Pokazywanie postów oznaczonych etykietą komedia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą komedia. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 29 września 2016

Mały światek Don Camillo i jego trzódka / Giovannino Guareschi, 1948

- Panie Jezu, na świecie jest za dużo rzeczy nie w porządku.
- Nie sądzę - odpowiedział Chrystus. - Na świecie tylko ludzie są nie w porządku. Cała reszta funkcjonuje bez zarzutu.

Tym krótkim dialogiem rozpoczęłam swoją przygodę z przeuroczymi opowiadaniami Guareschiego i już wiedziałam, że będzie to przepyszna lektura. Do niczego nie mam chyba tak dobrego nosa jak do książek, a zwłaszcza już tych starszych, z zamierzchłych czasów gdy autorzy dbali o narrację i smak tego co pisali, a nie tylko o pędzącą na łeb na szyję akcję. 

Uwielbiam książki, których autorzy nie czuli się w obowiązku konkurować z filmami rodem z Hollywood, a wręcz przeciwnie - wiedzieli, że odpowiednio poprowadzona książka może ofiarować odbiorcy dużo więcej niż odrobinkę kolorowego zapomnienia. Muszę przyznać, że od bardzo dawna nie czytałam niczego tak pogodnego jak dziełko wąsatego Włocha i od dawna nic nie potrafiło mnie tak rozbawić, rozczulić i momentami nawet wzruszyć. 

Zdecydowanie warto sprawdzić, czy pokładający ufność w Bogu i w pięści wiejski proboszcz zawitał do Waszej biblioteki i czy przypadnie Wam do gustu tak jak mi.

Giovannino Oliviero Giuseppe Guareschi urodził się w 1908 roku, a zmarł w 1968. Był włoski pisarzem, dziennikarzem i satyrykiem, jedynym ojcem pokochanego przeze mnie Don Camilla, którego przygody nawet zekranizowano (pierwszy raz w 1952 roku). Niesforną postać niepoprawnego, zaangażowanego politycznie księdza, umieścił w wiejskim probostwie nad rzeką Pad wśród rozrabiaków, bogaczy i komunistów.

Historia Don Camilla to nieustanny spór z panoszącymi się na wsi komunistami, ale również - gdy zachodziła taka potrzeba - zawierania z nimi paktów o nieagresję, a nawet wzajemna pomoc.

Don Camillo, rubaszny postawny ksiądz o wielkiej pasji do polowań i równie wielkim sercu, jest w stanie zrobić wszystko, aby uratować dusze swoich niesfornych owieczek. Nawet, jeśli trzeba w tym celu od czasu do czasu przetrzepać komuś skórę. Jego największy przeciwnik Peppon - wójt gminy, komunista i antyklerykał równie wiele chce czynić dla uciskanych przez Watykan i bogaczy proletariuszy. Czasem, mimo wzajemnej niechęci muszą stawać po tej samej stronie barykady; tak że czytelnik nie wie nigdy, czy są wrogami czy też najlepszymi przyjaciółmi.

I tak się właśnie powoli żyje na tej małej, włoskiej wsi, gdzie nieustannie zdarzają się małe cuda, a proboszcz codziennie dyskutuje z ukrzyżowanym Chrystusem. Książka zdecydowanie nadaje się dla wszystkich, którzy lubią dobrze napisane obyczajówki oraz posiadają choć szczątkową wiedzę historyczną. Ode mnie dostaje 8/10 punktów za ten mądry, wrażliwy rodzaj humoru, który tak rzadko spotyka się w dzisiejszych książkach.

Po odprawieniu porannej mszy podbiegł do Pepona i znalazł go w warsztacie. Ten, ledwo go ujrzał, wykrzywił się jak ktoś, kogo chwyta nagle potworny ból zębów.
- Peppone - powiedział don Camillo - nie przydałby ci się czołg?
Peppone spojrzał na niego ponuro.
- Jeśli jest ciężki, a ksiądz stanie nieruchomo to i owszem.


poniedziałek, 19 września 2016

Bridget Jones's Baby / Sharon Maguire, 2016

Bridget Jones to jedna z tych komedii romantycznych, które oglądają nawet bohaterki komedii romantycznych. Nic w tym dziwnego - nawet taka zimna kobieta jak ja widziała ją jedynie jakieś kilkanaście razy, dwójkę darząc niemal takim samym uwielbieniem. W Bridget mamy bowiem wszystko to, czego pragniemy, a do czego wstydzimy się przyznać: nieidealną kobietę popełniającą wpadki i dwóch idealnych mężczyzn, którzy za nią szaleją. Formuła ta sprawdziła się w 100% w poprzednich częściach, więc czemu teraz twórcy mieliby z niej zrezygnować?

Dlatego, że jej okrutna matka, Helen Fielding popełniła tak straszną trzecią część książki, że absolutnie nikt nie chciałby oglądać jej adaptacji?

Nonsens. Wystarczy zupełnie nie odwoływać się do nieudanych książkowych pomysłów!

Dlatego, że aktorzy są już... hm... mocno dojrzali i wpadki w stylu dawnej Bridget mogłyby być nieco niesmaczne?

Nonsens.
Podwójny, zwłaszcza że pan Darcy z roku na rok jest coraz piękniejszy (czego nie można powiedzieć o
Danielu Cleaverze, którego na całe szczęście wymieniono na nową, świeżą postać milionera i specjalisty od miłości Jacka Qwanta). Bridget natomiast, choć zmieniona, bardziej inteligentna, dojrzała i seksowna, nadal jest tą samą nieradzącą sobie w sprawach miłości zagubioną dziewczynką. 

Do tego dodajmy kilka ról pobocznych zagranych przez wyśmienitych aktorów, naprawdę zabawne dialogi i udane żarty sytuacyjne, a wychodzi nam komedia na której ze śmiechu trzęsie się sala kinowa (i słychać przy tym wyraźnie męskie, grube głosy). 

