Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść polska. Pokaż wszystkie posty

piątek, 8 marca 2019

Potępiony umysł / Sandra Feeser, 2016

Zastanawiałam się, czy napisać tak rozbudowaną opinię, ale ponieważ autorka jest polską debiutantką uznałam, że może przyda jej się bezstronna, pozbawiona hejtu opinia, która pomoże jej w dalszym rozwoju. Gdybym ja była autorką poszukiwałabym wszystkich opinii w internecie, najbardziej ciesząc się z konstruktywnej krytyki. Zdecydowanie Sandra Feeser ma spory potencjał, ale wiele pracy przed sobą. Potępiony umysł nie jest bowiem książką do końca spójną i kompletną.

Zaczynając od dobrych wieści: powieść czyta się niezwykle szybko dzięki bardzo prostemu, nieprzeintelektualizowanemu sposobowi narracji i wartkiej fabule. Akcja nawet na chwilę nie przestaje pędzić. Bohaterowie, przedstawieni głównie poprzez ich słabości nie pozostają czytelnikowi obojętni. Kto ma wzbudzać sympatię wzbudza ją, kto ma budzić niechęć budzi, postacie odrażające są doprawdy wstrętne. A to już wiele, jak na książkę debiutantki. Myślę, że jest w stanie dostarczyć dobrej rozrywki mniej wymagającym czytelnikom.

Teraz to co złe:

Mimo realistycznych, pozbawionych zadęcia dialogów i ciekawych opisów, postacie drugoplanowe są totalnie niewiarygodne. Mężczyzna uczestniczący w mordobiciu na wiejskiej potańcówce, ścigający się beemicą i biorący narkotyki, posiadający marny zasób słownictwa, po kilku stronach okazuje się zapalonym wielbicielem lokalnej historii i rzuca od niechcenia encyklopedycznymi faktami. Wyraźnie widać, że autorka stanęła w rozkroku między stworzeniem swojskich, a intelektualnie interesujących bohaterów. Dotyczy to zresztą większości bohaterów drugoplanowych, którzy raz mówią jak typowi ludzie bez studiów (a nawet matury), chwilę później opowiadając o czymś, jakby odczytywali informację z profesjonalnej strony internetowej. Osobie mało wrażliwej językowo zapewne nie będzie to przeszkadzać, dla mnie jest uderzające. 

"Policja nawet sugeruje, że może są wywożone za granicę, GDYŻ nie znaleźli jeszcze ich ciał" - macie  swoim  środowisku dużo młodych, imprezujących chłopaków, który używają spójnika gdyż w zdaniu wynikowym? 

Kolejnym grzechem debiutanta jest niewątpliwie łączenie wątków poprzez sny głównej bohaterki. Zazwyczaj w opowieściach młodych autorów ich bohaterowie mają prorocze sny, ewentualnie uciekają przed czymś przez las (wersja fantasy: jadą konno i pada deszcz). 

Kolejnym wątkiem jest policjant z zespołem Aspergera: bardzo kontrowersyjny pomysł. Nie jestem ekspertem, ale pracuję z osobą z tą dysfunkcją i wiem, jak trudna jest dla niej każda, nawet najmniejsza zmiana. Hałas, ruch, zmiana położenia rzeczy, które zazwyczaj znajdują się w stałym miejscu, powodują u niej napady niekontrolowanej złości i agresji. Jestem przekonana, że osoba z tą  zdiagnozowaną dysfunkcją nie miałaby szans na pracę w policji. Co innego, gdyby autorka nadała bohaterowi specyficzne cechy, pozostawiając jego schorzenie w ukryciu przed innymi bohaterami i w domyśle dla czytelnika.

