Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść brytyjska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść brytyjska. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 14 lipca 2016

Bliźnięta z lodu / Tremayne S.K, 2015.

Od kiedy pracuję w bibliotece przeglądam dziesiątki książek dziennie i zapisuję sobie tytuły, które chętnie wypożyczę sobie na później i do których (najprawdopodobniej) nigdy więcej nie zajrzę ze względu na totalny brak czasu. Blog zaniedbałam prawie równie mocno jak relacje towarzyskie i szafę. 

Dość jednak tego! 

Dziś chcę Wam polecić książkę wydaną jeszcze w tamtym roku, która (nie wiedzieć czemu) przeszła jakoś bez echa. A przynajmniej ja ją jakoś przegapiłam. Nieco ponad dwa i pół tysiąca czytelników, jakich zyskała na portalu Lubimy Czytać jest zupełnie niesprawiedliwa w porównaniu chociażby z pięciokrotnie większą ilością czytelników Dziewczyny z pociągu, która mnie osobiście mocno rozczarowała. To, jak mało popularne są Bliźnięta z lodu jest niezwykle niesprawiedliwe: są bowiem idealną rozrywką na dwa, a może nawet trzy spokojne wieczory. Odradzam je jednak każdemu, kto ceni sobie zawrotną, przerażającą akcję. Sean Thomas, ukrywający się pod pseudonimem Tremayne S.K wprowadza nas bowiem w świat, w którym najbardziej przerażającymi są nasze własne, drobne grzeszki, nieszczerość i niedopowiedzenia. Codzienne drobiazgi, które w każdej chwili mogą doprowadzić do tragedii. Akcja przebiega powoli, od zdarzenia do zdarzenia, momentalnie wydaje się nawet bezcelowa. Można nawet odnieść wrażenie, że autor miał pomysł na sam początek i koniec opowieści, a później po prostu chce nas bezpiecznie doprowadzić do finiszu. Nie oznacza to jednak, że należy tę książkę wykreślić z listy swoich potencjalnych lektur. 

Sarah Moorcoft poznajemy, gdy przeprowadza się z mężem i córeczką na maleńką szkocką wysepkę. Ucieczka z Londynu do odziedziczonego po babci domku, ma być ratunkiem na ich problemy finansowe, ale przede wszystkim - rozpaczliwą próbą rozpoczęcia życia od nowa. Sarah, Angus i Kirstie są pogrążeni w żałobie. Doświadczyli olbrzymiej, niewyobrażalnej dla nikogo straty: małżeństwo straciło jedną z córek. Mała Kirstie jest jednak w jeszcze najgorszej sytuacji: straciła siostrę bliźniaczkę - Lydię. Dziewczynki były tak do siebie podobne, że nikt nie był w stanie ich odróżnić. W momencie, w którym osamotniona bliźniaczka oświadcza, że tak naprawdę jest Lydią, a rodzice popełnili po prostu przerażającą pomyłkę, zaczyna się prawdziwa opowieść. Prawda miesza się z fantazją, strach z urojeniami, podejrzenia z brakiem szczerości i niedopowiedzeniami, a tajemnice okazują się niezwykle niebezpieczne. Nawet najmniejsi członkowie rodziny mają bowiem swoje. 

Bliźnięta z lodu nie są zdecydowanie perłą literatury, ale zwykłą, nieco przewidywalną opowieścią, idealną do przeczytania przed snem lub w pociągu. Nie jestem specjalistką od thrillerów psychologicznych, ale ten wydaje się całkiem udany. Zdecydowanie jest to powieść, którą bardzo szybko i z przyjemnością się czyta i równie lekko się o niej zapomina. Czy jednak zawsze musimy czytać coś wartego zapamiętania? Bliźnięta dostają od Brudnopisa 6/10, głównie za lekkość pióra.