Po raz trzeci spotykamy Bridget, gdy jej życie ponownie się nie układa: siedzi samotnie na kanapie, świętując urodziny. Samotnie. Wszyscy jej dawni przyjaciele pozakładali rodziny i nie mają już dla niej czasu, a tylko jej się nie układa. Nic w tym dziwnego - nadal nie wyleczyła się do końca z miłości do Marka Darcego, z którym - wbrew wszelkim oczekiwaniom - jednak nie wzięła ślubu i nie urodziła mu gromadki dzieci. Nie podejrzewa jednak, że jej życie do góry nogami moga wywrócić dwie ekologiczne, przyjazne delfinom... prezerwatywy.

Więcej nie zdradzę, powiem tylko jedno: do kina iść warto, a nawet trzeba. Film zachowuje idealne proporcje między komedią, a romansem. Sceny zabawne przeplatają się z poważnymi i ckliwymi w odpowiednich momentach - widzowie na przemian wybuchają śmiechem i milkną oczarowani. Niektórzy nawet wycierają po kryjomu oczka w husteczkę. Wspaniałą wiadomością dla wszystkich fanów angielskiego kina jest grająca charakterną panią doktor Emma Thompson, a dla wszystkich fanów angielskiej muzyki - grający samego siebie pewien uroczy rudzielec. 

Bridget Jones 3 dostaje od Brudnopisa 9/10 punktów. Brudnopis zamierza obejrzeć ją jeszcze raz.

I jeszcze raz...

I jeszcze...

Zapomniałabym jeszcze dodać coś niezwykle istotnego dla piękniejszej części publiczności:

Ach, panie Darcy!





wtorek, 16 sierpnia 2016

Sausage Party / Conrad Vernon ; Greg Tiernan, 2016

Nie będę ukrywać, że z Sausage Party wiązałam bardzo duże nadzieje: zaraz po powrocie z Pragi (płatne toalety w muzeach to najbardziej zaskakująca rzecz, jaką widziałam w Czechach) pobiegłam do kina. Niestety, okazało się, że nadzieje okazały się płonne: mamy w tej animacji kilka naprawdę mocnych, politycznie niepoprawnych kawałków, nie jest to jednak tak fantastyczny film na jaki się zapowiadała. Wszystko co najlepsze widzieliśmy już w zwiastunie. Reszta to kompilacja humoru jaki znamy z bardzo wielu komedii. Tyle że zamiast ludzi mamy do czynienia z jedzeniem. Tylko tyle i aż tyle, bo sam pomysł był fantastyczny - można jedynie ponarzekać na wykonanie.

Głównych bohaterów poznajemy podczas otwarcia supermarketu: wszystkie produkty cieszą się na myśl, że zaraz pojawią się w nim bogowie, one zostaną wybrane i przekroczą drzwi marketu, za którymi czeka ich kraina szczęśliwości: w której nic nie ulega przeterminowaniu i nikt nie jest wyrzucany do kosza. Niespodziewany kataklizm skłania jednak głównych bohaterów do poszukiwania prawdy na temat tego, co czeka za drzwiami marketu i kim w ogóle są. Okrutna prawda mobilizuje pana Parówkę i jego cudną, seksowną Bułeczkę do stoczenia nierównej walki z bogami. A gdzieś za sklepową półką czai się rządny zemsty żel intymny... 

No i cudnie, no i wspaniale! Zwłaszcza jeśli dodamy do tego fantastycznie kolorowe, bardzo udane animacje i świetnych podkładających głos aktorów. Szkoda tylko, że to wszystko co miało być w animacji Hardkorowe ogranicza się tylko do przekleństw i jednej, końcowej sceny... reszta to tylko naśmiewanie się z różnych kultur, religii i różnic które mamy przecież w wielu komediach i nie są one bynajmniej 18+. Możliwe więc, że albo Brudnopis jest już na to wszystko uodporniony, albo film mógłby być spokojnie 16+, a grożenie czego to tam nie będzie strasznego i tylko dla dorosłych było po prostu chwytliwym marketingiem. Dla mnie kiełbaski to całkiem udany film do jednokrotnego obejrzenia w domowym zaciszu. Dupy jednak nie urywa i dostaje ode mnie 6/10 punktów. Przy niejednej animacji dla dzieci bardziej się uśmiałam.



niedziela, 17 kwietnia 2016

Zupełnie Nowy Testament / Jaco Van Dormael, 2015

Co by było, gdyby Bóg nie był jednak miłym staruszkiem
z brodą, siedzącym na niebieskim tronie i czekającym na nasze dusze z otwartymi ramionami? Co, jeśli nie ma przystojnej
i mądrej twarzy Morgana Freemana? Co, jeśli tak naprawdę stanowi paskudne, złośliwe i skłonne do przemocy połączenie Ferdynanda Kiepskiego z Alem Bundy'm? Jeśli stworzył nas sobie do zabawy, nasze dane znajdują się w wielkim katalogu kartkowym i w przestarzałym komputerze, a on robi nam psikusy, bo znudziła go już własna rodzina i własne dzieci?
A przede wszystkim: wieczność?

Na początku Bóg stworzył Brukselę. Później różne zwierzęta, ale okazały się niewystarczająco zabawne. Długo się trudził, aż wyszło mu coś takiego jak człowiek: uniwersalna zabawka, przekonana o swojej autonomiczności. 

Boga poznajemy podczas kryzysu rodzinnego: syn już dawno się zbuntował i wyprowadził z domu, widoczne jest jak bardzo go wszystkim brakuje. Pojawia się w magiczny sposób tylko gdy potrzebuje go młodsza siostrzyczka - Ea. Ea ma dziesięć lat i serdecznie dość tego, jak ojciec traktuje swoje mrowisko. Gdy ten śpi upojony piwem wkrada się do jego gabinetu, zdradza ludziom największy dotyczący ich sekret i ucieka na ziemię, aby tworzyć Zupełnie Nowy Testament. Losowo wybiera sześciu nowych apostołów, którzy tym razem będą opowiadać o sobie samych. Są to zazwyczaj opowieści bardzo smutne i bolesne, przedstawiające całkowicie zwyczajny świat. Przez wyjawienie największego sekretu, ludzie zaczynają podejmować nowe decyzje, wkraczać na zupełnie nieznane dotąd tereny i odnajdować szczęście. 