Jednym zdaniem dostrzegam w autorce potencjał, myślę ze może jej się przydarzyć autorsko coś dobrego. Przede wszystkim musi znaleźć dobrego i krytycznego redaktora, który skutecznie odciągnie ją od banalnych rozwiązań. Książkę można polecić jedynie mniej oczytanym i młodym czytelnikom, którzy przymkną oko na piętrzące się nieścisłości. Warto byłoby również ostrzec na okładce, że jest to powieść z wątkami parapsychologicznymi: może być to wyjątkowo rozczarowujące dla wielbicieli klasycznych kryminałów, którzy z całą pewnością sięgną po tą powieść zachęceni tytułem i okładką. Osobiście miałam nadzieję, że zagadkowe sny Moniki opisane w blurbie zostaną wyjaśnione w sposób realistyczny. 

wtorek, 28 sierpnia 2018

W promieniach szczęścia / Agata Przybyłek, 2018

Zdecydowanie nie jest to godna reaktywacja bloga. 


Prawdopodobnie nie jest to żadna reaktywacja bloga, bo jestem leniwą bułą. 


Od ponad roku ograniczam swoją intelektualną aktywność do wstawiania na stronę na Facebooku kilku zdań na temat wyjątkowo dobrych książek, którymi chciałabym podzielić się z innymi. Żadnego z tych kilku zdań nie uznałam za godne, aby wstawiać tutaj. 


Ponieważ jednak dziś postanowiłam poszerzyć swoje horyzonty o zapoznanie się z zupełnie obcym mi gatunkiem literackim i poczułam się jakbym dostała pięścią w nos uznałam, że warto wspomnieć o tym nie tylko w opinii na lubimyczytać i na swoich Fan Page'ch na Facebooku, ale również tutaj. Tak więc na szybko...


Pierwszy raz w życiu sięgnęłam po wydaną polską powieść obyczajową. Zdarzało mi się już wcześniej wygłaszać niepochlebne opinie na temat wysyłanych przez znajome próbek, ale w głębi duszy wierzyłam, że "nieeee no, chyba AŻ takich rzeczy to nie wydają". Ehem... 3 na szynach i tylko dlatego, że nie jestem okrutna z natury. 


W bibliotece przejrzałam kilka nowych powieści kobiecych, przy większości nie dałam rady przebrnąć pierwszej strony. A to ktoś robił herbatę, a to uspokajał rozjuszone konie, a to inne bzdety. Wreszcie trafiłam na panią Przybyłek, która nie dała rady zniechęcić mnie od pierwszej strony. Niestety padłam po kilkudziesięciu kolejnych. 


Nie chodzi o styl, jest on całkiem znośny, choć mdły - niczego innego nie oczekiwałam. Przerażające jest natomiast podejście do czytelnika jak do kretyna: nastolatka znajduje w śmietniku niemowlę i... zostaje jego matką zastępczą! Tak, to przecież logiczne.


Nie jestem specjalistką od adopcji, ale z tego co mi wiadomo dzieci porzucone są w dramatycznej sytuacji prawnej. Jeśli więc obok dziecka nie leżało perfekcyjnie dopracowane zrzeczenie się praw rodzicielskich (co mało prawdopodobne) jest to bzdura nad bzdurami. 


Nad pomysłem, że sąd przyznałby opiekę nastolatce bez pracy, studiów i partnera spuśćmy zasłonę milczenia. Jeśli w dalszej części książki, której nie dałam rady doczytać, nie ma jakiegoś błyskotliwego wybrnięcia z tej sytuacji, a książka faktycznie dzieje się w Polsce XXI wieku, a nie na księżycu... oznacza to, że pani Agata nie ma szacunku dla inteligencji swoich czytelników. A to baaaardzo niedobrze, nawet gdy pisze się powieści dla kobiet.


Z jednej strony człowieka skręca gdy myśli o poziomie powieści, jakie są u nas wydawane, z drugiej jednak strony... to się czyta. Wydawca nie żyje z autorów dobrych, tylko z autorów czytanych. A ja codziennie po kilkadziesiąt razy słyszę w bibliotece prośbę o "coś polskiego proszę pani, może Kasię Michalak... tak żeby było lekko i przyjemnie, bo czytam jak spać nie mogę".