Dodaję zdjęcie, bo cóż może być ciekawszego i przyjemniejszego niż widok kwiatów i książek? Może ktoś się pokusi chociaż, aby skomentować moją brudną ścianę i pojawi się na tym blogu jakiś ruch :D


wtorek, 23 lutego 2016

Sherlock Holmes. Pies Baskervillów / Arthur Conan Doyle, 1902

Po ostatnim razie (moja poprzednia recenzja) nie zniechęciłam się do kryminałów jako gatunku. Postanowiłam jeszcze raz spróbować. Miałam nadzieję, że inny autor i inna historia dostarczą mi tego czego oczekuję i tym razem będę z przyjemnością przewracać kolejne strony. Sięgnęłam więc po Sherlocka Holmesa.

Autorem wszystkich książek o tym najsłynniejszym angielskim detektywie jest Arthur Conan Doyle. Był pisarzem, lekarzem, wolnomularzem, a także spirytystą. Miał dwie żony. Na podstawie jego dzieł nakręcono wiele filmów, które cieszą się dużą popularnością.

Sherlock Holmes, który zazwyczaj wstawał późno - poza wcale nierzadkimi okazjami, kiedy całą noc w ogóle nie kładł się spać - siedział teraz przy stole nakrytym do śniadania.

Akcja powieści rozpoczyna się w mieszkaniu Holmesa. Odwiedza go doktor Mortimer, który potrzebuje pomocy w rozwiązaniu problemu tajemniczego morderstwa. Jego dobry przyjaciel, Charles Baskerville, umarł dziwną śmiercią, której nikt nie potrafi wytłumaczyć. Oficjalna wersja to słabe serce, które przestało pracować. Niestety, wiele faktów nie jest wyjaśnionych, jak, na przykład, tajemnicze łapy psa w pobliżu miejsca zgonu. Dodatkowo, w rodzinie krąży historia o demonicznym psie, który jest powodem śmierci wielu jej członków. Spadkobierca Charlesa, Henry Baskerville, pomimo wiszącej nad nim klątwy udaje się do posiadłości na wrzosowiskach, którą odziedziczył. Towarzyszy mu doktor Watson, prawa ręka Holmesa, który ma za zadanie pilnowanie go i prowadzenie śledztwa.

Im dane wydarzenie jest bardziej dziwaczne i groteskowe, w tym większym stopniu zasługuje na dokładne zbadanie, a ten sam szczegół, który zdaje się komplikować sprawę, jeśli jest należycie rozważony i potraktowany, może wyjaśnić wszystkie niewiadome.

Po “Tragedii w trzech aktach” Sherlock Holmes był miłą odmianą. Pomimo tego, że widziałam kilka filmów o tym słynnym detektywie, nie wiedziałam tak naprawdę co mnie czeka, ale byłam pozytywnie zaskoczona. Najważniejszym plusem była tajemniczość całej powieści. Lubię fantastykę, horrory i rzeczy nadprzyrodzone, dlatego opowieść o demonicznym psie, który prześladuje ludzi okazała się czymś w moim guście. Od samego początku wiało grozą, więc czytało się z ciekawością. Przez całą powieść nie sposób było odgadnąć, kto stoi za całą zbrodnią i dopiero na końcu wszystko układało się w spójną całość. Akcja toczy się wartko i klarownie, dzięki czemu czyta się szybko i przyjemnie.

Pies Baskervillów”, pomimo że ma ponad wiek, jest napisany zrozumiałym językiem. Fabuła nie wije się i nie zmienia na każdej stronie, a całość prowadzi do spójnego, jasnego końca, który zaskakuje. Znaleźć można wiele dialogów, jak i opisy sytuacji, co od razu poprawia jakoś czytania.

Pies Baskervillów” otrzymuje 7/10. Dlaczego? Ponieważ nie jest to książka, która zapadła mi głęboko w pamięć, lecz czytało się ją dobrze i była interesująca, więc polecam ją wszystkim ciekawym oryginalnego Sherlocka Holmesa.


 

piątek, 12 lutego 2016

Tragedia w trzech aktach / Agatha Christie, 1934

Chyba każdy słyszał choć przelotnie o twórczości Agathy Christie. Ja sama spotykałam się z nią nie raz, a widząc, że wielu ludzi zachwycają jej książki, postanowiłam na własnej skórze sprawdzić cóż takiego się w nich kryje. Niestety, po przeczytaniu “Tragedii w trzech aktach” poczułam spore rozczarowanie.