Zupełnie Nowy Testament to jeden z tych filmów o których zupełnie nie wiem, czy mi się podobają czy nie. Świetnie nakręcony, z zabawnymi dialogami, mimo wszystko pokazujący wiele prawdy na temat życia wszystkich z nas. Z drugiej jednak strony prześmiewczy w stosunku do religii chrześcijańskiej, co akurat mnie nieco razi - zwłaszcza, że produkcja jest belgijsko-francusko-luksemburska. Może następna cześć powinna być o tym, gdzie mieszka Allah?
Zdaję sobie sprawę, że takie przedstawienie Boga jest zabiegiem artystycznym, że jest to jedynie wariacja na temat co-by-było-gdyby, uważam jednak, że w porównaniu z bogami innych religii, ten w którego wierzę jest w ten sposób "wykorzystywany" w najczęstszy (niesprawiedliwie?) sposób. Nie da się jednak ukryć, że większość oglądanych przeze mnie filmów i czytanych książek pochodzi z kręgu kultury judeochrześcijańskiej, a nawet dobrym autorom ciężko uciec od narzuconych przez miejsce pochodzenia myślowych standardów. Tworzymy o tym, co nie jest nam obce. Dlatego zawsze jeśli chodzi o sztukę daleka jestem od upatrywania w niej antychrześcijańskich pobudek. Co innego z innymi aspektami życia społecznego. 

To, co wkurzyło mnie osobiście, jako niepoprawnego grafomana, to jeden z pozoru nieistotny detal: gdy siedem lat temu napisałam książkę fantasy, w której bohaterowie przenosili się do świata elfów poprzez pralkę nastawioną na wirowanie, od jednego z wydawców usłyszałam że to "za śmieszne"
i że "niepotrzebnie silę się na dowcip". Za to jak Bóg wypełza ze swojego kosmicznego mieszkania do Brukseli, poprzez pralkę nastawioną na syntetyki, to wszystko jest w porządku... Wrrrr....

Zupełnie Nowy Testament otrzymuje ode mnie 7/10 punktów. za kilka naprawdę świetnych motywów. I za to, że wbrew pozorom, nie jest taką całkiem głupią komedią. Dziwi mnie, jak wiele osób twierdzi, że to najgorszy film, jaki w życiu widziało. Najwyraźniej albo ja doszukuję się w nim za dużo ukrytych znaczeń i mam spaczony gust, albo wszyscy za bardzo przyzwyczailiśmy się
do amerykańskich i angielskich produkcji komediowych i inny styl narracji już nas uwiera. 



niedziela, 17 stycznia 2016

Przez śmiech do lepszego małżeństwa / Mark Gungor, 2012

Tym razem coś naprawdę nietypowego: nie będzie to książka, ani film, ani wydarzenie kulturalne ani nawet płyta z muzyką. Dziś zachwycony i rozbawiony do łez Brudnopis chce wam zaproponować ... seminarium małżeńskie! Co prawda z jego fragmentem zetknęłam się już kilka lat temu, ale jak to w życiu bywa dobre rzeczy wracają do nas i to w jeszcze bardziej wypasionej wersji: tym razem, pod namową przyjaciółki obejrzałam wszystkie trzy części występu Gungora, a teraz chcę posłać jego pozytywne nastawienie dalej. Czyli Wam - bo przecież nie musimy nieustannie trwać w świecie fantazji, prawda? Od czasu do czasu warto dostać w głowę solidną porcją faktów dotyczących naszego codziennego życia, a jeśli w dodatku będziemy śmiać się przy tym do łez to tym lepiej? Po kolei jednak.

Mark Gungor jest przede wszystkim pastorem, ale również jednym z najbardziej znanych mówców i doradców w obszarze relacji damsko-męskich w USA. Nie tylko prowadzi seminaria, ale również audycje radiowe, występuje w programach telewizyjnych i pisze książki. Na seminariach jednak z największą dumą wspomina o tym, że wziął ślub w wieku osiemnastu lat, a jego małżeństwo trwa już prawie czterdzieści. Jego wykłady cieszą się ogromnym powodzeniem głównie z uwagi na jego zdolności aktorskie i poczucie humoru. 

Mnie osobiście najbardziej urzekł interesujący sposób, w jaki potrafi opowiadać o rzeczach całkowicie zwykłych. Oczywiście, większość z nas zdaje sobie sprawę z istnienia zjawisk, o których mówi, jednak nie uświadamiamy sobie jak wielki wpływ mają one na nasze życie. Gungor operuje stereotypami w tak cudowny sposób, że mamy przed sobą trzy godziny nieustannego chichotu. Szczególnie ci z nas, którzy są po ślubie, albo po prostu żyją w związku od dość długiego czasu i wiedzą jakie potrafi być to upierdliwe... Gungor wyszarpuje kobietom ich romantyczny obraz wyimaginowanego związku i wymienia na sprawdzone triki, dzięki którym ten realny facet będzie choć trochę bardziej do zniesienia. Przy okazji depcze męskie ego uświadamiając panom, że NIE! NIE JESTEŚCIE TACY FANTASTYCZNI, JAK WAM SIĘ WYDAJE!!!

Seminarium podzielone zostało na trzy części: 

• Opowieść o dwóch mózgach – czyli czemu ona wszystko pamięta, a jemu trzeba ciągle powtarzać to samo...

• Klucz do niesamowitego seksu – pięć rzeczy, o których powinien pamiętać każdy mężczyzna, jeśli nie chce być zaniedbywany przez swoją kobietę i kolejne kilka o tym, co my kobiety możemy ugrać, wskakując od czasu do czasu w seksowną bieliznę :)
• Jak razem żyć i się nie pozabijać –pod koniec troszkę poważniej (ale tylko troszkę) o tym, że trzeba nauczyć się naciskać w związku przycisk reset zanim będzie za późno.

Jeśli chcecie dać zaprzyjaźnionej parze coś niezwykłego w prezencie (chociażby ślubnym) te DVD nadają się do tego idealnie. Będą nie tylko oryginalnym i zabawnym podarunkiem, ale może rzeczywiście pomogą im uniknąć wspólnych problemów w przyszłości i rozwiązać te, które już mają. W dodatku na wesoło, czy może być coś lepszego?

