolisz typ metroseksualny książka może Ci się nie spodobać.) jest ... półwampirem. Nie wie nic o tym, że niedługo czeka ją przemiana, po której prawdopodobnie może zapomnieć o kąpielach słonecznych.
Z drugiej strony mamy Ghroma, króla wampirów i przywódcę ich tajnego bractwa, toczącego nieustanną walkę z prześladowcami, pragnącymi zagłady wampirzej rasy. 
Ich miłość jest totalnie niespodziewana, namiętna i niebezpieczna. Co jednak najważniejsze – może i jest najważniejszym wątkiem całej powieści, ale nie jest JEDYNYM. 

Ten pół-człowiek był najbardziej podniecającą istotną, do jakiejkolwiek się zbliżył. A raz czy drugi zdarzało mu się przytulać do prawdziwych fajerwerków. 

Mroczny kochanek takich sceptyków jak ja zaskakuje od pierwszych stron – dobrym stylem, cierpkim poczuciem humoru, specyficznym klimatem, bardziej charakterystycznym dla kryminału niż romansu i przede wszystkim – charakterystycznymi, pełnokrwistymi postaciami (czy wampir może być pełnokrwisty? A zresztą – na pewno po obiedzie). Pojawia się wiele postaci i wszystkie posiadają specyficzne cechy, tak że nie gubimy się w tych wszystkich, dziwacznych imionach. Na dodatek bohaterka nie należy do takich, których jedynym zajęciem przez pięćset stron jest podziwianie boskiego ciała swojego faceta. Opisy sugestywne, ale nie wulgarne. Dobre dialogi. Jednym słowem – przyjemnie się czyta i po ostatniej stronie nie ma się wrażenia straconego czasu. Wręcz przeciwnie, ja chętnie sięgnęłabym do kolejnych części. Warto czytać chociażby dla samego lokaja. 

Kiedy spojrzał w górę, był przekonany, że ma halucynacje.  
W holu stał starszy gość, ubrany w liberię. Trzymał srebrną tacę.  
– Najmocniej panów przepraszam. Obiad zostanie podany za jakieś piętnaście minut. 
– Hej, czy to są te naleśniczki ze szpinakiem, które tak lubię? - spytał Blondi, podchodząc do tacy. 
– Tak jest, proszę pana. 
– Jasny gwint. 
Inni mężczyźni skupili się dookoła lokaja, biorąc to, co zaoferował. Wraz z serwetkami. Jakby nie chcieli niczego upuścić na podłogę.(...) 
– Czy mógłbym prosić o przysługę? - spytał lokaj. 
Normalny skwapliwie skinął głową. – Przynieś jeszcze jedną taką tacę i zabijemy dla ciebie, cokolwiek zechcesz.(...) 
Lokaj uśmiechnął się grzecznie. – Chodzi o to, że jeśli będziecie panowie krwawić tego człowieka, to czy moglibyście to zrobić na podwórku?

A teraz trochę wad: oprócz schematycznej fabuły i kilku żenujących momentów (choć akurat to jest wpisane chyba w sam gatunek jako taki) mamy ... fatalny tytuł i obrzydliwą okładkę (do której zaliczam nie tylko okropną ilustrację, zupełnie nie pasującą do opisów zawartych w powieści, ale również kompletnie infantylny opis, który odrzuca pewnie większość osób powyżej szesnastego roku życia). To naprawdę dobra książka, ale ze względu na te dwie rzeczy w życiu bym jej nie kupiła. Jest zwyczajnie odpychająca dla wszystkich, którzy chcą czegoś więcej niż opowieści o miłości. A więc zraża dla siebie wielu czytelników, którzy byliby z niej zadowoleni. A ci, którzy liczą na naiwny romansik i zostaną zachęceni tytułem i opisem, również mogą poczuć się oszukani. Jedynym słowem, Videograf skrzywdził tę książkę. Autorka, nadając jej taki tytuł, również. 
Brudnopis, biorąc pod uwagę, że absolutnie nie należy do wielbicieli gatunku i od początku spoglądał na książkę bykiem, daje jej 7/10 punktów

środa, 21 stycznia 2015

Zaginiona dziewczyna / Gillian Flynn, 2012 (książka) David Fincher, 2014 (film)

Po Zaginioną dziewczynę sięgnęłam, gdy na ulicach pojawiły się plakaty promujące film na podstawie książki. Przyznaje się, że nie miałam pojęcia kim jest autor i przed rozpoczęciem lektury się w to nie zagłębiałam, raczej stronię od światowych bestsellerów. A tu takie zaskoczenie… Przeczytałam 500 stronicową książkę w niecałe dwa dni i w momencie kiedy zorientowałam się, że autor jest kobietą, moje zaskoczenie było jeszcze większe. Nie kłamię – zaoferowana powieścią, nie zwróciłam uwagi na nadjeżdżający tramwaj dobrze, że pan maszynista zatrąbił, inaczej Zaginiona Dziewczyna byłaby ostatnią książką, jaką w życiu przeczytałam :) Co mnie w niej tak urzekło?