Agatha Christie to jedna z najpoczytniejszych pisarek, autorka wielu kryminałów, które przetłumaczono na 45 języków i które sprzedają się w milionach egzemplarzy. Najbardziej znanymi postaciami, które występują w jej książkach, to panna Marple oraz Herkules Poirot. W przypadku “Tragedii w trzech aktach” to właśnie ten drugi pojawia się jako detektyw wyjaśniający morderstwo.

Ale od początku. Cała akcja zaczyna się podczas pewnego spotkania. Pięćdziesięcioletni aktor, sir Charles Cartwright, zaprasza paru przyjaciół, by wspólnie spędzić wieczór w jego posiadłości. Wszystko odbywa się spokojnie, kiedy nagle jeden z gości, pastor Babbington, zaczyna się dusić i po chwili umiera na oczach zebranych gości. Zbrodnia jest niezwykle tajemnicza, a z czasem pociąga za sobą kolejne morderstwa. Wiele osób jest podejrzanych, lecz nie sposób powiedzieć, kto tak naprawdę jest zabójcą. Sprawą interesuje się detektyw Herkules Poirot, który ostatecznie rozwiązuje zagadkę. Myślę, że gdyby ktoś w ten sposób opisałby mi tą książkę, byłabym zainteresowana. Niestety, jej treść jedynie brzmi ciekawie.

Po pierwsze “Tragedia w trzech aktach” nie wciąga praktycznie niczym, ani akcją, ani postaciami, ani ciekawymi opisami (których prawie nie ma). Niby są morderstwa, niby nie wiadomo kto tak naprawdę zabił, ale jest to opisane w sposób nieciekawy i miejscami nudny. Nie ma napięcia, które dodawałoby niezwykłego uroku.

Po drugie - dialogi. Są wszędzie, na każdej stronie, od góry do dołu. Jedynie gdzieniegdzie pomiędzy nimi pojawiają się jakieś krótkie opisy miejsc akcji. Z jednej strony dzięki temu książkę czyta się szybciej, jednak po pewnym czasie zaczyna irytować brak jakiejś dłuższej charakterystyki. Ciągłe dialogi powodują natłok informacji, w których czytelnik powoli zaczyna się gubić.

Po trzecie brak jest ciekawej akcji. Pomyśleć można, że jeśli jest to kryminał, jeśli głównym wątkiem są morderstwa, to i akcja będzie interesująca. Nic bardziej mylnego. Śledztwo toczy się wolno i zbyt prosto. Może mam za duże oczekiwania, jednak biorąc w ręce kryminał chciałabym czytać o tajemniczych postaciach, mrocznych miejscach i ciągłych zagadkach do rozwiązania. Wędrowanie od domu do domu i przepytywanie wszystkich świadków morderstw nie jest tym czego oczekiwałabym w po dobrej książce z tego gatunku.

Jakie są plusy? Zakończenie. Może “Tragedia w trzech aktach” nie powala treścią, ale zakończenie było moim zdaniem dobre. Byłam zaskoczona wynikiem śledztwa i choć przypuszczałam, kto jest mordercą, to na końcu zdziwiłam się ostatecznym rozwiązaniem zagadki oraz motywem zabójcy.


Tragedia w trzech aktach” otrzymuje ocenę 5/10, głównie ze względu na zakończenie. Nie zostanę fanką Agathy Christie i raczej nie sięgnę już po następną książkę. Wam jednak, jeśli jesteście zainteresowani, polecam osobiście ocenić jej twórczość.


 

niedziela, 17 stycznia 2016

Perswazje / Jane Austen, 1817


Do tej pory czytałam dwie powieści Jane Austen, mianowicie Duma i uprzedzenie oraz Opactwo Northanger. Były to książki pisane z humorem i zawsze kończące się szczęśliwie, dlatego i tym razem, sięgając po Perswazje miałam nadzieję na ciekawą historię.