Przez śmiech do lepszego małżeństwa dostaje od Brudnopisa 8/10 punktów. W ten weekend oglądałam to już dwa razy - za pierwszym razem sama, później (zgodnie z zasadami Gungora) zmusiłam do tego swojego faceta. Drogie Panie, nawet jeśli najpierw będzie się opierał, później będzie śmiać się z Wami. Gungor, mimo że jest pastorem opowiada jak najlepszy kabareciarz i to w dodatku świństwa! Wasz mężczyzna będzie zachwycony! Jedynym minusem jest to, że będzie mógł wykorzystać je przeciwko Wam... ja już wczoraj miałam taką sytuację.
- Bla bla bla bla!!!
- Oglądałaś seminarium! - wyciągnięty w stronę mojego nosa oskarżycielski paluch - Nie możesz tak do mnie mówić!
Auć!

sobota, 9 maja 2015

Głosy / Marjane Satrapi, 2014

Film (8/10 punktów) odkryty niedawno i troszkę przypadkowo. Polską premierę miał już w lutym, trudno jednak odnaleźć się w gąszczu kinowych propozycji całkowicie samotnie i wyszperać coś ciekawego. Łatwiej byłoby, gdyby nasz kot lub pies cokolwiek nam podpowiedział... grunt, żeby się ze sobą nie sprzeczali, to wydaje się miejscami nie do zniesienia.

Głosy, należące do zwierzaków podszeptują człowiekowi różne rzeczy. Psy na przykład namawiają do przyznawania się do winy. Nie mogą ci nic zrobić, Jerry, jesteś dobrym chłopcem, tylko troszkę się pogubiłeś. Jelenie za to bardzo nie chcą męczyć się przed śmiercią i proszą, aby skrócić ich cierpienia. Koty, jak to koty, są naprawdę złośliwe i do tego potwornie świntuszą. Bardzo dobrze dogadują się chyba z głowami w lodówce. Mimo nieustanego rozgardiaszu w domu zawsze jest wesoło: niby tylko ty jesteś człowiekiem w jednym kawałku, ale zawsze masz z kim pogadać. Najgorsza byłaby samotność, prawda Jerry?  Samotność przychodzi, gdy zażyje się lekarstwa, dlatego należy powiedzieć trochę mniej prawdy psychiatrze o głosach... Jakie głosy proszę pani, nie ma żadnych głosów. W pracy wszyscy mnie bardzo lubią, dużo pomagam, lubię fabrykę wanien, jest tak kolorowo i różowo! Jest nawet jedna dziewczyna... 

Marjane Satrapi, irańska reżyserka o królewskim rodowodzie, serwuje nam prawie dwie godziny przedziwnego, przerażającego a zarazem niezwykle kolorowego widowiska. Są bajeczne kolory, są straszne czyny, są prześmieszne sytuacje zmuszające do poważnych przemyśleń. O tym, jak może wyglądać świat chorego psychicznie człowieka powstało bardzo wiele filmów. Bardzo mało z nich utrzymanych zostało jednak w kolorystyce rodem z Kopciuszka. Zwierzęta rozmawiają, głowy śpiewają, dom staje się nieznośny dopiero po przyjęciu obrzydliwych pigułek... świat, w którym mili chłopcy naprawdę są bardzo miłymi chłopcami. Jedynie troszkę się pogubili... świat w którym mili chłopcy robią trochę niemiłych rzeczy, ale do ostatniej chwili powoduje to przepiękne rzeczy. Wszyscy tańczą, nawet Jezus Chrystus i dawno nieżyjąca już matka. Głosy to przerażający, roztańczony korowód przedziwnych zdarzeń, w których morderca nas rozczula i przeraża jednocześnie. Rozczula, ponieważ ma przystojną lecz bardzo zafrasowaną i zawstydzoną twarz. Przypomina bardzo nieśmiałego chłopca, mimo że gra go z reguły powalający Ryan Reynolds. Przeraża, ponieważ pomimo wszystko jest bez winy. Przede wszystkim jest to jedna z najczarniejszych komedii, jakie dane mi było oglądać i robiłam to z szerokim, złowieszczym uśmieszkiem.

Głosy, opowieść w której najgorszą szelmą jest rudy kot, to coś o czym nie zapomina się szybko. To film o zagubionym chłopcu, któremu chcielibyście pomóc zakopać ciało. Nie szkodzi, Jerry, każdemu mogło się zdarzyć. Grrrrr aż ciarki przechodzą po plecach. Jeśli więc nie boicie się oglądać takich rzeczy wieczorem, dajcie Jerremu szansę opowiedzieć swoją historię. Zrobi to z początku dość nieśmiało, później może zbyt odważnie, ale zawsze barwnie i optymistycznie. I pamiętajcie – każdy słyszy głosy od czasu do czasu... niektóre mówią nam co powinnyśmy robić, inne to odradzają... jedno jest pewne. Nigdy nie słuchajcie kota. 

wtorek, 21 kwietnia 2015

Brudnopis / Siergiej Łukjanienko, 2008

Chyba nie muszę tłumaczyć, dlaczego taki megaloman jak ja wybrał na podróż pociągiem akurat tę książkę. Dobra, teraz wszyscy udawajmy, że jest to przedni dowcip. A na poważnie, to naprawdę pomyślałam sobie: O! To może być książka o jakiejś piekielnie urodziwej (czytaj: urodziwej jak to co z piekieł wypełza) nieprzeciętnie inteligentnej (bo do tego trzeba mieć IQ liczące aż 100) postaci gotowej na najbardziej nietypowe przygody. W razie gdyby ten Brudnopis mnie zawiódł mam na oku jeszcze jeden, polskiego autora z 2014 roku, ale samo nazwisko Łukjanienko wielbicieli fantastyki przyciąga. Totalnie zakochana w filmie, na podstawie jego bestsellerowej Straży Nocnej (nie mylić z tą napisaną przez świętej pamięci sir Pratchetta) nie mogłam ominąć okazji zapoznania się z jego kolejnymi pomysłami. Brudnopis to jedna z tych książek, które zaskakują pozytywnie i rozczarowują jednocześnie (i błagam, jeśli jeszcze raz zobaczę w jakimkolwiek tekście sformułowanie pozytywnie rozczarować to dostanę zdrowotnego wylewu). 