Amy i Nick Dunne obchodzą piątą rocznicę ślubu. W ciągu pięciu wspólnych lat przetrwali wiele przeciwności losu – stratę pracy, przeprowadzkę z ekskluzywnej dzielnicy Nowego Jorku do rodzinnej miejscowości Nicka i śmierć jego matki. Ich sytuacja finansowa nie wygląda ciekawie, Amy za ostatnie pieniądze kupiła mężowi bar, który nie przynosi oczekiwanych dochodów. Rocznica mimo wszystko pozostanie niezapomniana i to nie za sprawą romantycznej kolacji – Amy zniknęła. Tak po prostu i bez śladu. Policja wszczyna dochodzenie i sprawy przybierają niespodziewany obrót – Nick staje się głównym podejrzanym. Funkcjonariusze wysnuwają takie wnioski nie bez powodu. Amy Dunne to piękna, wykształcona i inteligentna kobieta. Pochodzi z dobrej i majętnej rodziny – jej rodzicie zbili fortunę na książkach, których inspiracją była ona sama -  „Niezwykła Amy”, tak nazywała się seria książek bijących rekordy popularności. Nick to zwykły pisarzyna - trafiło mu się jak ślepej kurze ziarno. Oczywiście jest błyskotliwy i ma trochę uroku osobistego, szczególnie w spodniach. Czy Nick nie mógł znieść wyższości żony i tego, że był jej utrzymankiem? Czy Amy stała się zimną, sfrustrowaną żoną? Czy Nick pozbył jej się bez mrugnięcia okiem?

I w tym momencie wsiadamy w kryminalny rollercoaster. Dwie narracje – z punktu widzenia Amy i Nicka. Każda kolejna strona odkrywa przed nami tajemnice ich małżeństwa i zaginięcia kobiety. Nie chcę spoilerować, bo zepsułabym Wam całą zabawę. Z rozdziału na rozdział autorka podkręca atmosferę i nie możemy doczekać się rozwiązania zagadki, „wchodzimy” w świat przedstawiony i długo po odłożeniu książki w nim pozostajemy. Autorka precyzyjnie tworzy portrety psychologicznego bohaterów i tka misterną fabułę, lepką jak pajęcza sieć.  Zaginiona dziewczyna to nie tylko świetny thriller, to również historia o małżeńskiej relacji przepełnionej kłamstwami i wyobrażeniami sprzed lat. Gillian Flynn przywróciła mi wiarę w piszące kobiety, jak widać potrafimy stworzyć coś bardziej ambitnego od ckliwych romansideł. Dla mnie Zaginiona dziewczyna jest najlepszym kryminałem jaki przeczytałam w ubiegłym roku. Recenzja trochę później właśnie ze względu na ekranizację, którą obejrzałam dopiero teraz i chciałam zobaczyć, jak  reżyser sobie poradził i czy bardzo będę ubolewać.


Nie(stety) kolejne zaskoczenie i nie mam co krytykować – David Fincher (reżyser takich filmów jak Dziewczyna z tatuażem i Ciekawy przypadek Benjamina Buttona) stworzył naprawdę dobrą ekranizację. Dla osób, które czytały powieść jest to idealne dopełnienie historii Amy i Nicka. Po pierwsze – rewelacyjnie dobrani aktorzy, Ben Affleck i Rosamund Pike w rolach głównych to trafny wybór. Nawet Emily Ratajkowski, która została zaangażowana do roli drugoplanowej całkiem nieźle gra i nie tylko dzięki pokazywaniu piersi, w czym jest świetna na co dzień. Zabiegiem, który sprawdził się w tym filmie to kręcenie scen z dwóch punktów widzenia (tak jak w powieści), zdanie żony przeciwko zdaniu męża. Dzięki temu nic nie jest oczywiste i przez cały czas odbiorca zadaje sobie pytanie „Winny czy niewinny?”. O filmie było w mediach głośno i moim zdaniem słusznie, jest to jeden z lepszych filmów 2014 roku. Nie mogę jednak całej zasługi przypisywać reżyserowi, Fincher dostał świetny materiał i przy tworzeniu współpracował z Flynn, miał ułatwione zadanie. Mimo wszystko oddał założenia książki – pokazał małżeństwo jako cyniczną i przerysowaną instytucję. Pod lupę zostały wzięte również amerykańskie media, które z łatwością żerują na ludzkiej krzywdzie i z dnia na dzień zmieniają swoich ulubieńców.



