Pokazywanie postów oznaczonych etykietą publicystyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą publicystyka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 listopada 2017

Czerwony rynek / Scott Carney, 2014

Czerwony rynek : na tropie handlarzy organów, złodziei kości, producentów krwi i porywaczy dzieci to niewątpliwie najbardziej przerażająca książka, jaką miałam w ręce od bardzo dawna. Tak przerażająca, że nie polecam jej osób o słabych nerwach i obrazowej wyobraźni. Mimo, że z niemal wszystkich opisanych przez Carneya procederów zdawałam sobie sprawę, przeczytanie książki tak dosadnej, a zarazem wyważonej, zawierającej zarówno dużo faktów jak i relacji naocznych świadków, bardzo obrazowej było niezwykle intensywnym przeżyciem. W ciągu trzech dni poświęconych tej książce nie byłam w stanie myśleć o niczym innym.

Wyobraź sobie świat, w którym cmentarze muszą być pilnowane, bo ludzkie kości wykorzystywane są bezprawnie do tworzenia pomocy dla studentów medycyny. W opuszczonych magazynach na odludziach pod sufitem zwisają suszące się ludzkie kręgosłupy. Wyobraź sobie świat, w którym kobieta jest warta tyle ile jej nerka - czyli marne grosze. Ta sama nerka na innym kontynencie będzie już warta fortunę. Wyobraź sobie świat, w którym sierocińce są przepełnione, ale na potrzebę zachodniego klienta porywa się dzieci ze szczęśliwych rodzin. Wyobraźcie sobie świat, w którym kobiety ryzykując życiem oddają swoje komórki jajowe, które po zapłodnieniu wszczepiane są kobietom po drugiej stronie świata, zamkniętych przez dziewięć miesięcy jak w więzieniu i poddawane przymusowemu zabiegowi cesarskiego cięcia. W końcu bogaty klient chce dostać swoje dziecko nie tylko odpowiedniej płci i koloru, ale również w konkretnym terminie. Świat, w którym narkomani zarażeni wirusem HIV oddają krew niezbędną do operacji, a inni składają ofiarę ze swojego ciała w świątyniach, które później sprzedają je za gigantyczne pieniądze na zachód. W końcu świat, w którym z bycia królikiem doświadczalnym czyni się zawód.

Jednym słowem świat, w którym w zależności od zasobności portfela jest się klientem, lub mięsem. 

A teraz należałby sobie uświadomić, że również należymy do tego świata, a co gorsze: nie można nic na to poradzić. Jak niemalże każdy aspekt ludzkiego życia, czerwony rynek również nie jest zagadnieniem z rodzaju czarno-białych. Autor w bardzo wyważony sposób zadaje pytanie, czy ludzkie ciało i to co wytwarza powinno podlegać zwykłym zasadom rynkowym i co można zrobić, aby ten rynek nie schodził do podziemi.

Jak dla mnie fascynująca i makabryczna lektura, z którą warto się zapoznać. 8/10 w skali Brudnopisa.

- Przyszłość to dzieci tworzone według określonego projektu (...) Matki zastępcze w Azji nosiłyby komórki jajowe superdawczyń z Ameryki, modelek z wysokim ilorazem inteligencji i dyplomami renomowanych uczelni (...) takie dzieci można by sprzedawać po milion dolarów za sztukę. 

wtorek, 31 października 2017

Tatami kontra krzesła / Rafał Tomański, 2017

O Japonii każdy z nas ma jakieś zdanie - każdy przecież kiedykolwiek coś o niej czytał lub oglądał. Dla jednych jest to cudowny i bajeczny świat dobrobytu: kwitnących wiśni, pięknych eleganckich gejsz, niezwykle niskiej przestępczości, pracowitości, honoru i oczywiście - technologii.

Dla innych to kraj samobójców, śmierci z przepracowania, automatów z używanymi majtkami nastolatek i zdziczałej pornografii.