Jane Austen to jedna z najpopularniejszych angielskich pisarek z XIX wieku. Jej powieści opisują głównie życie klasy wyższej. Są to romanse, w których bohaterki zmagają się głównie z rozterkami miłosnymi. Perswazje nie są w tym przypadku wyjątkiem.


Anna, o finezyjnym umyśle i miłym usposobieniu, cechach, które w oczach każdego rozsądnego człowieka musiały ją stawiać bardzo wysoko - była niczym dla ojca i siostry.


Główna bohaterka, Anna Elliot, to kobieta idealna, spokojna, miła i skora do pomocy. Wielu ludzi polega na niej, lecz nie jest doceniana przez najbliższych. Nie wpływa to jednak na jej usposobienie. Głównym wątkiem książki są jej rozterki miłosne. Wiele lat wcześniej, będąc pod wpływem bliskich, odrzuciła miłość niejakiego kapitana Fryderyka Wentwortha. Długo żałowała swojej decyzji, jednak wszystko się zmienia, gdy mężczyzna ponownie pojawia się w jej życiu.


Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy podczas lektury, to postać Anny. Jest tak niewinna, dobra i idealna, że aż irytuje. Czytanie o postaciach, które nie mają wad jest przygnębiające i denerwujące. W końcu ile można znosić lekceważenie, któremu poddawana jest bohaterka ze strony ojca i siostry, i nawet słowem nie poskarżyć się na swoją sytuację. Postać Anny jest, według mnie, nijaka, nie posiada żadnych charakterystycznych cech, w przeciwieństwie do otaczających ją bohaterów drugoplanowych, z których każdy jest inny.


Zaskoczeniem, natomiast, jest postać kapitana Wentwortha. Podobała mi się jego początkowa nieufna postawa, która z czasem malała. Potrafił zadziwić swoim zachowaniem w stosunku do Anny, które wraz z rozwijająca się historią powoli się zmieniało. Byłam mile zaskoczona kilkoma jego zachowaniami i szczerze mu kibicowałam, a jednocześnie rozumiałam jego niechęć, którą okazywał na początku.


Perswazje to ostatnia powieść autorstwa Jane Austen. Jedni uważają ją za wspaniały finał jej twórczości, ja jednak jestem zdania, że nie jest to książka, która podobna by była do jej poprzednich dzieł. Akcja toczy się nudnawo, z nielicznymi ciekawymi zwrotami. Niekiedy gubiłam się w fabule, nie ze względu na jej zawiłość, lecz z powodu pogmatwanego stylu pisania. Nie jest to jednak książka tak zła jak wydawało mi się z początku i w końcowych rozdziałach zdołałam się w nią wciągnąć.


Moja ocena to 6/10, a jeśli pragniecie zacząć przygodę z twórczością Jane Austen od Perswazji to serdecznie Wam to odradzam, ponieważ może was nieco zniechęcić.

poniedziałek, 27 lipca 2015

Księga cmentarna / Neil Gaiman, 2008

Książka, jak na dzisiejsze standardy już dość stara, ale swojego czasu niezwykle popularna - nazwisko autora min. Amerykańskich Bogów i poczytnych komiksów przyciąga wielu. Jak twierdzi ciocia Wikipedia, Gaiman ma powiązania z Polską (jego rodzina wywodzi się z polskich Żydów) oraz od dziecka miał wielki kontakt z fantazjowaniem (jego rodzice są wyznawcami kościoła scientologicznego - nic więcej nie trzeba tłumaczyć).  

W Dictionary of Literary Biography Gaiman jest wymieniony jako jeden z najwybitniejszych żyjących pisarzy fantasy, urban fantasy i science fiction. Poza pisarstwem, zajmuje się dziennikarstwem oraz tworzeniem scenariuszy filmowych i telewizyjnych. Jest autorem bestsellerowych powieści spod znaku grozy, fantasy oraz science fiction. Jest kilkunastokrotnym laureatem wyróżnień Hugo, Nebula, Bram Stoker Award.

