Pokazywanie postów oznaczonych etykietą społeczeństwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą społeczeństwo. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 listopada 2017

Czerwony rynek / Scott Carney, 2014

Czerwony rynek : na tropie handlarzy organów, złodziei kości, producentów krwi i porywaczy dzieci to niewątpliwie najbardziej przerażająca książka, jaką miałam w ręce od bardzo dawna. Tak przerażająca, że nie polecam jej osób o słabych nerwach i obrazowej wyobraźni. Mimo, że z niemal wszystkich opisanych przez Carneya procederów zdawałam sobie sprawę, przeczytanie książki tak dosadnej, a zarazem wyważonej, zawierającej zarówno dużo faktów jak i relacji naocznych świadków, bardzo obrazowej było niezwykle intensywnym przeżyciem. W ciągu trzech dni poświęconych tej książce nie byłam w stanie myśleć o niczym innym.

Wyobraź sobie świat, w którym cmentarze muszą być pilnowane, bo ludzkie kości wykorzystywane są bezprawnie do tworzenia pomocy dla studentów medycyny. W opuszczonych magazynach na odludziach pod sufitem zwisają suszące się ludzkie kręgosłupy. Wyobraź sobie świat, w którym kobieta jest warta tyle ile jej nerka - czyli marne grosze. Ta sama nerka na innym kontynencie będzie już warta fortunę. Wyobraź sobie świat, w którym sierocińce są przepełnione, ale na potrzebę zachodniego klienta porywa się dzieci ze szczęśliwych rodzin. Wyobraźcie sobie świat, w którym kobiety ryzykując życiem oddają swoje komórki jajowe, które po zapłodnieniu wszczepiane są kobietom po drugiej stronie świata, zamkniętych przez dziewięć miesięcy jak w więzieniu i poddawane przymusowemu zabiegowi cesarskiego cięcia. W końcu bogaty klient chce dostać swoje dziecko nie tylko odpowiedniej płci i koloru, ale również w konkretnym terminie. Świat, w którym narkomani zarażeni wirusem HIV oddają krew niezbędną do operacji, a inni składają ofiarę ze swojego ciała w świątyniach, które później sprzedają je za gigantyczne pieniądze na zachód. W końcu świat, w którym z bycia królikiem doświadczalnym czyni się zawód.

Jednym słowem świat, w którym w zależności od zasobności portfela jest się klientem, lub mięsem. 

A teraz należałby sobie uświadomić, że również należymy do tego świata, a co gorsze: nie można nic na to poradzić. Jak niemalże każdy aspekt ludzkiego życia, czerwony rynek również nie jest zagadnieniem z rodzaju czarno-białych. Autor w bardzo wyważony sposób zadaje pytanie, czy ludzkie ciało i to co wytwarza powinno podlegać zwykłym zasadom rynkowym i co można zrobić, aby ten rynek nie schodził do podziemi.

Jak dla mnie fascynująca i makabryczna lektura, z którą warto się zapoznać. 8/10 w skali Brudnopisa.

- Przyszłość to dzieci tworzone według określonego projektu (...) Matki zastępcze w Azji nosiłyby komórki jajowe superdawczyń z Ameryki, modelek z wysokim ilorazem inteligencji i dyplomami renomowanych uczelni (...) takie dzieci można by sprzedawać po milion dolarów za sztukę. 

wtorek, 31 października 2017

Tatami kontra krzesła / Rafał Tomański, 2017

O Japonii każdy z nas ma jakieś zdanie - każdy przecież kiedykolwiek coś o niej czytał lub oglądał. Dla jednych jest to cudowny i bajeczny świat dobrobytu: kwitnących wiśni, pięknych eleganckich gejsz, niezwykle niskiej przestępczości, pracowitości, honoru i oczywiście - technologii.

Dla innych to kraj samobójców, śmierci z przepracowania, automatów z używanymi majtkami nastolatek i zdziczałej pornografii.

Zainteresowanie młodych Polaków Japonią nie słabnie: wielu z nas uczy się języka, marzy o (niestety bardzo kosztownej) wycieczce do tego wyspiarskiego kraju, a w księgarniach znajdują się niewyobrażalne ilości japońskich komiksów dla młodzieży.

Nawet ja, mimo iż Japonia nie jest moim wymarzonym miejscem podróży, przeczytałam na jej temat kilka książek, obejrzałam kilkanaście filmów i zapoznałam się z niezliczoną ilością popularnonaukowych artykułów.

Tatami kontra krzesła to fantastyczna książka zarówno dla osób, które (podobnie do mnie) są laikami w kwestii kultury Japonii, jak i niezła rozrywka dla osób z nią obeznanych - ponieważ została po prostu dobrze napisana. Na tyle, że nie nudziłam się podczas odświeżania już dawno poznanych faktów. 

Rafał Tomański, co wcale mnie nie nobilituje, jest starszy ode mnie jedynie o 11 lat, a nie dość że dobrze pisze to jeszcze jest dziennikarzem, japonistą, zna się na technologiach, biznesie, jego książki są bestsellerami, jest lektorem bajek dla dzieci, obsługuje wielkie firmy, a nawet doradzał ministrowi [co można wyczytać na jego profilu autorskim na lubimyczytać]. Jednym słowem, takiemu brudnopisowi jak ja wypadałoby go znienawidzić. Najwyraźniej zafascynowała go nie tylko kultura Japonii, ale charakterystyczną dla tego narodu pracowitość postanowił wdrożyć w życie (chore!). 

Niemniej jednak postanowiłam wnieść się nieco powyżej (podobno charakterystycznej dla naszego narodu) zawiści i zazdrości i napisać, że tatami kontra krzesła dostarczyło mi dzisiejszego dnia bardzo dobrej i mądrej rozrywki.

Książka ta nie tylko zawiera bardzo dużo interesujących faktów podanych w przystępny i lekki sposób, ale autorowi udało się dokonać czegoś bardzo trudnego: pokazać dwoistość natury Japończyków, zarówno bez zachwalania jak i nadmiernego krytycyzmu. Autor pokazuje to, czego moglibyśmy się od Japończyków nauczyć, jak i to co robimy lepiej i dzięki czemu jesteśmy "zdrowsi". Z jednej strony zachwala piękno kraju i niezwykle wysoki poziom kultury, z drugiej strony nie wstydzi się pisać o tym, że młode Japonki nie zmieniają majtek. Jednym zdaniem: ta niespełna 300-stronicowa pozycja pokazuje bardzo ciekawe wycinki Japonii z jej blaskami i cieniami, dzięki czemu krytycy Japończyków mają okazję się nimi zachwycić, a ich wielbiciele odrobinę ochłonąć. 

Jeśli więc chcecie się dowiedzieć:
  • czemu Japończycy są coraz wyżsi, 
  • kiedy powstał pierwszy robot,
  • czemu Japonki chorują, gdy ich mężowie przechodzą na emeryturę,
  • jakie obrzydlistwa związane z nastolatkami można zakupić w japońskim sklepie,
  • skąd tak naprawdę wzięło się sushi,
  • co o cudzoziemcach myślą Japończycy,
  • dlaczego kobiety i mężczyźni jeżdżą w osobnych wagonach,
  • czy maszyny mają duszę,
  • czemu Japońskie telefony są brzydkie, a Japonki mają krzywe zęby
sięgnijcie koniecznie po książkę Rafała Tomańskiego.

Pierwsze wydanie ukazało się w 2011 roku, bardzo więc możliwe, że znajdziecie ją w swojej bibliotece. W skali od 1 do 10 tatami otrzymuje ode mnie 7 punktów

Niezamężna kobieta w Japonii już po dwudziestych piątych urodzinach
dostaje przydomek kurimasu keki, czyli bożonarodzeniowe ciasto.
Nazwa nawiązuje do tortu z truskawkami i bitą śmietaną, które bardzo krótko zachowuje świeżość. Jada się je przeważnie 25 grudnia - stąd też ukłon w stronę 25 roku życia młodej dla człowieka Zachodu, a zbyt starej już według Japończyków, kandydatki na żonę. 

czwartek, 22 grudnia 2016

Bojowa pieśń tygrysicy / Amy Chua, 2011

Im dłużej myślę o zachodnich rodzicach, którzy lubią mówić o tym, co jest dobre dla dzieci, a co nie, nie jestem pewna, czy oni dokonują jakiegokolwiek wyboru. Po prostu robią to, co wszyscy. I niczego nie poddają w wątpliwość, co niby jest domeną Zachodu. Powtarzają tylko: "Trzeba dać dzieciom wolność, aby realizowały swoje pasje", chociaż wiadomo że tą "pasją" jest przesiadywanie na Facebooku i obrzydliwe, niezdrowe jedzenie.
To nie jest tak, że Brudnopis porzucił pisanie bloga na zawsze, albo nagle przestał czytać (teraz zastanawia się czy już nie za późno, czy ktokolwiek zobaczy tego błagającego o wyrozumiałość posta). Po prostu Brudnopis, jak przystało na mentalnego małego Azjatę uznał, że studiowanie dziennie i pisanie magisterki nie jest dla niego wystarczające. Uparł się więc, że pójdzie na cały etat do pracy, a gdy tylko pojawiła się możliwość zostawania po godzinach pierwszy zgłosił się na ochotnika.