Drogie niewyspane pelikany. Obowiązuje zasada najmniejszego wysiłku - jeśli nie wymagacie od autora żeby się starał to tego nie zrobi. Research ograniczy do wypicia herbatki przed klawiaturą i napisania co mu się zdaje...że łykniecie.


niedziela, 19 marca 2017

Szeol / Magdalena Markiewicz, 2015

Wymiany książkowe to często źródło wielu dobrych pozycji, które są ciekawe i dobrze się je czyta. Niestety, trafiają się także koszmarki takie jak “Szeol”, przy których człowiek wyrzuca sobie, że katuje się taką lekturą sam i na własne życzenie. Tak, sama krzywdziłam swój umysł wypocinami pani Markiewicz i bardzo tego żałuję, dlatego recenzja ta powstała, żeby ustrzec Was przed tym “dziełem”.

O samej pani Magdalenie Markiewicz wiadomo niewiele. Jest ona z zawodu ekonomistką. Współredagowała kwartalnik "Wnętrze i Ogród" i była także wydawcą e-magazynu "Inkubator Kreatywności". Napisała książkę popularnonaukową pt. "Motyle z mojego ogrodu". "Szeol" to jej pierwsza powieść, wielki debiut, który zapewne miał przynieść jej sławę. No niestety, nie wyszło.

Książka “Szeol” to zlepek zdań i rozdziałów, które zupełnie nie mają sensu i do niczego nie prowadzą. Nawet sam wydawca, niejakie Wydawnictwo FIK, chyba nie do końca wie czego dotyczy ta powieść, a świadczy o tym opis na okładce książki.

Lena Szauer - trzydziestoletnia ekonomistka z północnej Polski, pracuje dla międzynarodowej korporacji. Została wytypowana na lidera w zdobywaniu lukratywnych kontraktów, stąd życie jej to pasmo niekończących się podróży, wypełnionych mocą wrażeń, napięć - jak również chwil grozy. Akcja powieści rozgrywa się na trzech kontynentach: w Azji, Afryce i Europie, toteż jest niezwykle dynamiczna i wielowątkowa. Fabuła dotyka również obszaru metafizycznego, niczym z obrazu Botticelliego. Zawieszonego gdzieś pomiędzy, w którym poznajemy wizję apokaliptycznej traumy, dotykającą główną bohaterkę. Poruszone w powieści kluczowe dla fabuły zagadnienia, mogą stanowić lustro, w którym Czytelnik ma szansę wyłuskać odpowiedzi na wiele swoich życiowych pytań. Psychologiczny nurt proponowanej prozy demaskuje niemałą skalę ceny, jaką płaci się za mylenie życiowego spełnienia z powierzchownym konsumpcjonizmem.

Masło maślane bez konkretów i jakiegokolwiek zarysu fabuły, które musiałam przeczytać kilka razy zanim zdołałam wyciągnąć z niego jakąś treść. Rzekome zapewnienia o metafizyce i głębokiej tajemnicy kończą się jedynie na dziwnych, starających się wyglądać na mroczne, opisach, które niczego nie wnoszą i nie mają związku z rozdziałami.

Postać głównej bohaterki, Leny Szauer, nie budzi ani sympatii, ani niechęci. W zasadzie nie wywołuje żadnych uczuć. Jest napisana płytko i bez polotu, tak samo jak dialogi, chociażby bohaterki z jej partnerem życiowym, które brzmią jak rozmowa dwójki nastolatków z gimnazjum.

Akcja pojawia się dopiero po ponad pięćdziesięciu stronach i może nie byłoby to nic dziwnego, gdyby format stron był bardziej skondensowany, zawierał więcej tekstu. Wcześniej brak jest jakichkolwiek nawiązań do tego co ma się wydarzyć. Czytamy tylko o pracy Leny, jej wypadach do KFC i wycieczkach po okolicy.