I właśnie tego nie potrafię zrozumieć. Oczywiście, przyznam niechętnie, znam go tylko z Gwiezdnego Pyłu i Księgi Cmentarnej właśnie, obie wydają mi się tylko zwykłymi opowieściami dla dzieci. Tak, Drogi Czytelniku, nie daj się zwieść przerażającą okładką po lewej stronie - jedyną straszną rzeczą w tej książce jest fakt, że jej bohaterem jest dziecko. Zacznijmy jednak od początku.

Opowieść zaczynamy od tajemniczego mordercy, który nie może być w pełni usatysfakcjonowany ze swojego ostatniego zadania: miał zamordować czteroosobową rodzinę, a udało mu się wykonać zadanie jedynie w 3/4. Maluszek w pieluszce, jakimś przedziwnym sposobem uciekł z domu wprost na stary, dawno już nie używany cmentarz znajdujący się tuż przy jego domu. Czy maluszek zamarzł tam z zimna, niczym pozbawiona zapałek dziewczynka z innej bajki? Otóż nie, bowiem jego wychowaniem zajęły się dobre duchy oraz inni (mniej lub bardziej sympatyczni) mieszkańcy cmentarza. Oczywiście, podczas wielu przygód (które przytrafiły mu się w czasie bardzo szybkiego, bo niespełna trzystu stronicowego dorastania) Nik wciąż nie może zapomnieć o tajemniczym mordercy... z wzajemnością.

Noooo ja nie wiem... Księgę Cmentarną ledwie zmęczyłam, więc chyba jestem za głupia żeby ją docenić. Jako opowieść dla dzieci wydaje mi się dość fajna, jeśli będę mieć swoje będę je nią straszyła na dobranoc. Oczywiście, że porusza ważne zagadnienia (cóż może być ważniejsze od życia i śmierci), ale robi to na dziecięcym poziomie - nic dziwnego, że w USA jest lekturą dla klas VI. 

Brudnopis spodziewał się czegoś więcej po książce, za którą Gaiman dostał nagrodę Hugo. Ogólnie spodziewał się dużo więcej, skoro autor podobno jest taki super. A co dostał Brudnopis? Taką se opowiastkę, w dodatku naiwną trochę. Więc albo Brudnopis jest jakiś taki nieczuły (co bardzo prawdopodobne: patrz fragment o straszeniu dzieci), albo ta cała Księga Cmentarna przereklamowana. Od Brudnopisa, jedynie za ładny, baśniowy język 7/10. 

- To znaczy, zabijają się? - domyślił się Nik. Miał jakieś osiem lat, zachłannie chłonął wiedzę, często zadawał pytania i nie był głupi.
 - Owszem.
- I to się sprawdza? Po śmierci są szczęśliwsi?
Silas uśmiechnął się tak szeroko, że odsłonił kły.
- Czasami. Zazwyczaj nie. Zupełnie jak ludzie, którzy wierzą, że będę szczęśliwi, jeśli przeprowadzą się w jakieś inne miejsce, lecz przekonują się, że to tak nie działa. Gdziekolwiek się udasz, zabierasz tam siebie, jeśli rozumiesz, co mam na myśli.

piątek, 26 czerwca 2015

Lalki / James Carol, 2014

Brudnopis dręczony jest na przemian myślami o nadchodzącym egzaminie licencjackim (dzięki Bogu dotyczącym czytelnictwa, a więc tego co brudnopisy lubią najbardziej) i przegryzaniem się przez publikacje dotyczące opętań, diabła i egzorcyzmów (ambitne, wakacyjne plany napisania powieści). Nikogo nie powinien zatem dziwić fakt, że do zrecenzowania w tym tygodniu wybrał lekturę łatwą, prostą i przyjemną. Cóż bowiem może być łatwiejsze i prostsze od kolejnej kryminalnej historyjki? Starcie psychopaty z nieustraszonym geniuszem jest tematem, który autorom nigdy się nie nudzi. Lalki to idealna literatura wagonowo-plażowo-rekreacyjna.