Wstaje o 5ej. O 6.45 jako pierwszy pracownik swojego działu melduje się w bibliotece i odbiera klucz do pokoju.
Teleportuje się na uczelnię, w międzyczasie jedząc drugie śniadanie.
Wraca do pracy.
Zdaje klucz o 20.50 jako jeden z ostatnich pracowników. 
Czynność powtórzyć.
Oczywiście również w soboty, z tą różnicą, że ochrona wygania go już o 16ej.

Tu drobna uwaga do panów : musicie się jednak zdecydować czy chcecie kobietę piękną czy pracowitą. Jedno z dwóch, bo z niedoboru snu i kiepskiego żarcia człowiekowi robi się mięso mielone z twarzy. Ta zależność nie dotyka chyba jedynie bohaterek filmowych i Azjatek.

 Jednym zdaniem Brudnopis był z siebie dumny, póki nie przeczytał Bojowej Pieśni Tygrysicy. Teraz znów czuje się jak pozbawiona talentu i energii życiowej leniwa buła. Książka ta to wspomnienia matki, żony, prawniczki, ale przede wszystkim Chinki odstającej pod wieloma względami od swojego środowiska ludzi zachodu.

Amy Chua jest despotyczną matką. Krzyczy, wyrzuca dzieci z domu na mróz, nie pozwala im sypiać u koleżanek, nie pozwala na zbytki, nieustannie krytykuje. Zmusza je do codziennej pracy nad sobą. Oczekuje, że czego się nie dotkną będą bezkonkurencyjne. 

Chua to córka chińskich imigrantów, najstarsza z czterech sióstr inteligenckiej rodziny. Pisze naukowe artykuły, książki oraz jest profesorem Yale Law School. Jej mąż, amerykański Żyd również jest cenionym w środowisku prawnikiem. Nie oznacza to jednak, że kariera zawodowa jest dla Amy Chua najważniejsza. Jej główna życiowa misja, której poświęca niemal wszystkie pieniądze i każdą wolną chwilę jest jedna: być prawdziwą, chińską matką. Co oczywiście nie jest łatwe pośród tych wszystkich zachodnich rodziców, którymi wyraźnie gardzi. 

A kiedy dzieciom coś nie wychodzi, zamiast dokręcić śrubę, zachodni rodzice najchętniej podaliby do sądu cały świat!

Zachodni rodzice dają swoim dzieciom wolność wyboru zainteresowań, co sprowadza się prędzej czy później do siedzenia na Facebooku i picia z kolegami. Zachodni rodzice nie każą dzieciom uczyć się kilkuletnim dzieciom po dziesięć godzin dziennie, odpuszczają im naukę, gdy są chore lub na wakacjach. Zachwycają się nad każdą wykonaną przez dziecko czynnością, nad każdym postępem. Chińska matka ma dużo trudniejsze zadanie. Chińska matka w kraju zachodu musi ukrywać się ze swoimi metodami wychowawczymi. Nie może powiedzieć innym rodzicom, że spektakularne sukcesy jej dzieci nie wynikają jedynie z wrodzonego talentu, ale godzin kłótni, litrów potu czy wbijania zębów w fortepian. To całe dnie wypełnione nieustanną pracą i frustracją, myślą że czyni się dla swoich dzieci wszystko co najlepsze, a ona mogą za to znienawidzić. Chińska matka musi nauczyć swoje dzieci bezwzględnej pokory wobec rodziców, szacunku wobec starszych i poszanowania tradycji. Jak to jednak zrobić w Ameryce?

rodzina Amy Chua, źródło: oficjalna strona autorki
Nie będę ukrywać, po przeczytaniu wspomnień Amy Chua nie myślimy o niej ciepło. Wręcz przeciwnie. Matka dwóch odnoszących niebywałe sukcesy córek człowiekowi zachodu jawi się jako potwór. Patologiczna matka w eleganckiej garsonce. O takich jak ona mówi się na zachodzie, że cierpi na przerost ambicji i jest despotką. O takich rodzicach zwykło się mawiać, że mają dzieci tylko po to, żeby móc je tresować i się nimi chwalić. Dla chińskiej matki nie byłyby to zarzuty. 

Gdy Bojowa pieśń tygrysicy została wydana, wywołała naprawdę wiele kontrowersji. Choć minęło od tamtego czasu wiele lat pamiętam doskonale jak wielu rodziców było oburzonych jej słowami i nie mogło pogodzić się z metodami wychowawczymi Chua; jakby zupełnie nie dostrzegając różnicy kultur świata wschodu i zachodu, o których autorka nieustannie przypomina. W Ameryce dzieci uczą się grać na instrumencie przez tyle minut, ile mają lat. W Chinach kilkulatkowie potrafią ćwiczyć nawet po dziesięć godzin dziennie. W porównaniu z innymi Chinkami autorka wspomnień była prawdziwą luzaczką. Książka może nas do czegoś zainspirować albo niebywale oburzyć, ale na pewno jest godna przeczytania. Brudnopis ocenia ją na 7/10 punktów

P.S. Brudnopis nie ma dzieci, bo nie miałby czasu ich sobie zrobić, chyba że w niedzielę między 18.10 a 18.13. Jeśli jednak będzie je miał postara się zapamiętać, że prawdopodobnie jeszcze żadne nie umarło od niesienia własnej walizki.

niedziela, 17 stycznia 2016

Przez śmiech do lepszego małżeństwa / Mark Gungor, 2012

Tym razem coś naprawdę nietypowego: nie będzie to książka, ani film, ani wydarzenie kulturalne ani nawet płyta z muzyką. Dziś zachwycony i rozbawiony do łez Brudnopis chce wam zaproponować ... seminarium małżeńskie! Co prawda z jego fragmentem zetknęłam się już kilka lat temu, ale jak to w życiu bywa dobre rzeczy wracają do nas i to w jeszcze bardziej wypasionej wersji: tym razem, pod namową przyjaciółki obejrzałam wszystkie trzy części występu Gungora, a teraz chcę posłać jego pozytywne nastawienie dalej. Czyli Wam - bo przecież nie musimy nieustannie trwać w świecie fantazji, prawda? Od czasu do czasu warto dostać w głowę solidną porcją faktów dotyczących naszego codziennego życia, a jeśli w dodatku będziemy śmiać się przy tym do łez to tym lepiej? Po kolei jednak.

Mark Gungor jest przede wszystkim pastorem, ale również jednym z najbardziej znanych mówców i doradców w obszarze relacji damsko-męskich w USA. Nie tylko prowadzi seminaria, ale również audycje radiowe, występuje w programach telewizyjnych i pisze książki. Na seminariach jednak z największą dumą wspomina o tym, że wziął ślub w wieku osiemnastu lat, a jego małżeństwo trwa już prawie czterdzieści. Jego wykłady cieszą się ogromnym powodzeniem głównie z uwagi na jego zdolności aktorskie i poczucie humoru. 

Mnie osobiście najbardziej urzekł interesujący sposób, w jaki potrafi opowiadać o rzeczach całkowicie zwykłych. Oczywiście, większość z nas zdaje sobie sprawę z istnienia zjawisk, o których mówi, jednak nie uświadamiamy sobie jak wielki wpływ mają one na nasze życie. Gungor operuje stereotypami w tak cudowny sposób, że mamy przed sobą trzy godziny nieustannego chichotu. Szczególnie ci z nas, którzy są po ślubie, albo po prostu żyją w związku od dość długiego czasu i wiedzą jakie potrafi być to upierdliwe... Gungor wyszarpuje kobietom ich romantyczny obraz wyimaginowanego związku i wymienia na sprawdzone triki, dzięki którym ten realny facet będzie choć trochę bardziej do zniesienia. Przy okazji depcze męskie ego uświadamiając panom, że NIE! NIE JESTEŚCIE TACY FANTASTYCZNI, JAK WAM SIĘ WYDAJE!!!

Seminarium podzielone zostało na trzy części: 

• Opowieść o dwóch mózgach – czyli czemu ona wszystko pamięta, a jemu trzeba ciągle powtarzać to samo...

• Klucz do niesamowitego seksu – pięć rzeczy, o których powinien pamiętać każdy mężczyzna, jeśli nie chce być zaniedbywany przez swoją kobietę i kolejne kilka o tym, co my kobiety możemy ugrać, wskakując od czasu do czasu w seksowną bieliznę :)
• Jak razem żyć i się nie pozabijać –pod koniec troszkę poważniej (ale tylko troszkę) o tym, że trzeba nauczyć się naciskać w związku przycisk reset zanim będzie za późno.