Ponadto pani Markiewicz uwielbia skupiać się na przewlekłych opisach otoczenia i historii. Zagłębia się w nie z wielką ochotą, poświęca im wiele uwagi, po czym porzuca same sobie, by wrócić do właściwej opowieści. Wtrąca też historie dotyczące bohaterki, które również nie mają znaczenia w dalszej fabule i które nie są na tyle ciekawe, zabawne czy przejmujące, żeby koniecznie je przytaczać (jak opowieść o tym, że Lena lubi ryby, bo kocha morze i chciałaby kiedyś mieszkać w nadmorskiej miejscowości).

W “Szeolu” zadziwia także styl pisania pani Małgorzaty, który wskazuje na całkowity brak umiejętności pisarskich. Całą książkę zastanawiałam się czy autorka przeczytała kiedykolwiek jakąś książkę, ponieważ naprawdę trzeba się postarać, by tak nieudolnie stawiać wszelkie znaki interpunkcyjne i duże litery. Dziwi to tym bardziej, że pani Markiewicz jest rzekomo autorką felietonów, a także pracowała dla kilku czasopism, dlatego zastanawia mnie jak źle wyglądały artykuły, które wyszły spod jej pióra. Cóż tak mnie ubodło? Wiele tego było. Od bezsensownych pauz, przez zastępowanie przecinków i kropek średnikami oraz nadużywania wielokropka, aż do nieudolnej budowy zdań. Winę w tym wszystkim ponosi także wydawca, który prawdopodobnie wydał to “dzieło” bez przeczytania go choć raz.

Równie irytujące jest też wstawianie angielskich słów, które nic nie wnoszą, a są jedynie niezrozumiałym kaprysem autorki, oraz słów takich jak „iż”, „gdyż”, „zaiste”, czy „dziatwa”. Całkowite pomieszanie “nowoczesności” z Sienkiewiczem.

Poniżej kilka przykładów, które są zaledwie ułamkiem całej tej pomyłki zwanej szumnie powieścią i przysięgam na wszelkie świętości, że niczego nie zmieniałam w pisowni tych fragmentów.

Z jednej strony cieszyła się, że uszła z życiem, z drugiej zaś - dręczyły ją niepokojące myśli o tamtym agresorze.

Minęła godzina, nic jednak złego nie wydarzyło się.

...zapyta się jej…

- Nie, oni nie widzą że to ja…, że to ja go zabiłam!

Towarzyszka - książka umilała płynący czas, przenosząc Lenę do innego świata - beztroska i błogość…

Wyrwana z koszmaru ponownie nie zasnęła tej nocy.

Taki life, cóż zrobić.

Niebo przybrało kolor blue…

Wszystko działo się tak szybko, wręcz o wiele za szybko.

- As-salam - odpowiedziała zadziornie, po czym dodała :- widząc twoje podekscytowanie podróżą z pewnością czekasz tu od rana?

Szli w milczeniu; Filip bał się cokolwiek powiedzieć, aby nie rozpalać na nowo pożaru - wolał więc nic nie mówić; Lena natomiast udawała obrażoną.

- Ok. skoro polecasz, to spróbuję, zawsze to coś innego niż duszona wołowina : Zaraz wracam.

- Z pewnością, ale koty zawsze są głodne i jeśli mają taką okazję jak dziś - to ją najzwyczajniej wykorzystają - zapewnił Filip.

- Ok., zaraz wracam.