Na stronie Empiku możemy przeczytać:
"James Carol urodził się w Szkocji w 1969 roku. Obecnie mieszka w Anglii. Pracował jako gitarzysta, inżynier dźwięku, dziennikarz oraz instruktor jazdy konnej. Jest twórcą postaci Jeffersona Wintera - ekscentrycznego geniusza, byłego współpracownika FBI, który przemierza świat, tropiąc groźnych przestępców. Wydana w styczniu 2014 roku książka "Lalki" bardzo szybko zyskała zainteresowanie krytyków oraz fanów powieści kryminalnych, stając się bestsellerem. Przetłumaczono ją na kilka języków". 

Cóż na to Brudnopis? A no tylko tyle, że Lalki czyta się lekko, przyjemnie i z pobłażliwym uśmieszkiem. Nie możemy pozbyć się wrażenia, że takich historii znamy już mnóstwo – ekscentryczni geniusze, piękne policjantki, parszywy i przebiegły psychopata, ponętne pokrzywdzone kobiety. Jedyne czym wyróżnia się książka, to dość ciekawy sposób, w jaki sprawca traktuje swoje ofiary. I że nie do końca sam jest wszystkiemu winien...

Winter, pochodzący z dość nieciekawej rodziny facet z doświadczeniem w ściganiu psychopatów (jakżeby inaczej, najlepszy profiler na świecie) przyjeżdża do Anglii aby pomóc dawnemu znajomemu w schwytaniu zwyrodniałego przestępcy. Nie da się ukryć, zarozumiały i nieco snobistyczny główny bohater w żaden sposób nie wzbudził mojej sympatii. Krążące wokół niego postacie również nie. Nawet psychopatyczny morderca nie poruszył we mnie absolutnie żadnej struny, choć zazwyczaj to właśnie czarne charaktery budzą zachwyt czytelników. Winter krąży po mieście, stosując pozornie wyszukane metody dedukcji, daleko mu jednak do Szerlocka Holmesa.  W tym samym czasie mamy okazję śledzić historię ostatniej z ofiar czarnego charakteru, przetrzymywanej w piwnicy i torturowanej w mało odkrywczy sposób. 

Cóż więcej można powiedzieć o kryminale, aby nie wkradł nam się w recenzję niechciany spoiler? Może tylko tyle, że Brudnopis nigdy nie był wielbicielem kryminałów, a ten uważa za jeden z najmniej udanych jaki miał okazję przeczytać. Jeśli więc mielibyście wydać na tę pozycję ponad trzydzieści polskich złotych, lepiej zainwestować w coś dostarczającego bardziej wyszukanej rozrywki... chociażby Porzeczkową Soplicę. Jeśli jednak spotkacie Lalki w promocyjnej cenie w jakimś dworcowym kiosku, możecie zabrać je ze sobą w wakacyjną podróż, a na pewno was nie przemęczą. Ocenione zostały na 5/10 punktów. 

poniedziałek, 23 lutego 2015

Lód / Anna Kavan, 2007

Powszechnie wiadomo, że wielu artystów jest uzależnionych od środków odurzających. W zasadzie to również moje wyjście alternatywne, jeżeli nikt nie będzie chciał mnie wydać. Torebeczki z białym proszkiem zamienią moje przemyślenia w psychodeliczne przemyślenia, a wtedy sukces gwarantowany. Niestety na razie mnie nie stać, będę zbierać pozostałości używek w apartamentach polskich celebrytów. Anna Kavan, właściwie Helen Emily Woods przez ponad trzydzieści lat była uzależniona od heroiny i wielokrotnie próbowała popełnić samobójstwo. Na okładce czytamy, że jest spadkobierczynią De Quinceya i siostrą Franza Kafki. Została okrzyknięta jednym z najbardziej oryginalnych i najciekawszych pisarzy XX wieku. Powieść Lód została wydana 1967 roku, na język polski przetłumaczona w 2007 i jest to jedyna z kilkunastu powieści Kavan, która została wydana w Polsce.