Jeśli chcecie dać zaprzyjaźnionej parze coś niezwykłego w prezencie (chociażby ślubnym) te DVD nadają się do tego idealnie. Będą nie tylko oryginalnym i zabawnym podarunkiem, ale może rzeczywiście pomogą im uniknąć wspólnych problemów w przyszłości i rozwiązać te, które już mają. W dodatku na wesoło, czy może być coś lepszego?

Przez śmiech do lepszego małżeństwa dostaje od Brudnopisa 8/10 punktów. W ten weekend oglądałam to już dwa razy - za pierwszym razem sama, później (zgodnie z zasadami Gungora) zmusiłam do tego swojego faceta. Drogie Panie, nawet jeśli najpierw będzie się opierał, później będzie śmiać się z Wami. Gungor, mimo że jest pastorem opowiada jak najlepszy kabareciarz i to w dodatku świństwa! Wasz mężczyzna będzie zachwycony! Jedynym minusem jest to, że będzie mógł wykorzystać je przeciwko Wam... ja już wczoraj miałam taką sytuację.
- Bla bla bla bla!!!
- Oglądałaś seminarium! - wyciągnięty w stronę mojego nosa oskarżycielski paluch - Nie możesz tak do mnie mówić!
Auć!

sobota, 3 października 2015

Jądro dziwności : Nowa Rosja / Peter Pomerantsev, 2015


Wiesz, jeden z problemów z moim życiem w Londynie polega na tym, że gdy opowiadam, co mi się przydarzyło [w Rosji], ludzie uważają, że kłamię. (…) To wszystko jest po prostu zbyt dziwne.

Jak nie trudno zauważyć, Brudnopis lubi reportaże i książki podróżnicze. Jako ciekawa świata tchórzofretka, siedząc wygodnie w swoim fotelu na wsi, uwielbiam czytać o ludziach odważniejszych i bardziej utalentowanych od siebie, którzy na żywo oglądają to, co ja śledzę tylko na Google Earth. Z Rosją, dziką i dziwną miałam okazję zetknąć się już w Białej Gorączce – niezwykle działającym na wyobraźnię reportażu Jacka Hugo-Badera. O ile jednak Hugo-Bader oprowadza nas po świecie zwykłych Rosjan i ich małych, szarych miejscowościach, o tyle Pomerantsev wprowadza nas na salony. Bardzo dobrym, niepozbawionym walorów literackich stylem opowiada nam o życiu moskwian : również tych z pierwszych stron gazet i telewizji. Telewizji i gazet, które jak wszystko w kraju podlega tylko jednemu panu: dolarowi.

Rosjanie mają na łapówkę więcej określeń niż Eskimosi na śnieg. Ja sięgam po moje ulubione sformułowanie:
- Czy mogę skorzystać z okazji, by okazać panom mój głęboki szacunek?
- Oczywiście, że pan może – odpowiadają wilkołaki, nagle się uśmiechając i wsuwając szybko banknot pod daszek milicyjnej czapki.

Pomarantsev to brytyjski pisarz, dokumentalista, reżyser i producent filmowy rosyjskiego pochodzenia. Zagraniczne imię i fakt, że przyjechał z Londynu otwiera mu wiele drzwi, w tym w rosyjskiej telewizji, dla której zaczyna kręcić filmy dokumentalne. Bardzo szybko orientuje się, że filmy te w Rosji nie mają przedstawiać rzeczywistości. Pamiętaj, Peter, ma być optymistycznie. Tym mocniej jednak Pomerantsev zagłębia się w życie politycznej i biznesowej elity Rosji, tym trudniej myśleć mu o niej pozytywnie. Maszyna Kremla rzadko chce ci coś dać, a jeśli już to zrobi, bardzo szybko również odbiera. Jednego dnia jesteś zapracowanym, zadowolonym z życia przedsiębiorcą, a już następnego przyjeżdża po ciebie policja. Co najdziwniejsze, aby to się stało, nie musiałeś zrobić absolutnie nic złego. Tyle samo również można zrobić w twojej sprawie – policjanci bardziej przypominający bandytów niż stróży prawa, sądy które pilnują jedynie interesów najbardziej wpływowych biznesmenów, media opłacane na Kremlu. Gdy czyta się tę książkę, można odnieść wrażenie, że to jakaś mało subtelna, antyrosyjska propaganda. Pomerantsev opowiada jednak o Rosji z taką miłością i obawą o jej los, że musimy przyznać przed sobą: niemożliwe jest jednak prawdą. 

Tym, czego nie uniknie żaden poborowy, jest fala, w Rosji zwana „prawem dziadka”: rocznie kilkudziesięciu żołnierzy ginie z jej powodu, setki popełniają samobójstwa, a tysiące doznają przemocy. (…) Gdy ciężarówki z poborowymi przejeżdżają przez bramę koszar, młodzi żołnierze słyszą okrzyki oczekujących na nich starszych oficerów: „Wieszajcie się duchy, wieszajcie się!”.

Wraz z autorem poznajemy najbardziej ekskluzywne kluby w Moskwie i ich stałych bywalców: młodziutkie atrakcyjne dziewczyny i ich nieprzyzwoicie bogatych „tatuśków”. Przychodzimy z wizytą do zwykłych moskwian, broniących swych zabytkowych domów przed podpalaczami przysyłanymi tam przez deweloperów. Burzyć stare i budować nowe, za wszelką cenę, nawet bez planu i grzebiąc za sobą wszystko co było w Rosji dobre i piękne: oto dewiza współczesnej rosyjskiej władzy. Czy wcześniej była jednak inna? I czy ta władza różni się czymkolwiek od poprzedniej? Oczywiście! Ma zdecydowanie lepszy PR. Jako dobry dokumentalista, autor mruga do nas jednak i pokazuje również drugie oblicze Rosji: zwykłego obywatela, który zakochuje się, dba o swój dom, ciężko i uczciwie pracuje.

Gdziekolwiek rosyjska kultura XXI wieku próbuje odnaleźć jakiekolwiek fundamenty, na których mogłaby zbudować coś zdrowego i szczęśliwego, znajduje tylko puste przestrzenie, spaloną glebę i plamy zaschniętej krwi.

Pomerantsev, opowiadając o Rosji, kraju, w którym gangsterzy są największymi patriotami, a najbliższy przyjaciel w każdej chwili może wbić ci nóż w plecy, zabiera nas do świata, którego nie wymyśliłby nawet najlepszy pisarz science-fiction. Rosja Pomerantseva to prawdziwe jądro dziwności, w którym aby przeżyć musisz mieć setki twarzy. Jego reportaż to zdecydowanie najbardziej szokująca i najciekawsza książka, jaką czytałam od bardzo dawna. Dostaje ode mnie 9/10 punktów.
Pewnego razu w Heaven (…) odbywa się impreza pod hasłem „Putin Party”. Striptizerki wiją się w tańcu na rurze, skandując: „Pragnę pana, panie premierze”.


P.S. Za możliwość przeczytania tego wciągającego jak najlepsza beletrystyka reportażu, pragnę gorąco podziękować panu D. Jak nikt inny potrafi on zadowolić mola książkowego : zabrać do księgarni i rzucić „Bierz co chcesz” :)