Kirył Maksymow niepozorny manager w firmie komputerowej, pewnego dnia wraca do swojej małej, acz przytulnej kawalerki w Moskwie i zastaje w nim brzydką, kłótliwą babę, która twierdzi, że mieszka w niej od trzech lat. Nie poznaje go jego ukochany pies, siedzący wygodnie na kanapie, a wstrętna baba posiada wszelkie dokumenty potwierdzające miejsce zamieszkania i nawet kupna psa. Wszystko wygląda na wielkie oszustwo w iście rosyjskim stylu, póki dokumenty Kiryła nie zaczynają znikać z urzędów (to akurat nie jest takie nietypowe), byłe dziewczyny i sąsiadki nie przestają go poznawać (najwyraźniej też są w spisku), jego dowód osobisty blednie i rozpada się w rękach (co za chłam) i nawet rodzice zaczynają twierdzić, że nigdy nie mieli syna, a już na pewno nie miał na imię Kirył (o matko! Coś złego się dzieje naprawdę!). Co dzieje się z biednym Kiryłem i dokąd go prowadzi? Otóż moi państwo, do pracy przymusowej. Ten szary człowieczek został powołany do zaszczytnej funkcji bycia celnikiem pomiędzy naszym światem, a światami równoległymi. Moskwa nie jest jedynie Moskwą, a stojąca w niej stara wieża nie jest zwykłą starą wieżą. Kirył ma pilnować przejść i pobierać cło. Brzmi fantastycznie? Niestety, każda praca przymusowa ma swoje wady, a już na pewno wtedy, gdy zaczynasz wsadzać nos w nie swoje sprawy. 

Brudnopis to zabawna, napisana lekkim, ale ciekawym stylem opowiastka, która z całą pewnością nie przemęczy waszych neuronów. Można machnąć całą w jeden wieczór, a wasze umysły pozostaną świeżutkie jak poranna bryza. Będziecie się przy nim bawić jak przy niezłej komedii, przetrawicie, wyplujecie i za tydzień nie będziecie pamiętać imion głównych bohaterów. Brudnopis nie jest tego rodzaju fantasy, które zostawi po sobie refleksyjny posmaczek na długie lata. To mój główny zarzut dotyczący tej książki: wszystkie powieści rosyjskie, które czytałam były właśnie lekkie i niefrasobliwe, co bardzo sobie cenię (fantastyka O jakie to wszystko skomplikowane, dowalę tu jeszcze więcej dziwnych słów żeby to unaocznić dawno mi się znudziła). Jednak w Brudnopisie, pomimo świetnego pomysłu i dobrego pióra, czegoś wyraźnie brakuje. Bohaterowie snują się po świecie (ściśle mówiąc: światach) zupełnie bez celu, opowiadając o tym co zjedli na śniadanie albo jaka piękna jest pogoda. Mam wrażenie, że potencjał głównego pomysłu i pióra został zmarnowany przez brak koncepcji poprowadzenia historii. Chyba, że Brudnopis taki ma być i taki jego urok. Nie wszystkie brudnopisy mogą być przecież tak idealne jak ja.

Łukjanienko dostaje ode mnie 7/10 punktów, z czego jeden za chwytliwy tytuł. 

niedziela, 1 lutego 2015

Słowo na M / Michael Dowse, 2013

Skusiłam się na ten film ze względu na Daniela Radcliffe'a w obsadzie. Przez siedem części Harry'ego Potter'a chłopak miał taką samą minę, ale w filmie Rogi zagrał bardzo przyzwoicie. Dałam Danielowi jeszcze jedną szansę, w dodatku Słowo na M to komedia romantyczna. Ckliwy Harry Potter? Idealny na leniwą niedzielę.

Wallace to przeciętny chłopak, mieszka w Toronto i ma najnudniejszą pracę na świecie – pisze instrukcje obsługi oprogramowania. Chciał zostać lekarzem i uczęszczał na staż medyczny razem ze swoją dziewczyną, niestety ona była bardziej zainteresowana igraszkami na zapleczu z bardziej doświadczonymi doktorami. Wallace po tych wydarzeniach zamyka się w sobie, rezygnuje ze spotkań ze kumplami, przesiaduje na dachu patrząc w gwiazdy i po raz setny ogląda Narzeczoną dla księcia. Nie chce już wierzyć w słowo na m, swoją czułość  i romantyzm ukrywa pod skorupą cynizmu. Wszystko jednak zmienia się, kiedy poznaje animatorkę Chantry. Wystarczyło kilka minut, by Wallace zdał sobie sprawę, że właśnie poznał kobietę swojego życia. Wszystko fajnie, tylko Chantry jest w związku z pięcioletnim stażem. Wallance nie chce stracić z nią kontaktu i zgadza się na friendzone, z którego jak wszyscy wiemy – nawet najsilniejsi nie wychodzą bez uszczerbku na zdrowiu psychicznym. Chłopak dzielnie trwa przy boku Chantry i jeszcze mocniej się zakochuje, a ona nie może się zdecydować, co zrobić – jak większość kobiet.