Bliżej nieokreślona przyszłość, bezimienni bohaterowie, miasta bez nazw – Kavan nie podaje żadnych konkretów. Na Ziemi panuje wszechogarniające zimno, następuje zlodowacenie planety i nie ma możliwości ucieczki. Władze manipulują informacjami i nie podają rozmiaru zagrożenia jakie niesie ze sobą nienaturalne zimno. Główny bohater podąża za kobietą, którą jest zafascynowany, do tego stopnia, że naraża swoje życie. Dziewczyna opisywana jest jako eteryczna, bezbronna i wychudzona. 

Kiedy jedliśmy, zerkałem na nią, na włosy błyszczące srebrem, bladą, prawie przezroczystą skórę, wystające, kruche kości nadgarstków.

Gdy trafia na jej trop dowiaduję się, że jest przetrzymywana przez namiestnika tego państwa. Od tej chwili za wszelką cenę próbuje być jak najbliżej niej. Okłamuje rządzącego i podaje się za historyka, by uzyskać możliwość pozostania w państwie. Namiestnik ma jednak inne plany, jest równie mocno urzeczony kobietą. 

Mężczyzna zadawał dziewczynie coraz większy ból, zmusił , aby na niego spojrzała. Aby jeszcze bardziej ją pognębić, zatopił w jej szeroko otwartych oczach swoje aroganckie, lodowobłękitne spojrzenie. [...] Pochylił się, uklęknął na łóżku i popchnął dziewczynę, kładąc ręce na jej ramionach. Poddała mu się; ciało zdobyło się na ruchy naśladujące rytm mężczyzny. 

Czytając Lód zastanawiałam się co i ile trzeba brać, żeby napisać coś takiego. Fabuła jest bardzo skomplikowana – wizje głównego bohatera przeplatają się z wydarzeniami i niektóre fragmenty trzeba czytać dwa razy. Choć ten drugi raz też nie gwarantuje, że zrozumiemy o co chodzi. Świat opisywany przez Kavan jest anonimowy, pozbawiony sensu, a przede wszystkim oniryczny. Z jednej strony jest piękny, cichy i pokryty krystalicznym lodem (mam słabość do wszelkich zimnych krain), a za chwilę staje się miejscem z najmroczniejszego koszmaru.

Moje okno wychodziło na pustą, pogrążoną w bezruchu przestrzeń. W pobliżu nie było widać żadnych domów, tylko resztki muru, blady pas śniegu, fiord, las jodłowy i góry. Żadnych kolorów, jedynie monotonne odcienie szarości: od czerni do całkowicie martwej bieli śniegu. Martwa woda zastygła w śmiertelnej ciszy i tylko szeregi czarnych drzew napierały zewsząd, jednako ponure.

Równie dziwne są relacje miedzy kobietą a zafascynowanymi nią mężczyznami. Ich fascynacja jest na tyle silna, że przeobraża się w obsesje i ma negatywne skutki. Dziewczyna na samym początku wzbudza w nich ojcowskie uczucia, chcą się nią opiekować i chronić przed nadchodzącym kataklizmem. Uległość i kruchość dziewczyny z czasem wywołuję u nich chęć znęcania się fizycznego i psychicznego. Gwałty, poniżanie i zamykanie w pokoju doprowadza do tego, że dziewczyna stale ucieka i trafia w ręce następnego oprawcy. 

Książka jest po prostu dziwna, momentami intrygująca, mocno psychodeliczna. Nie ma się co dziwić, autorka przez większość życia była na haju. Porównanie Kavan do Kafki jest jednak mocno naciągane, fani Procesu będą rozczarowani. Do tego wszystkiego mamy fatalną okładkę, która w ogóle nie wpisuję się klimat książki. Książka kosztowała dwa złote (kosze z książkami w hipermarketach to raj dla moli książkowych), więc dużo nie straciłam. I nie zyskałam zbyt wiele, oprócz przyjemności z czytania opisów wiecznej zmarzliny.