czwartek, 17 września 2015

Zemsta yakuzy : mroczne kulisy japońskiego półświatka / Jake Adelstein, 2014

Nie od dziś wiadomo, że Japończycy są hm... dziwni. Automaty z używanymi majteczkami gimnazjalistek i szaleństwo na punkcie mangi z jednej strony, z drugiej wciąż kultywowane kodeksy honorowe i niezwykły etos pracy. Japonia przedstawiciela kultury europejskiej ciekawi, bulwersuje i zachwyca. Ja sama uwielbiam związane z nią filmy (szczególnie historyczne), wiadomości i ciekawostki, ale takiej Japonii jaką ukazuje Jake Adelstein nie znałam. Oczywiście, nazwa Yakuza coś mi mówiła, ale nie spodziewałam się, że w tak bogatym i rozwiniętym kraju mafia ma udział w prawie każdym aspekcie życia społeczeństwa.
Japońscy gangsterzy oglądają filmy o sobie i naśladują je, utrwalając stereotypy; podobnie robią włoscy mafiozi, którzy wzorują się na hollywoodzkich produkcjach. Nawiasem mówiąc, yakuzowie najczęściej są właścicielami studiów kręcących filmy o yakuzie, dlatego statyści grający gangsterów w takich obrazkach czasem rzeczywiście należą do mafii.
Adelstein, urodzony w 1969 roku amerykański dziennikarz, większość życia zawodowego spędził w Japonii, do której wyjechał w wieku 19 lat studiować literaturę japońską. Jest on pierwszym nie będącym Japończykiem reporterem, który dostał stałą pracę w gazecie Yomiuri Shinbun (a należy mieć świadomość, że stała praca w korporacji będącej wydawcą tego czasopisma oznacza gwarancję zatrudnienia... na całe życie). Zemsta yakuzy to bardzo dobrze napisana, ciekawa historia nie tylko o najciemniejszych stronach Japonii, ale również o jej kulturze, opisywanej z perspektywy człowieka, który sam pod koniec stwierdza, że jest już bardziej Japończykiem niż amerykańskim Żydem.
Kiedy na nie patrzę, widzę sześcio- i dziewięciolatkę, które próbują mnie przekonać, że nie mogę być Żydem, bo przecież w szkole uczono je, że wszyscy Żydzi zginęli podczas drugiej wojny światowej. Młodsza chciała mnie zabrać do szkoły i zaprezentować jako żyjący okaz Żyda.
Jake Adelstein zaczyna swoją opowieść w momencie pisania niezwykle trudnego egzaminu wstępnego dla przyszłych dziennikarzy najbardziej prestiżowego japońskiego dziennika Yomiuri Shimbun. Wcześniej jednak, w preludium zaciekawia nas swoją historią, przedstawiając rozmowę z przedstawicielem najlepiej zorganizowanej mafii świata. Skasuj tekst albo skasujemy ciebie. Ale najpierw twoją rodzinę, żebyś przed śmiercią dostał nauczkę. Jaki ma w takim przypadku wybór ciekawski czytelnik? Oczywiście przeć przed siebie, nawet jeśli niektóre rozdziały początkowe nas nie powalają.
Japończycy uważają, że istnieje przepis na życie, na miłość, na kobiecy orgazm, na obcięcie sobie małego palca, na zdejmowanie butów, na odbijanie piłki w baseballu, na pisanie artykułów o zabójstwach, na umieranie – a nawet na zabicie siebie. Właściwy – doskonały – sposób na zrobienie dosłownie wszystkiego.
Historia Adelsteina idealnie nadawałaby się na scenariusz filmu akcji: mamy młodego, nieświadomego niczego obcokrajowca pragnącego pisać dla najbardziej uznanego dziennika w Japonii. Towarzyszymy mu w trakcie zarówno prywatnego jak i zawodowego dojrzewania, z czego w przypadku Adelsteina (i najwyraźniej większości Japończyków) to drugie jest znacznie istotniejsze. Zaczynając od błahych artykułów z prowincji powoli zagłębia się w świat policjantów i mafii, mając przyjaciół i informatorów zarówno po jednej jak i po drugiej stronie. Poznaje od podszewki wrogi świat przemysłu erotycznego w Japonii, który szczerze powiedziawszy zszokował mnie najbardziej. Traci przyjaciół, naraża siebie i rodzinę by na koniec... czytelnik dowie się sam.
Myślę, że początków mojego stopniowego wypalenia zawodowego należy upatrywać w okresie, kiedy zacząłem pisać o najbardziej nieprzyjemnych i drastycznych aspektach japońskiego przemysłu erotycznego.
Zemstę yakuzy zdecydowanie warto przeczytać. Niektóre z opisywanych przez dziennikarza sytuacji i sposobów działania Japońskiego wymiaru sprawiedliwości wprawia wręcz w osłupienie. Z jednej strony jest to opowieść o wielkim i bogatym kraju, który autor pokochał nad życie, z drugiej jednak o jego rasistowskim, seksistowskim, zdemoralizowanym obliczu. O handlu żywym towarem i narkotykami, korupcji, morderstwach. O japońskim podejściu do seksu, które dla takiej konserwy jak ja wydaje się zupełnie nie do przyjęcia. O nalotach na siedziby przestępców, o których policja informuje gangsterów z jednodniowym wyprzedzeniem... jednym słowem: jest o czym poczytać. Zadowolenie Brudnopisa z kilku spędzonych razem z japońską mafią wieczorów oceniam na 7/10.

sobota, 2 maja 2015

Izrael już nie frunie / Paweł Smoleński, 2011

Trzeba im [Arabom] wsączyć zachodnią pop kulturę, na okrągło puszczać piosenki Britney Spears albo innej starletki, koniecznie podkasanej, z chórkiem równie podkasanych dziewcząt, trzeba przyciągnąć ich do tej lichej, plastikowej nowoczesności. Co to da? Rozmiękczy ich i rozmemła. Nie ucywilizuje, to pewne, bo te cały zachodni chłam to żadna cywilizacja (...) trzeba Arabom podsunąć (...) coś najgorszej jakości, łatwego do przełknięcia, coś, co Zachód wytwarza w ilościach przemysłowych, nie bacząc, że w ten sposób sam sobie odbiera tożsamość. Niech Palestyńczycy spsieją tak, jak wielu Izraelczyków. 
 Czemu na majówkę wybrałam zbiór reportaży o Izraelu, skoro od przynajmniej dwóch miesięcy zamiast mózgu mam różową chmurkę z waty cukrowej (wiosna, wiosna, ach to Ty!)? Czemu zdecydowałam się na dość trudną w odbiorze lekturę (nie ze względu na styl, ten bowiem Smoleński ma wyśmienity), ale ze względu na temat, który, wstyd przyznać, jest mi niemal całkowicie obcy? Palestyńczycy, Izrael, Strefa Gazy, Jerozolima – tak, są to hasła mówiące człowiekowi całkiem sporo. Takie ma przynajmniej wrażenie, póki są to jedynie obrazy migające w telewizji i króciutkie artykuły z gazet. Gdy czytamy obszerne reportaże, poznając w nich ludzi i ich indywidualne historie okazuje się jednak, że po raz kolejny nie wiemy nic. Jak na temat milionów innych, pozornie znanych nam rzeczy. 

Pewnie zaintrygowała mnie okładka: młody człowiek, niczym się ode mnie nie różniący, pogrążony w modlitwie i rozmyślaniach. Wygląda tak spokojnie, gdy myślami krąży wokół rzeczy najistotniejszych. U boku zwisa mu karabin. Czyżby mógł być symbolem Izraela? Po przeczytaniu dwudziestu trzech reportaży Smoleńskiego mam wrażenie, że to zdjęcie stanowi ich istotę. W świecie pogrążonym w nieustannej walce, walce o rzeczy najważniejsze, tylko one są w stanie dać człowiekowi poczucie bezpieczeństwa. Równie dobrze, zamiast młodego Żyda na fotografii mógłby pojawić się Palestyńczyk, jego rówieśnik. Jak małą wydaje się być różnica pomiędzy wiecznym niepokojem człowieka w okupowanym kraju, a jego zastraszonego zamachami przeciwnika? Kto ma rację i kto jest bardziej pokrzywdzony? I czy można rościć sobie prawa do ziemi, która tak naprawdę należy do Boga?

Wierzyłem – mówi Israel – że każdej nocy Bóg zabiera moją duszę. Waży grzechy, których dopuściłem się przez cały dzień, a nawet grzechy ze snów. Wierzyłem, że może mi jej nie oddać, a wtedy nie obudzę się i umrę. A może jeszcze gorzek: wstanę i okaże się, że jestem gojem. 

Smoleński nie ukrywa, że opowiada o Izraelu w sposób subiektywny: jak opowiadać obiektywnie o kraju, który się kocha? I który, jak twierdzi reporter, zawiera w sobie cały świat: kraj sprzeczności i różnorodności. Kraj niezwykły – bo święty. Jak opowiadać obiektywnie o Jerozolimie, miejscu tak gigantycznej, religijnej energii, że doprowadza ludzi do obłędu? Jak obiektywnie opowiadać o Gazie, w której ludzie żyli i żyją w strachu? Niezależnie, czy pod władzą żydowską, czy Hamasu? Jak obiektywnie opowiadać o miastach i miasteczkach? O ludziach, Palestyńczykach i Żydach pełnych sprzecznych uczuć: miłości, nienawiści, patriotyzmu, zniechęcenia, wiary i zwątpienia, życzliwości, podejrzliwości, ale przede wszystkim zmęczenia? Smoleński oprowadza nas po zaułkach izraelskich miast, po miasteczkach i kibucach, plażach, knajpach, świątyniach i przedstawia nam ludzi. Nie próbuje udowadniać nam, że pokazuje świat takim, jakim jest. Pokazuje go takim, jakim go widzi, a dzięki niesamowitym umiejętnościom opowiadania, jego książka jest wciągająca i powalająca. Zaczynamy od Jerozolimy i jej świętych miejsc, odwiedzamy plantacje ziemniaków, zahaczamy o opustoszały bar z zepsutym ekspresem do kawy. Zastanawiamy się, czy gdybyśmy wtedy tam byli, wywiesilibyśmy niebieskie, czy pomarańczowe chorągiewki? Choć książka po raz pierwszy napisana została w 2006 roku, jeszcze przed ewakuacją Gazy mam wrażenie, że wciąż jest aktualna. Ludzka mentalność, strach i nadzieje nie zmieniają się tak szybko. 