Zainteresowanie młodych Polaków Japonią nie słabnie: wielu z nas uczy się języka, marzy o (niestety bardzo kosztownej) wycieczce do tego wyspiarskiego kraju, a w księgarniach znajdują się niewyobrażalne ilości japońskich komiksów dla młodzieży.

Nawet ja, mimo iż Japonia nie jest moim wymarzonym miejscem podróży, przeczytałam na jej temat kilka książek, obejrzałam kilkanaście filmów i zapoznałam się z niezliczoną ilością popularnonaukowych artykułów.

Tatami kontra krzesła to fantastyczna książka zarówno dla osób, które (podobnie do mnie) są laikami w kwestii kultury Japonii, jak i niezła rozrywka dla osób z nią obeznanych - ponieważ została po prostu dobrze napisana. Na tyle, że nie nudziłam się podczas odświeżania już dawno poznanych faktów. 

Rafał Tomański, co wcale mnie nie nobilituje, jest starszy ode mnie jedynie o 11 lat, a nie dość że dobrze pisze to jeszcze jest dziennikarzem, japonistą, zna się na technologiach, biznesie, jego książki są bestsellerami, jest lektorem bajek dla dzieci, obsługuje wielkie firmy, a nawet doradzał ministrowi [co można wyczytać na jego profilu autorskim na lubimyczytać]. Jednym słowem, takiemu brudnopisowi jak ja wypadałoby go znienawidzić. Najwyraźniej zafascynowała go nie tylko kultura Japonii, ale charakterystyczną dla tego narodu pracowitość postanowił wdrożyć w życie (chore!). 

Niemniej jednak postanowiłam wnieść się nieco powyżej (podobno charakterystycznej dla naszego narodu) zawiści i zazdrości i napisać, że tatami kontra krzesła dostarczyło mi dzisiejszego dnia bardzo dobrej i mądrej rozrywki.

Książka ta nie tylko zawiera bardzo dużo interesujących faktów podanych w przystępny i lekki sposób, ale autorowi udało się dokonać czegoś bardzo trudnego: pokazać dwoistość natury Japończyków, zarówno bez zachwalania jak i nadmiernego krytycyzmu. Autor pokazuje to, czego moglibyśmy się od Japończyków nauczyć, jak i to co robimy lepiej i dzięki czemu jesteśmy "zdrowsi". Z jednej strony zachwala piękno kraju i niezwykle wysoki poziom kultury, z drugiej strony nie wstydzi się pisać o tym, że młode Japonki nie zmieniają majtek. Jednym zdaniem: ta niespełna 300-stronicowa pozycja pokazuje bardzo ciekawe wycinki Japonii z jej blaskami i cieniami, dzięki czemu krytycy Japończyków mają okazję się nimi zachwycić, a ich wielbiciele odrobinę ochłonąć. 

Jeśli więc chcecie się dowiedzieć:
  • czemu Japończycy są coraz wyżsi, 
  • kiedy powstał pierwszy robot,
  • czemu Japonki chorują, gdy ich mężowie przechodzą na emeryturę,
  • jakie obrzydlistwa związane z nastolatkami można zakupić w japońskim sklepie,
  • skąd tak naprawdę wzięło się sushi,
  • co o cudzoziemcach myślą Japończycy,
  • dlaczego kobiety i mężczyźni jeżdżą w osobnych wagonach,
  • czy maszyny mają duszę,
  • czemu Japońskie telefony są brzydkie, a Japonki mają krzywe zęby
sięgnijcie koniecznie po książkę Rafała Tomańskiego.

Pierwsze wydanie ukazało się w 2011 roku, bardzo więc możliwe, że znajdziecie ją w swojej bibliotece. W skali od 1 do 10 tatami otrzymuje ode mnie 7 punktów. 