W swoim życiu oglądałam już dziesiątki komedii romantycznych opartych na motywie miłosnego trójkąta i Słowem na M jestem pozytywnie zaskoczona. Pomimo tego, że wiemy czego możemy spodziewać się po filmie, czyli happy endu i romantycznych uniesień, ogląda się z przyjemnością i powiedziałabym, że ze swoistą „świeżością”. Michael Dowse odchodzi od hollywoodzkiej konwencji komedii romantycznej i daje bohaterom świetne poczucie humoru, wiele wad i wygląd zewnętrzny pozostawiający wiele do życzenia, oczywiście jeżeli chodzi o przyjęty w dzisiejszych czasach kanon urody. Nie ma osobistych helikopterów, wystawnych przyjęć i zrozpaczonego kopciuszka, który staje się piękną księżniczką. Bohaterowie to zwykli ludzie, którzy zmagają się nie tylko z uczuciem, ale i codziennym życiem. Reżyser nie skupia się tylko na dobrej stronie miłości, pokazuje nam jak ciężko jest dokonywać wyborów i ile wyrzeczeń czeka na nas, jeżeli chcemy stworzyć dobry związek i jak ważna jest właściwa komunikacja międzyludzka. Nadawanie na tych samych falach to połowa miłosnego sukcesu - taką komunikację z kolei rewelacyjnie pokazują przemyślane i inteligentne dialogi. Uważam, że to jeden z najlepszych scenariuszy wśród komedii romantycznych, ironia przeplatana czułością, nie taką cukierkową i tanią w stylu „Czy bardzo bolało jak spadałaś z nieba?”. Nie bez powodu scenariusz filmu znalazł się na prestiżowej Czarnej Liście najlepszych scenariuszy. Podejrzewam, że nawet największym przeciwnikom komedii romantycznych, kilka scen wywołałoby szeroki uśmiech na twarzy. Ja śmiałam się w głos i spędziłam przyjemne 102 minuty. Do tego ostatnio mam szczęście do filmów ze świetnymi soundtrackami, nowo poznane piosenki już trafiły do ulubionych, szczególnie spodobały mi się utwory Patricka Watsona.



Daniel Radcliffe po raz kolejny udowodnił mi, że jednak potrafi grać, idealnie odnalazł się w roli sponiewieranego przez życie chłopaka z niemałym intelektem. Zachwyciło mnie jeszcze tłumaczenie tytułu filmu z angielskiego What if  mamy polskie Słowo na M. Film romantyczny, ale nie przesłodzony - tylko tak jestem sobie w stanie wytłumaczyć zjedzenie w trakcie seansu tony ciasteczek cynamonowych...


niedziela, 4 stycznia 2015

Vicious (serial telewizyjny) / Ed Bye, Mark Ravenhill ; 2013

Lubicie klasyczne brytyjskie sitcomy i ich charakterystyczny, zgryźliwy i momentami irracjonalny humor? I te seriale, które dzieją się praktycznie w jednym pomieszczeniu i do których nagrania potrzebni są tylko dobrzy aktorzy, scenariusz i rekwizyty wyciągnięte z mieszkania reżysera? Jeśli jesteście wielkimi fanami Monty Python'a, Vicious ma szansę was rozśmieszyć. Co prawda nie jest tak irracjonalny, ale klimat przedziwnych skojarzeń słownych i uszczypliwych dialogów pozostaje ten sam. Jeśli jednak nie spodoba wam się od pierwszej minuty pierwszego odcinka, nie traćcie więcej czasu. Vicious jest bardzo specyficzny i można go pokochać, albo znienawidzić. Przede wszystkim należy oglądać go w oryginale, nie znalazłam bowiem odpowiednio zabawnego tłumaczenia. Napisy mogą być jedynie pomocą, ale niejednokrotnie zarzynają dobre teksty aktorów

- Ja nigdy źle nie mówię o twojej matce!- Ponieważ moja matka miała na tyle przyzwoitości, żeby w porę umrzeć!

Nastąpił okrutny czas dla recenzji książkowych. Brudnopis jest ledwo ciepły – temperatura ciała mierzona z poduszką elektryczną zawiązaną na szyi (którą może poruszać tylko w przód i w tył) wynosi 35,8 i ma marne szanse podskoczenia. Kara za grzech pychy (jeszcze dwa tygodnie temu chwaliłam się wszem i wobec, że jestem okazem zdrowia i od lat nie choruję) sprawia, że z trudnością podaję adres swojego mieszkania zamawiając pizzę. Jeśli w tej recenzji wystąpią ewidentne błędy to nie z mojej winy, tylko przez zupełnie nieskuteczne leki bez recepty. 

Tak ci strzelało w krzyżu, iż myślałem, że robisz popcorn.

Zeżarłam dwa ząbki czosnku i wypiłam sok z dwóch cytryn. Jeśli nie pomogą, znaczy, że dopadła mnie śmierć. Dlatego nie nadaję się absolutnie do interpretacji tekstu i postanowiłam poświęcić się całkowicie komedii. Dwudziestominutowe odcinki pierwszego, siedmioczęściowego sezonu opowieści o parze podstarzałych homoseksualistów okazał się idealnym lekarstwem. 

Nigdy nie wiem kiedy posuwam się za daleko. Ale bardzo mnie cieszy, gdy to robię.

Śmiałam się, skrzecząc jak stare zawiasy. Freddie Thornhill (Ian McKellen) i Stuart Bixby (Derek Jacobi) są parą od prawie pięćdziesięciu lat i okazują sobie miłość tak, jak zwykł to robić Brudnopis – dogryzając. 

- Szczęśliwej rocznicy także dla ciebie- O, to jest dziś? Wiedziałem, że jest powód tego, że obudziłem się z odruchem wymiotnym.

Ktoś, kto tworzy inne, "klasycznie poprawne" relacje może uznać, że serial jest po prostu głupi. To coś dla kogoś, kto okazuje sympatię gryząc aż do krwi. Po pięćdziesięciu latach związku to chyba jedyna prawdziwa namiętność. W przypadku podstarzałego, grającego podrzędne role aktora i jego partnera, byłego barmana ta ironia i dogryzanie idealnie się sprawdzają. 

- Byłem w trasie z Szekspirem, jak mniemam- Racja, byliście starymi szkolnymi kumplami
Ich życie mija spokojnie na spotkaniach z równie leciwymi i dziwacznymi przyjaciółmi do momentu, aż pojawia się ich nowy, 22 letni sąsiad, Ash (Iwan Rheon).

-Często chodzisz do teatru, Ash?-Cóż, nie bardzo...-Ach oczywiście, jesteś młodym człowiekiem, robisz młodzieńcze rzeczy. Jestem niemal pewien, że mógłbym być twoim ojcem.-Mój ojciec ma 46 lat.- O! To tak jak ja – odpowiada Freddie Thornhill, któremu zapewne niedługo stuknie 80tka.