Pewnego dnia Fatima czytała listy pisane przez palestyńskie dzieci. (...) O strzelaninach i o bohaterskich świętych samobójcach, o rzucaniu kamieniami, o burzeniu domów i o wojskowych checkpointach: w każdym kilkadziesiąt słów przesiąkniętych patripotyzmem, których nie ma w normalnym dziecięcym języku. Lecz przecież tutaj nie jest normalnie. (...) przecież powjnny pisać o Kubusiu Puchatku.

Izrael już nie frunie, to zbiór reportaży z dwóch pobytów Smoleńskiego w tym przedziwnym, miejscami zatrważającym i odpychającym, miejscami barwnym i zachwycającym kraju. Składa się z czterech części – spory o Izraelską torżamość. Spory o konflikt z Palestyńczykami. Spojrzenie Palestyńczyków na spór z Izraelem. Ewakuacja Gazy. Wszędzie spory  i groźby, a mimo wszystko można w tym wszystkim wyczuć wiele wiary w przyszłość i entuzjazm. Nawet jeśli pojawiają się też łzy. 

Oprócz relacji samego reportera w książce zamieszczono fragmenty reportaży Amos'a Oz'a z 1983 roku o ówczesnym Izraelu. Przeszłość i teraźniejszość nakładają się na siebie, tworząc niezwykły obraz. Może za dwadzieścia lat, ktoś ruszy po Izraelu śladami Smoleńskiego? 

Izrael już nie frunie zachwycony swoim istnieniem, zachwycony snem, który się ziścił. Lecz nadal nie stracił skrzydeł, pomimo podziałów, nienawiści, pocisków. Pomimo wszystko spogląda, choć mniej pewnie, w przyszłość. Ufność pokładając we własnych siłach, ale przede wszystkim w Bogu. 
7/10.

niedziela, 5 kwietnia 2015

Zabijcie odkupiciela / Grzegorz Drukarczyk, 2009

Brudnopis z okazji Świąt (w które wszyscy co prawda idziemy do Kościoła, ale więcej czasu spędzamy na pieczeniu i sprzątaniu, niż na kontemplowaniu tego, co to święto tak naprawdę symbolizuje) dość przewrotnie (no dobra, bardzo przewrotnie) wybrał książkę Drukarczyka. Co prawda już dość starą (Nominowana do Zajdla w kategorii Powieść była już w 1992 roku) i ostatni raz wznawianą w 2009 roku, ale za to polską. Polską i w fantastyczny sposób przedstawiającą przyszłość, w której Jezus powraca na ziemię głosić Dobrą Nowinę. Czy w czasach wielkich korporacji rządzących światem i gigantycznego społecznego rozwarstwienia chcielibyśmy jej w ogóle słuchać? Nie bójcie się, nie polecam wam nic ciężkostrawnego (wystarczy, że mieszanka żurkowo-babkowo-kiełbasowo-jajeczna taka jest), ale lekką i niezwykle przyjemną wariację na temat przyszłości, socjologii i religii, której nie można odmówić swoistej (choć w pewien sposób banalnej) mądrości. Książka dobra zarówno dla wierzących z dużym dystansem, jak i dla niewierzących (pod warunkiem że są spokojnymi ateistami, a nie chorymi bojownikami, którzy toczą pianę z pyska na samą myśl o religii). Przede wszystkim jednak idealna dla wielbicieli ciekawego stylu, krwistych postaci i paskudnych, zszarzałych od betonu światów. Warto zajrzeć, nawet dzisiaj i zastanowić się jak ja bym zareagował, gdyby nagle, nie wiadomo skąd na Ziemi pojawił się Chrystus. Choć to tylko cieniutka, lekka powieść fantasy, a nie kazanie księdza proboszcza, takie pytanie na pewno gdzieś tam w głowie nam zaświta i to nie jeden raz. Fabuły zdradzać nie będę, jest dość prosta i zniszczyłoby wam to dobrą, świąteczną lekturę. Jest kilku kloszardów. Jest kilku bardzo wpływowych ludzi. Kilka bardzo intratnych, ale morderczych biznesów. I jeden Odkupiciel.

Apostoł wyciągnął zza pazuchy pomięte kartki Najnowszego Testamentu i z ostatniej strony odczytał końcowe zdania (...) w które aż do tej chwili nie chciał wierzyć...

Dzisiaj tak króciutko, bo wszystkie brudnopisy mają dziś w głowie tylko żurek z kiełbasą... Zabijcie Odkupiciela, książka fantasy z odrobiną przesłania dostaje ode mnie 8/10 punktów. Tak na święta.

środa, 1 kwietnia 2015

Byłem dzieckiem żołnierzem / Lucien Badjoko, 2007

Są książki, do których powracamy – to niepodważalny fakt. Do niektórych często, mówią bowiem wiele o nas samych. Niektóre dorastają razem ze swoim czytelnikiem, kształtują go i uświadamiają wiele rzeczy. Książki, których wielką mocą są porywające historie, wielowymiarowi bohaterowie i piękne narracje. 

To nie jest taka książka. Powróciłam do niej, po dziesięciu latach od czasu jej oryginalnego wydania nie ze względu na to, że opisane w niej sytuacje są w jakiś sposób mi bliskie. Wręcz przeciwnie – Badjoko opowiada o czymś, co dla Europejczyka XXI wieku wydaje się bardziej abstrakcyjne niż loty kosmiczne i fizyka kwantowa. 

Powróciłam do niej, bo jest w stanie przybliżyć nam zjawiska, które obserwujemy z trwogą w Internecie i telewizji. Gdy kilka miesięcy temu świat obiegło nagranie dokonane przez członków Państwa Islamskiego, na którym widać dokonującego egzekucji dziesięcioletniego chłopca; my wszyscy, wychowani wśród pluszowych zabawek i pistoletów na wodę, zamarliśmy przerażeni. Jak to się dzieje, że jedne dziesięciolatki to niedojrzałe, przesłodkie stworzonka bawiące się lalkami, podczas gdy inne wychodzą za mąż i przygotowują się do roli matek, a jeszcze inne bez mrugnięcia okiem strzelają ludziom w tył głowy? Co później dzieje się z takimi dziećmi i czy jest dla nich jeszcze ratunek? Zastanawiając się nad tym całkiem niedawno i nad niespokojnymi czasami, które prawdopodobnie nadchodzą, przypomniałam sobie o cieniutkiej, niepozornej książeczce stojącej w mojej biblioteczce i uznałam, że czas do niej powrócić. Może 150 stron relacji prostego, wychowanego na wojnie chłopca nie jest książką na wesołe, wiosenne wieczory i popisem wielkiej elokwencji. Jej prostota i niefrasobliwość z jaką Badjoko opowiada swoją przerażającą historię zdaje się jednak być jej największą zaletą.

Kiedy uniosłem głowę, żeby zobaczyć, co się stało, ujrzałem zwisające z wnętrza mego brzucha trzewia...

To wtedy straciłem życie.
Mając trzynaście lat.
(...)
"Powiedzcie im, że zginąłem jak bohater", pomyślałem jeszcze. Ale nie mogłem się już odezwać. 

Badjoko to młody Zairczyk, który w wieku lat dwunastu wraz z dziesiątkami tysięcy innych dzieci został zacięty w szeregi milicji Laurenta Desire Kabili, która w 1996 roku próbowała obalić Dyktaturę Mobutu. Po pięciu latach walk, podczas których ginęli jego najbliżsi przyjaciele, a on również niejednokrotnie otarł się o śmierć, został zdemobilizowany i opowiedział swoją historię. Tragedię, która kosztowała życię ponad trzydziestu tysięcy dzieci, traktowanych przez dorosłych jak mięso armatnie i maszyny do zabijania. W czym tkwi sekret dzieci żołnierzy? Badjoko z prostotą odpowiada: szybko się dostosowują i nie zadają pytań, a jako nieukształtowani młodzi ludzie nie zawracają sobie głowy tak abstrakcyjnymi rzeczami jak moralność. Byłem dzieckiem żołnierzem to prosta, ale dająca do myślenia opowieść o tym, kim my mogliśmy być, gdybyśmy urodzili się w nieco innym miejscu i czasie. Powrót do tej książki nie był czasem straconym, ale również nie należał do przyjemności. Byłem dzieckiem żołnierzem, opowieść z Demokratycznej Republiki Konga lat '90 dostaje ode mnie 7/10 punktów, jako lekcja historii i przestroga. 

A kiedy stykałem się z kimś, kto był tam razem ze mną, zaśmiewaliśmy się do łez.