Niezamężna kobieta w Japonii już po dwudziestych piątych urodzinach
dostaje przydomek kurimasu keki, czyli bożonarodzeniowe ciasto.
Nazwa nawiązuje do tortu z truskawkami i bitą śmietaną, które bardzo krótko zachowuje świeżość. Jada się je przeważnie 25 grudnia - stąd też ukłon w stronę 25 roku życia młodej dla człowieka Zachodu, a zbyt starej już według Japończyków, kandydatki na żonę. 

sobota, 3 października 2015

Jądro dziwności : Nowa Rosja / Peter Pomerantsev, 2015


Wiesz, jeden z problemów z moim życiem w Londynie polega na tym, że gdy opowiadam, co mi się przydarzyło [w Rosji], ludzie uważają, że kłamię. (…) To wszystko jest po prostu zbyt dziwne.

Jak nie trudno zauważyć, Brudnopis lubi reportaże i książki podróżnicze. Jako ciekawa świata tchórzofretka, siedząc wygodnie w swoim fotelu na wsi, uwielbiam czytać o ludziach odważniejszych i bardziej utalentowanych od siebie, którzy na żywo oglądają to, co ja śledzę tylko na Google Earth. Z Rosją, dziką i dziwną miałam okazję zetknąć się już w Białej Gorączce – niezwykle działającym na wyobraźnię reportażu Jacka Hugo-Badera. O ile jednak Hugo-Bader oprowadza nas po świecie zwykłych Rosjan i ich małych, szarych miejscowościach, o tyle Pomerantsev wprowadza nas na salony. Bardzo dobrym, niepozbawionym walorów literackich stylem opowiada nam o życiu moskwian : również tych z pierwszych stron gazet i telewizji. Telewizji i gazet, które jak wszystko w kraju podlega tylko jednemu panu: dolarowi.

Rosjanie mają na łapówkę więcej określeń niż Eskimosi na śnieg. Ja sięgam po moje ulubione sformułowanie:
- Czy mogę skorzystać z okazji, by okazać panom mój głęboki szacunek?
- Oczywiście, że pan może – odpowiadają wilkołaki, nagle się uśmiechając i wsuwając szybko banknot pod daszek milicyjnej czapki.

Pomarantsev to brytyjski pisarz, dokumentalista, reżyser i producent filmowy rosyjskiego pochodzenia. Zagraniczne imię i fakt, że przyjechał z Londynu otwiera mu wiele drzwi, w tym w rosyjskiej telewizji, dla której zaczyna kręcić filmy dokumentalne. Bardzo szybko orientuje się, że filmy te w Rosji nie mają przedstawiać rzeczywistości. Pamiętaj, Peter, ma być optymistycznie. Tym mocniej jednak Pomerantsev zagłębia się w życie politycznej i biznesowej elity Rosji, tym trudniej myśleć mu o niej pozytywnie. Maszyna Kremla rzadko chce ci coś dać, a jeśli już to zrobi, bardzo szybko również odbiera. Jednego dnia jesteś zapracowanym, zadowolonym z życia przedsiębiorcą, a już następnego przyjeżdża po ciebie policja. Co najdziwniejsze, aby to się stało, nie musiałeś zrobić absolutnie nic złego. Tyle samo również można zrobić w twojej sprawie – policjanci bardziej przypominający bandytów niż stróży prawa, sądy które pilnują jedynie interesów najbardziej wpływowych biznesmenów, media opłacane na Kremlu. Gdy czyta się tę książkę, można odnieść wrażenie, że to jakaś mało subtelna, antyrosyjska propaganda. Pomerantsev opowiada jednak o Rosji z taką miłością i obawą o jej los, że musimy przyznać przed sobą: niemożliwe jest jednak prawdą. 

Tym, czego nie uniknie żaden poborowy, jest fala, w Rosji zwana „prawem dziadka”: rocznie kilkudziesięciu żołnierzy ginie z jej powodu, setki popełniają samobójstwa, a tysiące doznają przemocy. (…) Gdy ciężarówki z poborowymi przejeżdżają przez bramę koszar, młodzi żołnierze słyszą okrzyki oczekujących na nich starszych oficerów: „Wieszajcie się duchy, wieszajcie się!”.