“Szeol” autorstwa Magdaleny Markiewicz dostaje ode mnie 1/10 punktów.  Książka ta to kpina z czytelników, a jakakolwiek jej promocja to strata czasu. Fabuła nie ma sensu, a rzekoma metafizyka i tajemnica jest dla mnie całkowicie ukryta, ale może to moja wina, może jestem na to zwyczajnie za płytka, jak na dzieła Paulo Coelho. Zastanawia mnie jedynie, jak bardzo bezkrytycznym trzeba być wobec siebie i swojej twórczości, żeby chcieć wydać coś tak złego. Serdecznie nie polecam Wam tej książki. Trzymajcie się od niej z daleka.

środa, 10 sierpnia 2016

Fetysz mózgu / Kinga Korska, 2016

Czuję się odrobinę nieswojo, komentując tę pozycję. Rzadko recenzuję polskie książki, jeszcze rzadziej powieści pisane przez kobiety, a tym razem jest to w dodatku komiks - od których jakoś z reguły trzymałam się do tej pory z daleka. Ponieważ jednak miałam dziś wolną godzinkę, a Fetysz leżał obok mnie i kusił intrygującym tytułem i okładką (i to aż w dwóch wersjach językowych!) postanowiłam zajrzeć. Konsekwencją tego jest chęć ostrzeżenia Was przed tą powieścią graficzną. Przeczytanie jej bowiem za darmo jest całkiem w porządku, zapłacenie jednak kilkudziesięciu złotych za tą wątpliwą przyjemność już z pewnością nie. Zresztą takie odczucia mam przy bardzo wielu książkach: jeśli są wypożyczone z biblioteki i poświęcacie na nie tylko czas, trudno: nie spodoba Wam się to odłożycie na bok i żadnej straty nie będzie. Gorzej, jeśli skuszeni jakimś marketingowym chwytem zapłacicie za nią kupę kasy, a później czytacie z poczucia obowiązku. Właśnie przed tym chcę Was ustrzec z kilku powodów:
  • Na świecie jest tyle fantastycznych rzeczy, na które można wydać kasę, że aż szkoda ją marnować!
  • Odwiedzających tego bloga jest tak żałośnie mało, że czuję się osobiście odpowiedzialna za Wasze czytelnicze dobro :D
  • Rysunki i opisy na okładce są na tyle ciekawe, że łatwo wyjść z założenia że będzie to coś ciekawego, jeśli nie ma się możliwości zajrzenia do środka. Głupio byłoby więc kupić ten komiks komuś w prezencie, a potem się za niego wstydzić. 

Wydawca zapewnia nas, że jest to błyskotliwa, wciągająca i poryszająca psychologiczna powieść graficzna na 5gwiazdek. Ja wiem, marketing i te sprawy, ale żeby aż tak kłamać? W opisie komiksu możemy przeczytać:
Często zapominamy, że kobiety, obok cycków, mają również mózg. Co więcej, są też takie, które - podobnie jak autorka - nie wahają się go używać. To pierwsza powieść graficzna na rynku wymagająca zaangażowania, która prowokuje do zabawy intelektualnej, użycia nie tylko zmysłu wzroku, ale i czegoś więcej, by w pełni uruchomić mózg czytelnika - tak, by stał się rownież jego fetyszem.


przykładowa odkrywcza myśl
No i pięknie! Liczyłam, że będzie to naprawdę błyskotliwa powieść graficzna, oparta na odkryciach psychologów, która otworzy przede mną jakiś nowy świat. Nie jestem jakąś wielką fanką autorek takich jak chociażby Katarzyna Miller, ale lubię sobie czasem przeczytać niezobowiązująco i zabawnie o rzeczach poważnych. A czy może być w naszym życiu coś ważniejszego niż miłość i związki? Tym większe było moje rozczarowanie debiutem pani Kingi Korskiej, który nie zachwyca od strony graficznej, ale przede wszystkim treścią. Dostajemy bowiem garść porad i faktów, które można znaleźć w chyba każdym krótkim artykuliku o psychologii i związkach, obleczone w 183 strony truizmów w stylu Paulo Coelho. Pani Kinga przedstawia nam bowiem "swoje starsze alter ego", dojrzałą matkę zbliżającą się do trzydziestej rocznicy ślubu, która tłumaczy swojej nieco bezczelnej córce zasady udanego pożycia małżeńskiego.