Podsumowując Zaginiona Dziewczyna w wersji papierowej i filmowej jest godna polecenia. Dla mnie jednak fascynującym odkryciem jest Gillian Flynn, kobieta posiada bowiem wielki talent. Tak wiem, że jest to czytadło, ale na naprawdę dobrym poziomie. 

sobota, 17 stycznia 2015

Wielki Gatsby / Francis Scott Fitzgerald, 1925 (książka) Baz Luhrmann, Craig Pearce, 2013 (film)

 Fitzgerald to jeden z czołowych twórców tak zwanego straconego pokolenia, czyli pisarzy amerykańskich, którzy jako młodzi mężczyźni walczyli w Europie w latach 1914-1918, a później nie potrafili się odnaleźć w rodzinnych stronach. Najbardziej charakterystycznymi dziełami tej generacji jest Pożegnanie z bronią Ernesta Hemingwaya oraz Żołnierska zapłata Williama Faulknera.

Po I wojnie światowej nastąpiła duża zmiana w postrzeganiu świata. Przestano ufać w to, że rozwój i postęp nauki, technologii i instytucji społecznych prowadzi ku lepszemu i łatwiejszemu życiu, oraz w świetlaną przyszłość – przecież w czasie I wojny światowej te wszystkie wynalazki i odkrycia zostały wykorzystane przeciwko człowiekowi. Większość mitów europejskich została skompromitowana. Kryzys wpłynął znacząco także na narrację, zaszła bardzo głęboka zmiana języka literackiego. Dotyczy to po pierwsze kwestii tematyki, po drugie tego, co futuryści nazywali uwolnieniem słów. Postulowano słowa na wolności - w dziedzinie składniowej i wersyfikacyjnej. 

Francis Scott Fitzgerald to pisarz i scenarzysta filmowy, który wraz z żoną wiódł bujne życie towarzyskie w Stanach i Francji, zwłaszcza na Riwierze Francuskiej. Byli oni bohaterami setek anegdot i dziesiątków skandali, do których istnienia przyczyniała się często jego choroba alkoholowa. Znaczna część ich sporych dochodów szła na utrzymanie chaotycznej żony, a część na wychowanie i naukę ich córki, Scottie. Mimo romansów, Fitzgerald nigdy nie opuścił żony, a rodzinę uważał za najwyższą wartość.

Zaczynam recenzję od tych wszystkich informacji, ponieważ bez nich trudno chyba należycie zinterpretować Wielkiego Gatsbego, którego wygrzebałam w supermarkecie z kosza z przecenami. Najwyraźniej książka bez filmowej okładki nie sprzedawała się wystarczająco dobrze... niektórzy twierdzą, że wydawanie klasyki literatury z okładkami filmowymi jest nieco niesmaczne, myślę jednak że sam Fitzgerald jako scenarzysta filmowy wcale by się o to nie obraził. Wszak literatura to teraz tylko biznes, a Wielki Gatsby był ekranizowany pięć razy: z czego ostatnio w 2013 roku i niewątpliwie to ta ekranizacja przywróciła go światu. Moją złotą zasadą jest: najpierw książka, potem film, co nie zmienia faktu, że bardzo doceniam wpływ kinematografii na czytelnictwo. Większość osób zachwyconych po ekranizacji książką Fitzgeralda, bez DiCaprio nigdy by po nią nie sięgnęła. Teraz to filmowcy, a nie krytycy literatury czy nauczyciele ratują wielkich od zapomnienia. 
Wielki Gatsby jest raczej malutką książeczką, spokojnie mieszczącą się na dwustu stronach i w dwóch godzinach intensywnego czytania. Za to doznań i myśli przewodniej wystarczy nam na znacznie dłużej:

Zanim kogoś ocenisz, musisz uświadomić sobie, że on nie jest tobą i że nie wszyscy ludzie na świecie mieli takie same możliwości jak ty. 