Wraz z autorem poznajemy najbardziej ekskluzywne kluby w Moskwie i ich stałych bywalców: młodziutkie atrakcyjne dziewczyny i ich nieprzyzwoicie bogatych „tatuśków”. Przychodzimy z wizytą do zwykłych moskwian, broniących swych zabytkowych domów przed podpalaczami przysyłanymi tam przez deweloperów. Burzyć stare i budować nowe, za wszelką cenę, nawet bez planu i grzebiąc za sobą wszystko co było w Rosji dobre i piękne: oto dewiza współczesnej rosyjskiej władzy. Czy wcześniej była jednak inna? I czy ta władza różni się czymkolwiek od poprzedniej? Oczywiście! Ma zdecydowanie lepszy PR. Jako dobry dokumentalista, autor mruga do nas jednak i pokazuje również drugie oblicze Rosji: zwykłego obywatela, który zakochuje się, dba o swój dom, ciężko i uczciwie pracuje.

Gdziekolwiek rosyjska kultura XXI wieku próbuje odnaleźć jakiekolwiek fundamenty, na których mogłaby zbudować coś zdrowego i szczęśliwego, znajduje tylko puste przestrzenie, spaloną glebę i plamy zaschniętej krwi.

Pomerantsev, opowiadając o Rosji, kraju, w którym gangsterzy są największymi patriotami, a najbliższy przyjaciel w każdej chwili może wbić ci nóż w plecy, zabiera nas do świata, którego nie wymyśliłby nawet najlepszy pisarz science-fiction. Rosja Pomerantseva to prawdziwe jądro dziwności, w którym aby przeżyć musisz mieć setki twarzy. Jego reportaż to zdecydowanie najbardziej szokująca i najciekawsza książka, jaką czytałam od bardzo dawna. Dostaje ode mnie 9/10 punktów.
Pewnego razu w Heaven (…) odbywa się impreza pod hasłem „Putin Party”. Striptizerki wiją się w tańcu na rurze, skandując: „Pragnę pana, panie premierze”.


P.S. Za możliwość przeczytania tego wciągającego jak najlepsza beletrystyka reportażu, pragnę gorąco podziękować panu D. Jak nikt inny potrafi on zadowolić mola książkowego : zabrać do księgarni i rzucić „Bierz co chcesz” :)