Sama koncepcja bardzo fajna, ale to co dowiadujemy się z ust głównej bohaterki to dokładnie te same złote mądrości, jakie za darmo można usłyszeć w telewizjach śniadaniowych. Dodałabym do tego jeszcze, że wszystkie żarciki są dość seksistowskie - mężczyźni przy kobietach wypadają w niej bowiem jak u Bennego Hilla. Z tym, że gdy to kobieta robi z facetów gorszą, brzydszą i niedomyślną płeć wypada to dużo mniej śmiesznie niż w moim ulubionym show z dzieciństwa.

Do tego pani Kinga dodała odrobinę wylgaryzmów i prymitywnych dowcipów i to mieliśmy chyba odebrać jako zapawiadaną przez autorkę "ironię". Niestety, najwyraźniej brudnopisom ironia jest całkowicie obca.

O matko... Brudnopis trochę się wyżywa i jest to nieładne, baaaardzo rzadko tak źle oceniam czyjąś ciężką pracę. Nie wątpię bowiem, że pani Kinga bardzo się naprawcowała przy tworzeniu. Po prostu podejrzewam, że pozwolono jej zadebiutować zbyt wcześnie, zanim uświadomiła sobie dokładnie co chce czytelnikowi tak naprawdę przekazać. Tym bardziej zastanawia mnie fenomen tej pozycji, która została wydana w dwóch wersjach językowych i jest dość energicznie promowana. Wydawnictwo nazywa się vorto, czytelnik sam oceni czy worto było, czy nie worto :)

Niestety, z mojej recenzji mogą wynikać jedynie trzy wnioski:
  1. jest to dość kiepska pozycja,
  2. w ogóle się nie znam!
  3. takie marudy jak ja, same hobbistycznie interesujące się psychologią (jak chyba wszyscy mający problemy emocjonalne) nie są targetem tej książki. 

Niezależnie jednak od powodów Fetysz oceniam na 3/10, jednocześnie nie "przekreślając" autorki na zawsze: z tego co można bowiem o niej poczytać jest wszechstronną artystką, która może nas jeszcze zaskoczyć. Aby potwierdzić tę tezę dodam, że niektóre obrazeczki były całkiem udane:


wtorek, 9 sierpnia 2016

Extensa / Jacek Dukaj, 2002

Przyznam niechętnie, że dość długo zastanawiałam się, czy napisać recenzję Extensy. Nie jestem osobą dobrze zaznajomioną z science fiction i bałam się, że przerośnie ona mój mały, przywykły do fantasy móżdżek. Biorąc pod uwagę fakt, że do powieści Dukaja podchodziłam już dwukrotnie i żadna nie przypadła mi do gustu (ładnych kilka lat temu, kiedy byłam zdecydowanie mniej wyrobionym czytelnikiem, więc może teraz do nich powrócę) sięgnięcie po Extensę było już sporym wyzwaniem. Natomiast samo przeczytanie to już czysta przyjemność.

Kojarzycie pewnie dobrze ten "zabieg" stosowany przez wszystkich niedoświadczonych autorów fantastyki: poświęcają oni z reguły cały pierwszy rozdział, aby opowiedzieć czytelnikowi wszystko o świecie przedstawionym. Wydaje im się, że to fair, skoro jest to później potrzebne do zrozumienia fabuły. To chyba najbardziej drażniący ze wszystkich podstawowych błędów, na widok którego mam ochotę krzyczeć: nie opowiadaj mi tego, tylko mi to pokaż! 