Pamiętasz, jak piliśmy tamtą wodę z kałuży i coś nam się poruszało w ustach?
Ha, ha, ha...
A tamtą kozę, którą pożarliśmy na surowo?
Ha, ha, ha...

niedziela, 8 marca 2015

Czarne Koty i Prima Aprilis: Skąd się wzięły przesądy w naszym życiu? / Harry Oliver, 2011

Początki pięknej pogody nigdy nie wpływają dobrze na czytelnictwo. Brudnopis hasa po zieleni jak beztroski pasikonik, a gdy nie może – tęsknie wygląda przez okno. Nie ma mowy o wgryzaniu się w zawiłości jakiejś skomplikowanej, wielotomowej powieści. Jednak w autobusach, tramwajach czy przerwach na uczelni trzeba coś czytać – i czymś takim niewątpliwie może zostać ta książeczka. Ustaliliśmy już, że pogoda źle wpływa na czytelnictwo, można więc pójść o krok dalej i spytać co jeszcze działa źle/dobrze na inne aspekty naszego życia. Czarne koty i Prima Aprilis to zbiór przezabawnych przesądów na tematy każdemu człowiekowi bliskie: rozrywka, niebezpieczeństwa, gesty i czynności, dom, odzież, zwierzęta, ciało, miłość, jedzenie, hobby i wiele, wiele innych. Jak ustrzec się pecha i jak sprowadzić na siebie wielkie szczęście? Na początek należy zakupić książkę Harrego Olivera, a później pozostaje już tylko pluć przez lewe ramie, brać ślub w odpowiedni dzień i absolutnie nigdy nie rozkładać w domu parasola. 

Ta trzystustronicowa, ładnie wydana książeczka to zbiór najbardziej ciekawych wierzeń dziadków i babć na całym świecie, ale w szczególności w Europie. Jeśli więc nie wiecie czemu wiąże się wciąż czerwoną wstążeczkę na dziecięcych wózkach, albo jak zachować się, gdy drogę przebiegnie wam stado czarnych kotów, zaopatrzcie się w tą leciutką lekturę. Z całą pewnością można ją nazwać przezabawną encyklopedią przedziwnych pomysłów ludzkości. Cóż więcej można dodać? Może tylko tyle, że dowiedziałam się o tak wielu przynoszących pecha rzeczach, że przestałam się dziwić, czemu nie mam bogatego, przystojnego męża ani nie wygrałam jeszcze w lotto. Czas to zmienić! Czarne koty i Prima Aprilis dostają ode mnie 6/10 punktów.

A tak w ogóle to:
  • Jęczmień na oku należy pocierać ogonem czarnego kota,
  • Jeże kradną mleko,
  • Nastąpienie na szczelinę w chodniku NAPRAWDĘ przynosi pecha,
  • Eksperci wciąż spierają się na temat tego, jak powinno wieszać się podkowę nad drzwiami,
  • A skorupki jajek należy zawsze drobno kruszyć, aby jakaś czarownica za ich pomocą... nie zatopiła statku!

wtorek, 27 stycznia 2015

Saint Laurent / Bertrand Bonello, 2014

Yvres Saint Laurent – mężczyzna, który zrewolucjonizował światową modę, artysta i wizjoner. Homoseksualista uzależniony od narkotyków i alkoholu. Powszechnie wiadomo, że każdy geniusz ma swoje szaleństwa, Yvers Saint Laurent miał bogaty wachlarz dziwactw. Swoim kochankom powtarzał:Lubię ciała, których dusze przebywają gdzie indziej. Kochał nie tylko mężczyzn, na swój sposób kochał również płeć piękną, jako pierwszy ubrał kobietę w smoking. Na pogrzebie w 2008 roku, jego współpracownik i wieloletni partner Pierre Berege powiedział: Chanel podarowała kobietom wolność, ale Saint Laurant dał im siłę. 

W 2014 roku powstały dwa filmy oparte na życiu francuskiego projektanta, ja obejrzałam produkcję Saint Laurent w reżyserii Bertrand’a Bonello i nie zawiodłam się. Bertrand Bonello skupia się na okresie, w którym Yvers Saint Laurent odnosił największe sukcesy, jednocześnie silniej popadając w uzależnienia. Rozkwit potęgi YSL przypada na lata 60 i 70 ubiegłego wieku, oglądamy więc tworzenie i przygotowania do jego najlepszych kolekcji, kontrastem są porażki w życiu prywatnym, które reżyser przedstawia bardzo dokładnie – nocne kluby, biały proszek i homoseksualne orgie to większa część dnia kreatora mody. Film tylko zarysowuje traumatyczne przeżycia YSL mające miejsce przed osiągnięciem światowej sławy, służba w wojsku podczas wojny w Algierii, pobyt w szpitalu psychiatrycznym i leczenie homoseksualizmu wstrząsami elektrycznymi odcisnęły piętno na psychice projektanta. Reżyser skupia się również na burzliwym romansie z Jacquesem de Bascherem, który przyczynił się do upadku moralnego Yvers Saint Laurenta.


Po pierwsze, największym plusem filmu jest ścieżka dźwiękowa, jest to mieszanka kilku stylów muzycznych, mamy przyjemność posłuchać  Marii Callas i Lee Fields. Po drugie, bardzo podobał mi się zabieg reżysera mający na celu uwydatnienie kontrastu między światem bogatego geja, przepełnionego blichtrem i artystycznymi uniesieniami, a światem w którym trwa wojna, strajki i głód. W postać projektanta wcieli się Gaspard Ulliel, który świetnie odnalazł się w tej roli i nawet wystylizowany na homoseksualistę mógł wzbudzać zainteresowanie kobiet. Moje wzbudzał, szczególnie w filmie Księżniczka Montpensier. Nie będę ukrywać – dużo penisów i gejowskich pocałunków, więc nie każdemu film przypadnie do gustu. Dla mnie najbardziej urzekające było nawiązywanie do literatury, malarstwa i muzyki. Yves Sant Laurent przy tworzeniu swoich kolekcji inspirował się Warholem, Proustem, Cocteau i innymi wielkimi artystami. Sam był artystą, który zapisał się na stałe w historii mody. Do tego wszystkiego piękne zdjęcia –zachwycające pokazy mody, oddające charakter projektanta, szczególnie pokaz z 1976 inspirowany kostiumami Leona Baksta dla Baletów Rosyjskich. Pozwolę sobie jeszcze raz zacytować jego partnera Pierra Berege, który o wirtuozowskiej modzie YSL mówił:polega ona na tym, że każda kolekcja stanowi dla niego środek do ożywiania marzeń, wyrażania fantazji, konfrontowania się z mitem, i tworzenia z nich współczesnej mody. Reżyser rzuca również światło na środowisko homoseksualne w ówczesnych latach i funkcjonowanie paryskich domów mody.



Saint Laurent to film dla miłośników mody, a przede wszystkim Yvres Saint Laurenta. Bez podstawowej wiedzy o życiu projektanta, wiele wątków może być dla odbiorcy niezrozumiałych. Moje zainteresowanie zrodziło się z obsesji na punkcie perfum (należę do kobiet skupujących urocze flakoniki), YSL oprócz ubrań na rynek wprowadził sygnowane swoim nazwiskiem perfumy, do dziś te zapachy cieszą się popularnością. Dla mnie Saint Laurent był rozrywką intelektualną, o niebo lepszą niż książka Zarys ekonomii międzynarodowej, którą powinnam przyswoić - sesja is coming. 

sobota, 17 stycznia 2015

Wielki Gatsby / Francis Scott Fitzgerald, 1925 (książka) Baz Luhrmann, Craig Pearce, 2013 (film)

 Fitzgerald to jeden z czołowych twórców tak zwanego straconego pokolenia, czyli pisarzy amerykańskich, którzy jako młodzi mężczyźni walczyli w Europie w latach 1914-1918, a później nie potrafili się odnaleźć w rodzinnych stronach. Najbardziej charakterystycznymi dziełami tej generacji jest Pożegnanie z bronią Ernesta Hemingwaya oraz Żołnierska zapłata Williama Faulknera.

Po I wojnie światowej nastąpiła duża zmiana w postrzeganiu świata. Przestano ufać w to, że rozwój i postęp nauki, technologii i instytucji społecznych prowadzi ku lepszemu i łatwiejszemu życiu, oraz w świetlaną przyszłość – przecież w czasie I wojny światowej te wszystkie wynalazki i odkrycia zostały wykorzystane przeciwko człowiekowi. Większość mitów europejskich została skompromitowana. Kryzys wpłynął znacząco także na narrację, zaszła bardzo głęboka zmiana języka literackiego. Dotyczy to po pierwsze kwestii tematyki, po drugie tego, co futuryści nazywali uwolnieniem słów. Postulowano słowa na wolności - w dziedzinie składniowej i wersyfikacyjnej. 