Vicious to esencja złośliwości i osobowości. Oprócz dwóch zgryźliwych tetryków mamy Violet Crosby, samotną seksoholiczkę czekającą na prawdziwą miłość, Asha Westona – wycofanego chłopaka z szemranego środowiska, Masona – trykającego jadem na lewo i prawo przyjaciela pary oraz ich przyjaciółkę z demencją – Penelope. Jest się z czego pośmiać, jeśli lubi się takie klimaty. A jeśli żaden z powyższych cytatów ani odrobinę was nie rozśmieszył nie zniechęcajcie się – aktorzy robią swoje. Więcej nie zdradzę, zajrzyjcie sami. Ja dziś rano skończyłam pierwszy sezon i z chęcią sięgnę po drugi, choć nie twierdzę że jest to wybitna komedia. Po prostu dobra, gdy naprzemiennie gotuje się i zamarza wasz mózg. Vicious dostaje ode mnie 7/10 punktów. Anglikom najwyraźniej seria spodobała się bardziej. Zadebiutowała 29 kwietnia 2013 osiągając już na starcie 5,78 miliona widzów, a pierwszy sezon został wydany na DVD w listopadzie 2013 roku.

sobota, 27 grudnia 2014

Mów mi Vincent / Theodore Melfi, 2014

Podobno scenariusz tego filmu w 2011 roku trafił na tzw. Czarną listę, czyli zestawienie najlepszych scenariuszy, które nie zostały jeszcze sfilmowane. Na tej samej liście znajdował się podobno również Django Quentina Tarantino. Obawiam się jednak, że Django był na początku, a Mów mi Vincent na końcu tej listy. Co prawda jest to zabawna historia przyjaźni wycofanego chłopca i jego podstarzałego sąsiada, ale nie jest to film, który odmieni Wasze życie. To nieco ponad półtorej godziny zabawnego, momentami wzruszającego, ale ogranego już scenariusza. 


Świąteczny Brudnopis jest jeszcze bardziej rozleniwiony, niezorganizowany i naburmuszony niż powszedni. Świąteczny nie oznacza dwóch dni, ale tydzień i to tydzień wyczerpującego snucia się w piżmie, zjadania jednego posiłku dziennie (który zaczyna się rano a kończy późno w nocy) i oglądanie nieustannie Doktora House. Jedyny tekst, który przyjmuje (i to w bardzo ograniczonych dawkach) to Władca Pierścieni. Dlatego właśnie wyciągnięcie mnie z domu i zmuszenie do włożenia sukienki to gargantuiczny wysiłek i niewielu potrafi tego dokonać. Może właśnie przez to Mów mi Vincent stał na z góry przegranej pozycji? Dlatego, że w dni wolne, gdy nie mam pracy staję się jeszcze bardziej nieznośna niż tytułowy Vincent? Vincent, który jest podłym draniem na wierzchu i miłym człowiekiem w środku? Cóż... spełniam przynajmniej jedno z tych kryteriów i wierzę głęboko, że moja śledziona jest sympatyczna. 

Film zjawił się w kinach niepostrzeżenie 12 grudnia (wyjątkowo zły moment biorąc pod uwagę, że wszyscy kinomaniacy przebierają nóżkami przed Hobbitem), a 22 grudnia sala kinowa była całkowicie pusta – tylko ja, mój przyjaciel i pudło popcornu. Nie powiem, żeby film ten zasłużył na taką ignorancję, nie jest to jednak coś, na co warto wydać pieniądze. Lepiej poczekać, aż zacznie lecieć w telewizji. 

Vincent (Bill Murray) mieszka sam i najlepiej bawi się sam. Jest starym zrzędą bez pracy, którego wszyscy tolerują, ale chyba nikt nie lubi. Pieniądze albo przepija, albo wydaje na wyścigi konne i swoją ulubioną Królową Nocy (Naomi Watts). Z drugiej strony mamy Olivera, dwunastoletniego chuderlawego chłopca i jego samotną matkę, Maggie, którzy wprowadzają się do domu obok. W wyniku niewinnego z pozoru zamieszania, Vincent zostaje baby-sitter Olivera. I tu zaczyna się proces wzajemnego oswajania, nauczania i lizania ran. Czasem jest śmiesznie, czasem łezka kręciła mi się w oku (choć to bardziej kwestia mojego, a nie filmowego nastroju), ale jeśli czytaliście/oglądaliście jakąkolwiek rzecz w tym stylu, to tak jakbyście poznali wszystkie. Nic tu nie poradzą świetne dialogi, miłe dla oka obrazy i dobrzy aktorzy. Tak to już jest z komediami z USA (choć ta akurat jest mądrą komedią i powiedziałabym, że nie jedna osoba, która za szybko osądza innych powinna ją obejrzeć) że się je ogląda, a potem szybko zapomina. I tak to z nimi jest, że przegrywają z piżamowym, jednoosobowym party z LOTR i House'm , zasługując na nie więcej niż 6 na 10 punktów. 

niedziela, 16 listopada 2014

Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął / Jonas Jonasson, 2012

 Allan miał dość życia, bo życie zdawało się mieć dosyć jego, a on nie był z tych, co się narzucają.
Allana Karlssona poznajemy w dniu jego setnych urodzin, gdy postanawia wyrwać się z nudnego domu starców, a konkretniej wyskoczyć przez okno i odjechać autobusem w kierunku nieznanym nawet sobie. Później przeżywamy z nim niesamowite przygody. Przygody związane z walizką wypchaną pieniędzmi, która "tak jakoś doczepiła się" do Allana na dworcu. Bezkonfliktowy   Allan niezwykle szybko nawiązuje przyjaźnie, pomimo tego, że oskarżony jest o mordowanie motocyklistów. Cóż... nie wszyscy są idealni, a ten staruszek ma przynajmniej wiele ciekawych historii do opowiedzenia. Czegoż to on nie zrobił dla prezydentów USA, Stalina czy chińskich komunistów? Allan nie próżnował przez okrągły wiek, jaki dane mu było przeżyć i chętnie dzieli się swoją historią z czytelnikami. Sekret jego bujnego i udanego życia? Być uprzejmym, pracowitym, poświęcać się całkowicie swojej pasji i pomagać każdemu, kto o tą pomoc poprosi. I oczywiście – trzymać się z daleka od ideologii i polityki. 