czwartek, 17 września 2015

Zemsta yakuzy : mroczne kulisy japońskiego półświatka / Jake Adelstein, 2014

Nie od dziś wiadomo, że Japończycy są hm... dziwni. Automaty z używanymi majteczkami gimnazjalistek i szaleństwo na punkcie mangi z jednej strony, z drugiej wciąż kultywowane kodeksy honorowe i niezwykły etos pracy. Japonia przedstawiciela kultury europejskiej ciekawi, bulwersuje i zachwyca. Ja sama uwielbiam związane z nią filmy (szczególnie historyczne), wiadomości i ciekawostki, ale takiej Japonii jaką ukazuje Jake Adelstein nie znałam. Oczywiście, nazwa Yakuza coś mi mówiła, ale nie spodziewałam się, że w tak bogatym i rozwiniętym kraju mafia ma udział w prawie każdym aspekcie życia społeczeństwa.
Japońscy gangsterzy oglądają filmy o sobie i naśladują je, utrwalając stereotypy; podobnie robią włoscy mafiozi, którzy wzorują się na hollywoodzkich produkcjach. Nawiasem mówiąc, yakuzowie najczęściej są właścicielami studiów kręcących filmy o yakuzie, dlatego statyści grający gangsterów w takich obrazkach czasem rzeczywiście należą do mafii.
Adelstein, urodzony w 1969 roku amerykański dziennikarz, większość życia zawodowego spędził w Japonii, do której wyjechał w wieku 19 lat studiować literaturę japońską. Jest on pierwszym nie będącym Japończykiem reporterem, który dostał stałą pracę w gazecie Yomiuri Shinbun (a należy mieć świadomość, że stała praca w korporacji będącej wydawcą tego czasopisma oznacza gwarancję zatrudnienia... na całe życie). Zemsta yakuzy to bardzo dobrze napisana, ciekawa historia nie tylko o najciemniejszych stronach Japonii, ale również o jej kulturze, opisywanej z perspektywy człowieka, który sam pod koniec stwierdza, że jest już bardziej Japończykiem niż amerykańskim Żydem.
Kiedy na nie patrzę, widzę sześcio- i dziewięciolatkę, które próbują mnie przekonać, że nie mogę być Żydem, bo przecież w szkole uczono je, że wszyscy Żydzi zginęli podczas drugiej wojny światowej. Młodsza chciała mnie zabrać do szkoły i zaprezentować jako żyjący okaz Żyda.
Jake Adelstein zaczyna swoją opowieść w momencie pisania niezwykle trudnego egzaminu wstępnego dla przyszłych dziennikarzy najbardziej prestiżowego japońskiego dziennika Yomiuri Shimbun. Wcześniej jednak, w preludium zaciekawia nas swoją historią, przedstawiając rozmowę z przedstawicielem najlepiej zorganizowanej mafii świata. Skasuj tekst albo skasujemy ciebie. Ale najpierw twoją rodzinę, żebyś przed śmiercią dostał nauczkę. Jaki ma w takim przypadku wybór ciekawski czytelnik? Oczywiście przeć przed siebie, nawet jeśli niektóre rozdziały początkowe nas nie powalają.
Japończycy uważają, że istnieje przepis na życie, na miłość, na kobiecy orgazm, na obcięcie sobie małego palca, na zdejmowanie butów, na odbijanie piłki w baseballu, na pisanie artykułów o zabójstwach, na umieranie – a nawet na zabicie siebie. Właściwy – doskonały – sposób na zrobienie dosłownie wszystkiego.
Historia Adelsteina idealnie nadawałaby się na scenariusz filmu akcji: mamy młodego, nieświadomego niczego obcokrajowca pragnącego pisać dla najbardziej uznanego dziennika w Japonii. Towarzyszymy mu w trakcie zarówno prywatnego jak i zawodowego dojrzewania, z czego w przypadku Adelsteina (i najwyraźniej większości Japończyków) to drugie jest znacznie istotniejsze. Zaczynając od błahych artykułów z prowincji powoli zagłębia się w świat policjantów i mafii, mając przyjaciół i informatorów zarówno po jednej jak i po drugiej stronie. Poznaje od podszewki wrogi świat przemysłu erotycznego w Japonii, który szczerze powiedziawszy zszokował mnie najbardziej. Traci przyjaciół, naraża siebie i rodzinę by na koniec... czytelnik dowie się sam.
Myślę, że początków mojego stopniowego wypalenia zawodowego należy upatrywać w okresie, kiedy zacząłem pisać o najbardziej nieprzyjemnych i drastycznych aspektach japońskiego przemysłu erotycznego.
Zemstę yakuzy zdecydowanie warto przeczytać. Niektóre z opisywanych przez dziennikarza sytuacji i sposobów działania Japońskiego wymiaru sprawiedliwości wprawia wręcz w osłupienie. Z jednej strony jest to opowieść o wielkim i bogatym kraju, który autor pokochał nad życie, z drugiej jednak o jego rasistowskim, seksistowskim, zdemoralizowanym obliczu. O handlu żywym towarem i narkotykami, korupcji, morderstwach. O japońskim podejściu do seksu, które dla takiej konserwy jak ja wydaje się zupełnie nie do przyjęcia. O nalotach na siedziby przestępców, o których policja informuje gangsterów z jednodniowym wyprzedzeniem... jednym słowem: jest o czym poczytać. Zadowolenie Brudnopisa z kilku spędzonych razem z japońską mafią wieczorów oceniam na 7/10.