Na szczeście autorowi tej nominowanej do Nagrody im. Janusza A. Zajdla powieści jest to "zabieg" całkowicie obcy. Z marszu zostajemy bowiem wrzuceni do całkiem nowego, zadziwiającego świata, w którym absolutnie nic nie jest dla nas zrozumiałe i musimy go powoli zgłębiać, jak badacze odległego lądu. Od razu ostrzegę jednak wszystkich niecierpliwych czytelników, którzy lubią proste sytuacje: w tej powieści wiele wątków jest zupełnie niezrozumiałych prawie do samego końca. 

Trafiamy do Zielonego Kraju, gdzie towarzyszymy dorastającemu chłopcu w jego ciężkim życiu na ranczu. Mimo iż jego rodzina zajmuje się hodowlą koni, żyje bez telewizorów i komputerów, w czasach w których nawet lekkie urazy mogą skończyć się śmiercią, znajdujemy się w bardzo odległej przyszłości. Sam Zielony Kraj jest bowiem dawną Grenlandią, enklawą pośród rozpadającego się wszechświata, na którą raz po raz spadają kolejne ciosy: a to grad diamentów, a to napad potwornych zwierząt, a to błąkające się po świecie, nielubiane przez nikogo duchy. 

W dodatku Oni na przemian grożą unicestwieniem Zielonego Kraju albo kuszą obietnicami wiecznego, zdrowego i pozbawionego wszelkich trosk życia. Oni, ta niezrozumiała nikomu zupełnie obca cywilizacja, posunięta w rozwoju tak dalece, że w niczym nieprzypominająca ludzi i zwierząt. Pozbawiona indywidualności, emocji i ciał, ceniąca jedynie szeroko pojętą informację, potrafiąca zachwycać się jedynie bogactwem kosmosu, technologii i matematyki. 

Nasz narrator i zarazem główny bohater, dorasta w podtrzymującej tradycje rodzinie, jak każdy ceni sobie czas spędzany z siostrą, zakochuje się, przeżywa tragedie rodzinne i rozmyśla nad sensem istnienia. Jest więc typowym bohaterem powieści obyczajowej, z tą różnicą, że przychodzi mu żyć w niezwykłym świecie i zmuszany jest do dokonywania niezwykłych wyborów. W tym prymitywnym, niepewnym świecie poznaje on starego astronoma, mistrza zapomnianej przez wszystkich nauki i za jej pomocą przybliża się niebezpiecznie do ich świata. Jednocześnie nabywa umiejętność, jakiej pozazdrościli by mu wszyscy współcześni astronomowie: połączył się z kosmosem na poziomie biologicznym, czuje strach ginących gwiazd i fizycznie odczuwa obecność planet.

W tej niezwykłej powieści Dukaja zagadnienia naukowe (jak chociażby tzw. paradoks Einsteina-Rosena-Podolskiego), problematyka towarzysząca od zawsze literaturze science fiction (jak np. wpływ technologii na rozwój człowieka) splecione zostały z typowymi wątkami literatury obyczajowej - miłością, przyjaźnią, trudem dorastania i młodzieńczymi fascynacjami. 

W trakcie czytania Extensy mamy okazję zastanowić się nad kierunkiem rozwoju technologii, a co za tym idzie również ludzkości, jej ceny. W którym momencie można by mówić o końcu człowieczeństwa i jak mocno należy walczyć o zachowanie własnej kultury i odrębności. Niewątpliwą zaletą tej powieści jest fakt, że każdy czytelnik po jej przeczytaniu będzie mógł zadać sobie zupełnie inne, najbliższe jego sercu pytania. Extensie nie można w żaden sposób zarzucić braku głębi, nieprzemyślanego świata czy fabuły, ale przede wszystkim - kiepskiego wykonania. Język Dukaja jest bowiem równie precyzyjny co technologia przedstawionych przez niego obcych.

Extensa dostaje ode mnie 8/10 punktów. Myślę, że zdecydowanie jest to powieść, od której można rozpocząć swoją przygodę z Dukajem, choć może niekoniecznie z science-fiction.