Francis Scott Fitzgerald to pisarz i scenarzysta filmowy, który wraz z żoną wiódł bujne życie towarzyskie w Stanach i Francji, zwłaszcza na Riwierze Francuskiej. Byli oni bohaterami setek anegdot i dziesiątków skandali, do których istnienia przyczyniała się często jego choroba alkoholowa. Znaczna część ich sporych dochodów szła na utrzymanie chaotycznej żony, a część na wychowanie i naukę ich córki, Scottie. Mimo romansów, Fitzgerald nigdy nie opuścił żony, a rodzinę uważał za najwyższą wartość.

Zaczynam recenzję od tych wszystkich informacji, ponieważ bez nich trudno chyba należycie zinterpretować Wielkiego Gatsbego, którego wygrzebałam w supermarkecie z kosza z przecenami. Najwyraźniej książka bez filmowej okładki nie sprzedawała się wystarczająco dobrze... niektórzy twierdzą, że wydawanie klasyki literatury z okładkami filmowymi jest nieco niesmaczne, myślę jednak że sam Fitzgerald jako scenarzysta filmowy wcale by się o to nie obraził. Wszak literatura to teraz tylko biznes, a Wielki Gatsby był ekranizowany pięć razy: z czego ostatnio w 2013 roku i niewątpliwie to ta ekranizacja przywróciła go światu. Moją złotą zasadą jest: najpierw książka, potem film, co nie zmienia faktu, że bardzo doceniam wpływ kinematografii na czytelnictwo. Większość osób zachwyconych po ekranizacji książką Fitzgeralda, bez DiCaprio nigdy by po nią nie sięgnęła. Teraz to filmowcy, a nie krytycy literatury czy nauczyciele ratują wielkich od zapomnienia. 
Wielki Gatsby jest raczej malutką książeczką, spokojnie mieszczącą się na dwustu stronach i w dwóch godzinach intensywnego czytania. Za to doznań i myśli przewodniej wystarczy nam na znacznie dłużej:

Zanim kogoś ocenisz, musisz uświadomić sobie, że on nie jest tobą i że nie wszyscy ludzie na świecie mieli takie same możliwości jak ty. 

Zaczyna swoje wspomnienia narrator, pochodzący z dobrego domu makler giełdowy Nick Carraway. Właśnie przeniósł się do Nowego Jorku i opowiada nam historię swojego bogatego, obdarzonego podwójną moralnością środowiska młodych Amerykanów w okresie prosperity po I wojnie światowej. Amerykanów, którzy nigdy nie musieli zapracować na swój sukces, ponieważ pochodzili z odpowiednich rodzin, gdzie wszyscy znają wszystkich. Ich życie mija na jeździe konnej, wynajmowaniu apartamentów i wielkich przyjęciach, z których najokazalsze wydaje sąsiad Nicka, Gatsby. Gatsby, o którym towarzystwo nie wie nic, za to bardzo chętnie o nim opowiada. Gatsby, który z jednej strony organizuje huczne przyjęcia, a z drugiej jest skromnym i skrytym człowiekiem, czego przeciętny przedstawiciel środowiska nie potrafi zaakceptować. Środowiska, w którym przyjaźnie muszą się opłacać, bycie bohaterem wojennym nie wystarcza, aby zdobyć szacunek, a miłość przelicza się na dolary. Przyjaźń między Nickiem, a Gatsbym odkrywa przed tym pierwszym zakłamanie i zubożenie duchowe ludzi z którymi obcują. 

Gdy byłem już przy żywopłocie, odczułem nagłą potrzebę powiedzenia mu jeszcze czegoś. Odwróciłem się i powiedziałem:
- Nie przejmuj się tak, Jay. Jesteś więcej wart, niż oni wszyscy razem wzięci.

A sam Gatsby, mimo niewyjaśnionej przeszłości i zakłamanej, nielegalnej teraźniejszości, z nich wszystkich wydaje się najbardziej przyzwoitym: jedyny posiada prawdziwie ludzkie emocje, choć ocierające się o szaleństwo. Największym jego pragnieniem jest to najmniej osiągalne: rozpoczęcie wszystkiego od początku w poszukiwaniu sensu. Jest jedyną osobą, która jeszcze ma o czym marzyć i dąży do spełniania tych marzeń, zamiast żyć z dnia na dzień, nie wnosząc na świat nic nowego. 

Tak oto nieprzerwanie dążymy naprzód – pod prąd, który nieubłaganie spycha nas z powrotem i każe dryfować w przeszłość. 

Fragmentem, który najbardziej utkwił mi w pamięci jest ten, w którym jeden z bohaterów w napadzie szaleństwa myli reklamę... z Bogiem. Przekaz wydaje mi się jak najbardziej aktualny.

Mnie może oszukać, ale nie oszuka Boga. Poprowadziłem ją do tego właśnie okna i kazałem patrzeć w te oczy – Wilson wskazał na wynurzające się zza okna ogromne oczy doktora T.J. Eckleburga – Możesz oszukać mnie, ale nie oszukasz jego – powtórzył.

Co do filmu z 2013 roku... no cóż. Jest ładniusi i widać, że twórcy bardzo się starali zrobić na nas wielkie wrażenie i ukazać przepych świata Gatsbiego. Niestety, może ze względu na to, że zawsze bardziej oddziałuje na mnie słowo pisane niż obraz, nie odnalazłam w nim tej głębi co w powieści. Ekranizacja okazuje się być tylko udanym show ze świetną obsadą i kostiumami. Jeśli widzieliście Moulin Rouge, wiecie czego się spodziewać. Gatsby to przede wszystkim książka i jej tajemniczy bohater, potem długo długo nic i dopiero ładniusia twarz DiCaprio. Wydaje mi się również, że scenarzysta chciał nam przekazać Gatsbiego zbyt łopatologicznie, nie dając szans na samodzielne odkrycie jego sensu, a to co subtelne w powieści przerysowano i ubrano we wściekłe, komiksowe kolorki. Odarto ją z szyku, obdarzono erotyką i odrobiną agresji, w porównaniu z większością współczesnych filmów – malutką, w porównaniu jednak do książki zupełnie niestosowną.

Wróciłem z Nowego Jorku zniesmaczony. Zniesmaczony wszystkimi i wszystkim. Tylko jeden człowiek mnie nie brzydził.

Jeśli obejrzycie film przed przeczytaniem książki ma sporą szansę was zachwycić. Jeśli zrobicie na odwrót – rozczaruje was w ciągu kilku pierwszych minut. Tak to już z molami książkowymi jest, że ekranizacjom świetnych lektur stawiamy poprzeczkę bardzo wysoko.
Wielki Gatsby książka, otrzymuje ode mnie 9/10 punktów, a film dzięki świetnym zdjęciom 6/10 (co klasyfikuje go jeszcze do tych oglądanych z przyjemnością).

wtorek, 6 stycznia 2015

Pokolenie Ikea / Piotr C., 2012

Pokolenie Ikea - ludzie, których stać na kupno mieszkania na kredyt, ale już nie stać na jego urządzenie. Pokolenie Ikea zamiast na łóżku sypia na materacu rzuconym na podłogę, zamiast szafy używa papierowych kartonów, a za kuchnię starcza mu elektryczny czajnik i zestaw chińskich zupek błyskawicznych. Cechy charakterystyczne: papierowa lampa kula z Ikea za 25 zł oraz zestaw regałów Billy po 99 zł sztuka. Pokolenie Ikea to zazwyczaj mieszkający w dużych miastach element napływowy z małych miasteczek. Większość czasu spędza w pracy. Więzi międzyludzkie utrzymuje za pomocą komputera. Jego marzenia to stały i niczym nieograniczony dostęp do Internetu. W sieci spotyka swoich partnerów seksualnych, w sieci się z nimi kłóci i przez sieć ich rzuca.

Autor książki, Piotr C. to prawnik pracujący w warszawskiej korporacji. Skończył prawo ze średnią 4,7, wziął mieszkanie na kredyt, a weekendami wyrywa dziewczyny na jedną noc. Pokolenie Ikea to opowieść o ludziach, którzy zachłysnęli się wielkomiejskim życiem i wciąż gonią za pieniędzmi, miesiącami odkładając na zlew za trzy tysiące i designerskie krzesła do kuchni. Wszyscy chcą być fit, trendy i imprezować w najlepszych warszawskich klubach. Białym proszkiem też nie gardzą. Piotr C. opisuje fragment swojego jakże barwnego życia i prawa jakie w nim rządzą.