sobota, 2 maja 2015

Izrael już nie frunie / Paweł Smoleński, 2011

Trzeba im [Arabom] wsączyć zachodnią pop kulturę, na okrągło puszczać piosenki Britney Spears albo innej starletki, koniecznie podkasanej, z chórkiem równie podkasanych dziewcząt, trzeba przyciągnąć ich do tej lichej, plastikowej nowoczesności. Co to da? Rozmiękczy ich i rozmemła. Nie ucywilizuje, to pewne, bo te cały zachodni chłam to żadna cywilizacja (...) trzeba Arabom podsunąć (...) coś najgorszej jakości, łatwego do przełknięcia, coś, co Zachód wytwarza w ilościach przemysłowych, nie bacząc, że w ten sposób sam sobie odbiera tożsamość. Niech Palestyńczycy spsieją tak, jak wielu Izraelczyków. 
 Czemu na majówkę wybrałam zbiór reportaży o Izraelu, skoro od przynajmniej dwóch miesięcy zamiast mózgu mam różową chmurkę z waty cukrowej (wiosna, wiosna, ach to Ty!)? Czemu zdecydowałam się na dość trudną w odbiorze lekturę (nie ze względu na styl, ten bowiem Smoleński ma wyśmienity), ale ze względu na temat, który, wstyd przyznać, jest mi niemal całkowicie obcy? Palestyńczycy, Izrael, Strefa Gazy, Jerozolima – tak, są to hasła mówiące człowiekowi całkiem sporo. Takie ma przynajmniej wrażenie, póki są to jedynie obrazy migające w telewizji i króciutkie artykuły z gazet. Gdy czytamy obszerne reportaże, poznając w nich ludzi i ich indywidualne historie okazuje się jednak, że po raz kolejny nie wiemy nic. Jak na temat milionów innych, pozornie znanych nam rzeczy. 

Pewnie zaintrygowała mnie okładka: młody człowiek, niczym się ode mnie nie różniący, pogrążony w modlitwie i rozmyślaniach. Wygląda tak spokojnie, gdy myślami krąży wokół rzeczy najistotniejszych. U boku zwisa mu karabin. Czyżby mógł być symbolem Izraela? Po przeczytaniu dwudziestu trzech reportaży Smoleńskiego mam wrażenie, że to zdjęcie stanowi ich istotę. W świecie pogrążonym w nieustannej walce, walce o rzeczy najważniejsze, tylko one są w stanie dać człowiekowi poczucie bezpieczeństwa. Równie dobrze, zamiast młodego Żyda na fotografii mógłby pojawić się Palestyńczyk, jego rówieśnik. Jak małą wydaje się być różnica pomiędzy wiecznym niepokojem człowieka w okupowanym kraju, a jego zastraszonego zamachami przeciwnika? Kto ma rację i kto jest bardziej pokrzywdzony? I czy można rościć sobie prawa do ziemi, która tak naprawdę należy do Boga?

Wierzyłem – mówi Israel – że każdej nocy Bóg zabiera moją duszę. Waży grzechy, których dopuściłem się przez cały dzień, a nawet grzechy ze snów. Wierzyłem, że może mi jej nie oddać, a wtedy nie obudzę się i umrę. A może jeszcze gorzek: wstanę i okaże się, że jestem gojem. 

Smoleński nie ukrywa, że opowiada o Izraelu w sposób subiektywny: jak opowiadać obiektywnie o kraju, który się kocha? I który, jak twierdzi reporter, zawiera w sobie cały świat: kraj sprzeczności i różnorodności. Kraj niezwykły – bo święty. Jak opowiadać obiektywnie o Jerozolimie, miejscu tak gigantycznej, religijnej energii, że doprowadza ludzi do obłędu? Jak obiektywnie opowiadać o Gazie, w której ludzie żyli i żyją w strachu? Niezależnie, czy pod władzą żydowską, czy Hamasu? Jak obiektywnie opowiadać o miastach i miasteczkach? O ludziach, Palestyńczykach i Żydach pełnych sprzecznych uczuć: miłości, nienawiści, patriotyzmu, zniechęcenia, wiary i zwątpienia, życzliwości, podejrzliwości, ale przede wszystkim zmęczenia? Smoleński oprowadza nas po zaułkach izraelskich miast, po miasteczkach i kibucach, plażach, knajpach, świątyniach i przedstawia nam ludzi. Nie próbuje udowadniać nam, że pokazuje świat takim, jakim jest. Pokazuje go takim, jakim go widzi, a dzięki niesamowitym umiejętnościom opowiadania, jego książka jest wciągająca i powalająca. Zaczynamy od Jerozolimy i jej świętych miejsc, odwiedzamy plantacje ziemniaków, zahaczamy o opustoszały bar z zepsutym ekspresem do kawy. Zastanawiamy się, czy gdybyśmy wtedy tam byli, wywiesilibyśmy niebieskie, czy pomarańczowe chorągiewki? Choć książka po raz pierwszy napisana została w 2006 roku, jeszcze przed ewakuacją Gazy mam wrażenie, że wciąż jest aktualna. Ludzka mentalność, strach i nadzieje nie zmieniają się tak szybko. 