Zaczyna swoje wspomnienia narrator, pochodzący z dobrego domu makler giełdowy Nick Carraway. Właśnie przeniósł się do Nowego Jorku i opowiada nam historię swojego bogatego, obdarzonego podwójną moralnością środowiska młodych Amerykanów w okresie prosperity po I wojnie światowej. Amerykanów, którzy nigdy nie musieli zapracować na swój sukces, ponieważ pochodzili z odpowiednich rodzin, gdzie wszyscy znają wszystkich. Ich życie mija na jeździe konnej, wynajmowaniu apartamentów i wielkich przyjęciach, z których najokazalsze wydaje sąsiad Nicka, Gatsby. Gatsby, o którym towarzystwo nie wie nic, za to bardzo chętnie o nim opowiada. Gatsby, który z jednej strony organizuje huczne przyjęcia, a z drugiej jest skromnym i skrytym człowiekiem, czego przeciętny przedstawiciel środowiska nie potrafi zaakceptować. Środowiska, w którym przyjaźnie muszą się opłacać, bycie bohaterem wojennym nie wystarcza, aby zdobyć szacunek, a miłość przelicza się na dolary. Przyjaźń między Nickiem, a Gatsbym odkrywa przed tym pierwszym zakłamanie i zubożenie duchowe ludzi z którymi obcują. 

Gdy byłem już przy żywopłocie, odczułem nagłą potrzebę powiedzenia mu jeszcze czegoś. Odwróciłem się i powiedziałem:
- Nie przejmuj się tak, Jay. Jesteś więcej wart, niż oni wszyscy razem wzięci.

A sam Gatsby, mimo niewyjaśnionej przeszłości i zakłamanej, nielegalnej teraźniejszości, z nich wszystkich wydaje się najbardziej przyzwoitym: jedyny posiada prawdziwie ludzkie emocje, choć ocierające się o szaleństwo. Największym jego pragnieniem jest to najmniej osiągalne: rozpoczęcie wszystkiego od początku w poszukiwaniu sensu. Jest jedyną osobą, która jeszcze ma o czym marzyć i dąży do spełniania tych marzeń, zamiast żyć z dnia na dzień, nie wnosząc na świat nic nowego. 

Tak oto nieprzerwanie dążymy naprzód – pod prąd, który nieubłaganie spycha nas z powrotem i każe dryfować w przeszłość. 

Fragmentem, który najbardziej utkwił mi w pamięci jest ten, w którym jeden z bohaterów w napadzie szaleństwa myli reklamę... z Bogiem. Przekaz wydaje mi się jak najbardziej aktualny.

Mnie może oszukać, ale nie oszuka Boga. Poprowadziłem ją do tego właśnie okna i kazałem patrzeć w te oczy – Wilson wskazał na wynurzające się zza okna ogromne oczy doktora T.J. Eckleburga – Możesz oszukać mnie, ale nie oszukasz jego – powtórzył.

Co do filmu z 2013 roku... no cóż. Jest ładniusi i widać, że twórcy bardzo się starali zrobić na nas wielkie wrażenie i ukazać przepych świata Gatsbiego. Niestety, może ze względu na to, że zawsze bardziej oddziałuje na mnie słowo pisane niż obraz, nie odnalazłam w nim tej głębi co w powieści. Ekranizacja okazuje się być tylko udanym show ze świetną obsadą i kostiumami. Jeśli widzieliście Moulin Rouge, wiecie czego się spodziewać. Gatsby to przede wszystkim książka i jej tajemniczy bohater, potem długo długo nic i dopiero ładniusia twarz DiCaprio. Wydaje mi się również, że scenarzysta chciał nam przekazać Gatsbiego zbyt łopatologicznie, nie dając szans na samodzielne odkrycie jego sensu, a to co subtelne w powieści przerysowano i ubrano we wściekłe, komiksowe kolorki. Odarto ją z szyku, obdarzono erotyką i odrobiną agresji, w porównaniu z większością współczesnych filmów – malutką, w porównaniu jednak do książki zupełnie niestosowną.

Wróciłem z Nowego Jorku zniesmaczony. Zniesmaczony wszystkimi i wszystkim. Tylko jeden człowiek mnie nie brzydził.

Jeśli obejrzycie film przed przeczytaniem książki ma sporą szansę was zachwycić. Jeśli zrobicie na odwrót – rozczaruje was w ciągu kilku pierwszych minut. Tak to już z molami książkowymi jest, że ekranizacjom świetnych lektur stawiamy poprzeczkę bardzo wysoko.
Wielki Gatsby książka, otrzymuje ode mnie 9/10 punktów, a film dzięki świetnym zdjęciom 6/10 (co klasyfikuje go jeszcze do tych oglądanych z przyjemnością).