Dla faceta najlepszym wiekiem na małżeństwo jest 39 i pół.
Jakiś facet spod Sosnowca strącił chujem odrzutowiec.
To, jak rozumiem, oznacza, moja droga przyjaciółko Olgo, zdrowy sceptycyzm?
Możesz tak to sobie tłumaczyć. Czy te 39 i pół oznacza, że chcesz wyglądać jak Karolak i kupisz sobie gitarę? Od razu ci wobec tego powiem, że nie lubię Karolaka.
Bo?
Brzydzę się go. Ta jego szpara w zębach też mnie brzydzi, ale generalnie brzydzi mnie całokształt.
Mnie się podoba. A 39 i pół, bo to jest pierwszy moment, kiedy facet osiąga zen. Stan równowagi pomiędzy swoim penisem i swoim mózgiem. Co prawda za dwa trzy lata zaczyna się kryzys wieku średniego i znowu zacznie nim rządzić penis, ale ze trzy lata jest spokój. Aha, i czasami wystarczy, że facet sobie kupi nowy samochód i to kryzys załatwia.

Miałam przeczytać tę książkę już wcześniej, ale zawsze było coś ciekawszego. W końcu trafiłam na bloga, który prowadzi Piotr C. i po chwili zaczęłam rozumieć fenomen Pokolenia Ikea, na Facebooku lubi go 77 009 osób. Książka sprzedała się całkiem nieźle, jest już druga cześć Pokolenia Ikea. Kobiety, na pewno do niej zajrzę. Czytałam też wiele negatywnych opinii na temat tej książki, tylko nie rozumiem czym tu się oburzać? Chyba kolącą w oczy prawdą. Tak właśnie wygląda życie w Warszawie, a nawet jeszcze gorzej i nie tylko w Warszawie, w każdym większym mieście na świecie. Fakt, nie wszyscy prowadzą high life, są też ludzie doceniający w życiu coś więcej niż pieniądze, ale niestety to jest mniejszość. Autor nie szczędzi opisywania swoich podbojów seksualnych, a z tekstu wynika, że miał ich ponad setkę. Trzydziestolatek nie myśli o małżeństwie
i założeniu rodziny, tylko o tym, która dziewczyna w windzie ma lepsze cycki. Generalnie dużo cycków, dup i robienia lasek. Wiele pań pisze, że jest to obrzydliwe i prostackie. Tak, to właśnie takie jest i nie ma się co oszukiwać, tak funkcjonują mężczyźni (uprzedzam - wiem, że nie wszyscy), rozluźnienie obyczajowe tylko zwiększa pole do popisu. Przystojny i wykształcony mężczyzna (większość dziewczyn uznałaby go za dobrym materiał na faceta) ogląda w pracy portale randkowe
i piszę z gorącymi kiciami. Żonaci koledzy też ukradkiem spoglądają przez ramię.

#Kicia: Jesteś wybredny, ja to ta blondynka w różowej bluzeczce i niebieskiej spódniczce, myślę, że spełniam Twoje oczekiwania!.
Otwieraj, otwieraj.
Spojrzałem na fotę.
W sumie to wygląda nieźle. Szmatowato, ale nieźle.

O takiej Warszawie w przewodnikach nie przeczytacie, o Warszawie pełnej biurowców, drogich aut i markowych ubrań. O ludziach, którzy biorą kredyty nie tylko na mieszkania, ale również na ciuchy – by zdobyć pozycje w towarzystwie, o ludziach zatraconych w gonitwie szczurów. Piotr C. od razu skojarzył mi się z Hank’iem Moody’m z Californication, tylko Hank miał talent. Nie jestem oburzona i zniesmaczona, nie widzę powodu. Zbyt często jestem w Warszawie, by móc przeczyć temu, o czym pisze Piotr C. Rozczarowały mnie tylko zapożyczenia z innych utworów i naciągane dialogi. Książka momentami naprawdę zabawna - kolokwialnie i obrazowo. Nie wymaga wysiłku intelektualnego, w trakcie męczącej choroby w sam raz.  

niedziela, 30 listopada 2014

Woziłam arabskie księżniczki : Opowieść szoferki o najbogatszych księżniczkach świata (oraz ich służących, nianiach i jednym królewskim fryzjerze)/ Jayne Amelia Larson, 2014

Praca dla saudyjskiej rodziny królewskiej to harówka po siedemnaście godzin dziennie, gotowość do natychmiastowego spełniania najbardziej ekscentrycznych zachcianek dwadzieścia cztery godziny na dobę i lekcja niewolniczej pokory. To nas nie dziwi, prawda? A to, że mówimy o Los Angeles?

Los Angeles, gdzie wszyscy chcą być gwiazdą, a nie służącą, a ci którym się nie udało zostają boyami hotelowymi, albo szoferami, by nieustannie stykać się z tym, o czym mogą jedynie marzyć.

J. A. Larson to jedna z tych producentek filmowych, aktorek i pisarek, które nie mają swojej strony w Wikipedii. Można więc stwierdzić, że w krainie rozpusty jej się nie udało. Nie bojąc się nowych doświadczeń i przygód, ta pozytywnie usposobiona absolwentka Cornell University i Instytutu Sztuki w Harwardzie, postanowiła dorobić sobie pracując jako szofer w ekskluzywnej wypożyczalni samochodów. To tam dowiedziała się o naborze szoferów do obsługiwania siedmiotygodniowego pobytu saudyjskiej rodziny królewskiej w Ameryce. A to, czego doświadczyła i widziała wożąc arabskie księżniczki, opisała w swojej powieści.

Jeśli gustujecie w historiach typu Kwiat pustyni czy Wszystkie jesteście niewierne i uwielbiacie wyobrażać sobie życie Arabek jako jedno wielkie pasmo nieszczęść i rozpaczy, to nie czytajcie książki o arabskich księżniczkach, których jedynym zajęciem jest bieganie po najdroższych butikach świata i rozkazywanie służbie. Owszem, tak jak ich służące czy zwykłe mieszkanki Arabii Saudyjskiej są własnością swoich mężów. Współczujemy? Cóż... wolałabym być własnością swojego bajecznie bogatego męża, z którym na dodatek nie muszę się użerać, bo musi czas dzielić na kilka żon, a nie komornika. W tej chwili pewnie feministki plunęły z wściekłością na monitory swoich komputerów. Współczuję biednym kobietom oblewanych zgodnie z prawem kwasem, ale współczuję też tym które są źle traktowane bezprawnie. Kobietom więzionym w złotej klatce nie współczuję zupełnie. Zwłaszcza jeśli ich mężowie każą rozsypywać dywany z płatków róż na pasie startowym za każdym razem, gdy wsiadają do samolotu...

Jayne Amelia Larson opowiada o swoich doświadczeniach z księżniczkami, ich służbą oraz szoferami i obsługą hoteli. Miesza to z zabawnymi anegdotkami ze swojego życia i doświadczeniami mieszkańca Los Angeles. Niewątpliwą zaletą tej książki jest niefrasobliwy sposób pisania, lekkość pióra autorki i ciekawe refleksje dotyczące przepychu oraz bezproduktywnego życia księżniczki. Czy kolejny biustonosz za kilkaset dolarów da Ci prawdziwe szczęście? Czy należy zazdrościć bogactwa? Szczerze powiedziawszy po tej lekturze poczułam się odrobinę... szczęśliwsza. Należę do tych dziewczyn, które posiadają tylko jedną torebkę i kilka kopertówek otrzymanych w prezencie i naprawdę nie zazdroszczę frustracji kobietom, które czekają latami na otrzymanie torebki za kilkaset tysięcy dolarów.
Od czasu do czasu jedna z młodych służących przybiegała do samochodów z siatami butów o Jimmy'ego Choo, naręczem sukienek od Diora albo torebkami Birkin z krokodylej skóry od Hemesa we wszystkich dostępnych kolorach (nawet sto pięćdziesiąt tysięcy dolarów za sztukę). Elegancka kobieta, z którą chodzę na jogę, też taką ma, czarną. Powiedziała mi z dumą, że przez trzy lata była na liście oczekujących żeby ją zdobyć i że naprawdę było warto.
 To tyle jeśli chodzi o zalety, bo książka nie należy do wybitnych. To zwykłe czytadło, dobre na jeden wieczór, z którego następnego dnia nic się nie pamięta. Jedyne co może w nas pobudzić to:
a) zazdrość, jeśli kręci cię sława i bogactwo,
b) zażenowanie, jeśli masz fioła na punkcie stylu i narracji, bo ta Larson jest poprawna, ale nic poza tym,
c) chwilowy zachwyt nad swoim życiem, w którym nie musisz wykonywać operacji plastycznych tak często, jakby był to wypad do kina.
Cóż mam powiedzieć o tej książce? Fajna jest, ale "dupy nie urywa". Można przeczytać, ale można nie przeczytać, jak ktoś nie przeczyta to głupszy nie będzie. Spodziewałam się czegoś duuużo lepszego, ale najwyraźniej po wielu dobrych książkach nadeszły dla mnie chude tygodnie.

Daję tej książce 5/10 punktów.
I oczywiście dziękuję Ani K za udostępnienie mi tej pozycji.