Pewnego dnia Fatima czytała listy pisane przez palestyńskie dzieci. (...) O strzelaninach i o bohaterskich świętych samobójcach, o rzucaniu kamieniami, o burzeniu domów i o wojskowych checkpointach: w każdym kilkadziesiąt słów przesiąkniętych patripotyzmem, których nie ma w normalnym dziecięcym języku. Lecz przecież tutaj nie jest normalnie. (...) przecież powjnny pisać o Kubusiu Puchatku.

Izrael już nie frunie, to zbiór reportaży z dwóch pobytów Smoleńskiego w tym przedziwnym, miejscami zatrważającym i odpychającym, miejscami barwnym i zachwycającym kraju. Składa się z czterech części – spory o Izraelską torżamość. Spory o konflikt z Palestyńczykami. Spojrzenie Palestyńczyków na spór z Izraelem. Ewakuacja Gazy. Wszędzie spory  i groźby, a mimo wszystko można w tym wszystkim wyczuć wiele wiary w przyszłość i entuzjazm. Nawet jeśli pojawiają się też łzy. 

Oprócz relacji samego reportera w książce zamieszczono fragmenty reportaży Amos'a Oz'a z 1983 roku o ówczesnym Izraelu. Przeszłość i teraźniejszość nakładają się na siebie, tworząc niezwykły obraz. Może za dwadzieścia lat, ktoś ruszy po Izraelu śladami Smoleńskiego? 

Izrael już nie frunie zachwycony swoim istnieniem, zachwycony snem, który się ziścił. Lecz nadal nie stracił skrzydeł, pomimo podziałów, nienawiści, pocisków. Pomimo wszystko spogląda, choć mniej pewnie, w przyszłość. Ufność pokładając we własnych siłach, ale przede wszystkim w Bogu. 
7/10.

wtorek, 13 stycznia 2015

Aktorki. Spotkania / Łukasz Maciejewski, 2012

Dwadzieścia kobiet – aktorek, które na zawsze zapisały się w historii teatru i kina polskiego. Prawie siedemset stron wspomnień i zabawnych anegdot spisanych przez Łukasza Maciejewskiego, krytyka filmowego i teatralnego. Jak zaczynała się ich przygoda z teatrem? Jaka rola przyniosła im największą popularność? Jakie mają zainteresowania poza aktorstwem? Na te pytania aktorki odpowiadają Maciejewskiemu z dystansem do siebie i dużą dozą optymizmu i humoru.

Od królowej polskiej sceny teatralnej Niny Andrycz po posiadaczkę nieziemskich nóg – Danutę Stenkę. Wśród nich kilka moich ulubionych twarzy: Feldman, Dymna i Lipińska. Krystyna Feldman znana wszystkim jako Babcia Kiepska ujmowała talentem, dobrocią i silnym charakterem. 

Kiedy zjawiłem się na planie Mojego Nikifora w Krynicy, do Feldman zadzwonił ktoś z show Kuby Wojewódzkiego, żeby zaprosić aktorkę do programu. W odpowiedzi usłyszał: Dziecinko, przekaż temu panu, żeby mnie w dupę pocałował.  