Wkrótce Allan i Julij zgodzili się co do tego, że prezydent Nixon niekoniecznie musi usłyszeć prawdę, wystarczy coś, co go uszczęśliwi. Bo szczęśliwy Nixon może uszczęśliwić Breżniewa, a jeśli obaj będą szczęśliwi, nie może przecież być z tego wojny?

W przypadku Allana i jego największej pasji – ładunków wybuchowych, nie opowiadanie się za żadną frakcją polityczną w ciągu trwania II Wojny Światowej oraz Zimnej Wojny, było doprawdy trudne. Jemu się jednak udało, nawet wtedy, gdy konstruował bomby atomowe. Dla każdego, kto sobie tego zażyczył. 

Allan szczerze próbował dalej streścić to, co powiedział tajny doradca Hutton. Mówił coś o tym, że Związek Radziecki zaatakuje Stany Zjednoczone bronią jądrową, albo że nie zaatakuje. Julij znów pokiwał głową i zgodził się, że pewnie tak jest. Albo tak, albo tak, z tym trzeba się liczyć. 
Już od pierwszych stron powieści nie mogłam pozbyć się skojarzenia z Mężczyzna imieniem Ove – najwyraźniej Szwedzi mają skłonności do zabawnego i lekkiego opowiadania o staruszkach. Może to nowa moda, a może potrzeba uświadomienia społeczeństwu jak ważni i ciekawi potrafią być starsi ludzie i jak ważna jest ich rola. W Szwecji, gdzie od lat rządzący starali się zmniejszyć rolę rodziny, a niektórzy przyznają się do chęci jej zniszczenia, taka literatura jest niezwykle ważna. Zwłaszcza, że te wszystkie pouczające przekazy ukryte są wśród świetnych, ciekawych historii, przezabawnych bohaterów i dobrej narracji. Jeszcze kilka takich książek i zostanę wierną fanką szwedzkiego sposobu pisania. Żadnego smędzenia, żadnych wielkich słów – czysta rozrywka i to w dodatku mądra rozrywka. Znacznie lepsza niż oglądanie tyłka Kim Kardashian, choć niejednokrotnie równie absurdalna.

Wprawdzie nie byłem trzeźwy – wyjaśnił pijak – ale nigdy nie jestem aż tak pijany, żeby nie przyjąć czterech butelek wina.

Co w Stulatku śmieszyło mnie najbardziej? Oczywiście, retrospekcje! Nie da się ukryć, że Jonasson odwalił kupę dobrej roboty, ośmieszając wszystkich dyktatorów (i prezydentów, choć w sumie co to za różnica?) i najważniejsze, historyczne wydarzenia polityczne XX wieku. Podręcznik to nie jest, owszem i lepiej nie czerpać z tej powieści żadnych informacji, ale dla kogoś kogo interesuje się historią najnowszą, te absurdy Jonassona to będzie prawdziwa gratka.

Drugie skojarzenie, wynikające z budowy fabuły (książka podzielona jest na wydarzenia współczesne i retrospekcje całego życia Allana) oraz charakteru głównego bohatera to Forrest Gump. Mówiąc o charakterze mam na myśli całkowite podporządkowanie się losowi, wielka uległość wobec spotykanych ludzi i oczywiście – bezinteresowna chęć pomocy, która sprawia, że zarówno Allan jak i Forrest przeżywają niesamowite przygody i są szczęśliwi. Nie można jednak na tej podstawie wnioskować, że Karlsson jest mało inteligentny – jest to zbyt wielkie uproszczenie, którego niestety dopuścili się twórcy ekranizacji Staruszka... Wręcz przeciwnie – sympatyczny bohater przez całe swoje życie wykazywał się niezwykłym sprytem. To, że twórcy adaptacji filmowej wyszli z założenia, że osoba ufna i chętna do pomocy musi być kretynem, stawia ich w jak najgorszym świetle. 

I tu dochodzimy do najgorszego ze wszystkich koszmarów, który przydarzył mi się wczoraj wieczorem – film Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął powinien być reklamowany jako "Prawdopodobnie najgorsza ekranizacja od czasów Władcy Pierścieni z 1978 roku." Film, w którym z ABSOLUTNIE WSZYSTKICH bohaterów zrobiono półgłówków (och Boże, a może nawet gorzej), źle dobrano aktorów, a ponad to w żaden sposób nie oddano klimatu książki. Oczywiście, tfu!rcy mogliby się zasłaniać wybiórczością wątków, której nie dało się uniknąć, aby zmieścić się w czasie i wprost barbarzyńską zmianą fabuły – ale to niczego nie zmienia. Nie jesteśmy przecież naiwni i wiemy, że można zrobić dobry film, ledwie bazując na powieści. Powiedziałabym nawet, że większości współczesnych adaptacji gładko się to udaje – ale nie tej. Najgorszy wieczór od bardzo dawna, nawet depilacja nóg dostarczyłaby mi więcej przyjemności. Wiem, że wielu kinomaniakom ten film się podobał, ale mogę ślepo strzelać, że nie czytali oni książki i zwyczajnie nie mają porównania. Jak można było powieść, przy której ryczałam ze śmiechu (chowając ją pod ławką na uczelni) zekranizować tak, że nie uśmiechnęłam się ani razu? Głównie dlatego, że obrażano w nim postacie, które zdążyłam pokochać? 

Stulatek to nie ten sam poziom co wzmiankowany już Ove, dlatego dostaje ode mnie 7/10 punktów. Za to jego okropna ekranizacja dostaje 3/10 punktów (w tym jeden za słonia i jeden za Stalina z Einsteinem).


PS: chciałabym też podziękować Agnieszce J za pożyczenie mi tej książki - ciężkie jest życie ubogiego blogera książkowego - choć i tak pewnie nie zajrzy do tego posta :)