Do Anny Dymnej zapałałam sympatią jako dziecko, kiedy przy boku matki oglądałam powtórki Janosika i Znachora . Pomimo upływu lat i tak znaczącej zmiany w wyglądzie zewnętrznym, skupia uwagę w ten sam, hipnotyzujący sposób.

Mojemu pokoleniu ani tak zwana popularność, ani pieniądze właściwie nie były potrzebne. Miałam dobrych przyjaciół, forsy wystarczało na wódeczkę albo na to, żeby kotu kupić ryby. A kiedy byliśmy głodni, wtedy podżerało się rybki kota. Ja tak żyłam. Spotykaliśmy się z ludźmi, było wesoło; teraz życie polega na czymś zupełnie innym – i ja tym młodym naprawdę głęboko współczuję.

Marta Lipińska to najlepsza gospodyni księdza, jaką dał nam serial Ranczo. Mi osobiście najbardziej podobała się w spektaklu Namiętna kobieta, który mogłabym oglądać dziesiątki razy. Świetnie przekazuje emocje na deskach teatru, a równocześnie potrafi zachwycić na szklanym ekranie.

Nie gwiazdorzę, nie szastam pieniędzmi, szanuję każdą pracę i pracę każdego człowieka. Pod wieloma względami jestem staroświecka. Nie mam ochoty z tym walczyć. Przez wiele lat śmiałam się, że męża zabrała mi „komputerzyca”. Dzisiaj wiem, że walka z tą konkurentką jest z góry skazana na przegraną. Zaakceptowałam warunki, ale sama się nie ugięłam. Zamiast przesiadywać godzinami w Internecie, wolę przeczytać dobrą książkę.

Po zakończeniu lektury dopadł mnie melancholijny nastrój. Książka odkrywa przed nami życie kobiet, które posiadały talent i były świetne przygotowanie do zawodu. Były i są to kobiety inteligentne, wykształcone, pracowite i mające poczucie misji. Niektóre z nich przeżyły wojnę i pracowały jako kelnerki za gorsze – wszystko było lepsze od pracy dla wroga. Odczuwały skutki stalinizmu i komunizmu, wpadały w nałogi i  traciły najbliższych. Mimo to były przykładem dla innych i miały rzeszę wiernych fanów. Życiem prywatnym nie dzieliły się z takim zapałem, jak większość współczesnych gwiazd. Pieniądze w ich życiu były ważne, ale nie najważniejsze. Kobiety z klasą, które nie musiały odsłaniać ciała, by zaistnieć. Kobiety, które wzbudzały w publiczności najskrytsze uczucia. Teraz mamy celebrytki, potrafiące robić sobie świetne selfie i dobrze prezentujące się na ściankach. Warsztatowo radzą sobie znacznie gorzej – ta sama mina przez kilkadziesiąt odcinków. Oczywiście nie chcę kategoryzować, mimo wszystko jest coraz mniej utalentowanych i wykształconych aktorów, nie tylko w Polsce.

Aktorki. Spotkania to bardzo ciekawa pozycja. Muszę jednak zaznaczyć, że jeżeli czytelnik na co dzień nie interesuje się teatrem i kinem, ilość opisanych spektakli i nazwisk reżyserów może być trudna do przebrnięcia. Szczególnie dla mojego pokolenia, które o wspomnianych spektaklach może jedynie przeczytać recenzje i nie zobaczy ich już na żywo. Wywiady przenoszą nas do czasów rozkwitu teatru i kina w naszym kraju, do czasów wielkich i znakomitych osobowości w kulturalnym świecie. Łukasz Maciejewski to pasjonat i wydobywa z tych rozmów wszystko to, co najlepsze. Jedyny minus - za mało zdjęć, a z wielką chęcią oglądałam portrety aktorek z młodzieńczych lat. Książka Aktorki. Spotkania to nie tylko wspomnienia, ale również małe kompendium wiedzy filmowo-teatralnej. Polecam wszystkim, ja znalazłam kilka polskich kultowych filmów, których nie oglądałam i zamierzam nadrobić zaległości.