niedziela, 9 listopada 2014

Błękitny Księżyc / Simon R. Green, 2009


Gdybym musiała określić tę książkę jednym słowem, nazwałabym ją niefrasobliwą. Gdybym musiała określić dwoma słowami, użyłabym sformuowania opowieść familijna. Gdybym musiała zastanowić się naprawdę mocno, czy ją polecić... cóż... na pewno nie jest to mistrzostwo fantasy, ale kto by się tego czepiał, gdy na zewnątrz szaleje jesień, a ja siedzę oparta plecami o kaloryfer i popijam gorącą herbatę? Tak się składa, że niczego nie muszę, a Błękitny Księżyc z całą pewnością nie należy do lektur obowiązkowych.
Młodszy syn króla to, nie da się ukryć, kłopot. Niebezpiecznie jest go trzymać w zamku, nie wypada też po prostu wyrzucić. A on na dodatek zamiast zginąć na jednej z wielu niebezpiecznych misji, wraca do królestwa jak jakiś cholerny bumerang! Pozyskując przy tym naprawdę niebezpiecznych i przydatnych przyjaciół, tworząc kontrast z następcą tronu, który jest, cóż... zimnym draniem i bawidamkiem.
Książę Rupert chciałby żeby po prostu dano mu spokój, polityka prześladuje go jednak na każdym kroku. Ojciec każe jechać zgładzić smoka, przebyć okropny Czarnobór, w którym żyją demony, a na dodatek okazuje się, że smoka trzeba ratować. Przed księżniczką. I przed śmiercią z nudów. Potem okazje się, że magiczną krainę nęka tak wiele tragicznych wydarzeń, że jasne staje się jedno – powrócił Książę Demonów. Radź sobie, bohaterze! Rusz ratować świat na swoim gderliwym i tchórzliwym jednorożcu.
W angielskojęzycznej Wikipedii można przeczytać, że Błękitny Księżyc był pierwszym bestsellerem Greena i pierwszą z cyklu książek dziejących się w tym uniwersum, jednakże w Polsce nie przyjął się aż tak ciepło, a kontynuacji ni widu ni słychu. I choć Green jest bardzo płodnym autorem, w Polsce próżno szukać tłumaczeń większości jego utworów. Ja swoje egzemplarze znalazłam w koszu po 10 zł w jednym z marketów i nie żałuję wydanych pieniędzy. Trudno zrozumieć, dlaczego Polacy tak chłodno przyjmują zabawne opowieści fantasy – czyżbyśmy nie lubili się śmiać? Nie jest to może opowieść na miarę Tolkiena, ale przecież nie zawsze mamy ochotę wysilać mózg. Zwłaszcza po bardzo długim, pracowitym dniu, Green z powodzeniem może opowiedzieć nam sympatyczną bajkę na dobranoc. Tą samą refleksję miałam widząc, jak mało popularny wśród internautów okazał się być Arcymag Rudazowa, przy którym bawiłam się świetnie.
Green stworzył opowiastkę, której wszyscy bohaterowie – nawet ci źli – mogliby spokojnie zanucić zielono mi. Przywodzi to na myśl cykl ze Świata Dysku, gdzie nawet Śmierć jest sympatyczny. Niestety, Błękitny Księżyc nie jest nawet w jednym procencie tak ciekawy i nie mógłby robić nawet za marny substytut twórczości Pratchetta. Chodzi mi głównie o sposób konstruowania postaci, które są, hm. Sympatyczne. Ponad 700 stron powieści (w Polsce podzielonej na II części) czyta się przyjemnie, z nieodłącznym uśmieszkiem na ustach. Jest jeszcze jedna, wspólna cecha: książki są absolutnie dozwolone dla wszystkich czytelników, którzy potrafią już składać literki. Jeśli kupisz Księżyc nie musisz się obawiać, że Twoja malutka siostra przeczyta w nim coś, czego nie powinna. Owszem, Green puszcza do nas zabawne, erotyczne oczko od czasu do czasu, są to jednak tak subtelne aluzje że żaden dzieciak się nie zorientuje. Tak więc jeśli szukasz książki, którą będziesz mógł czytać młodszemu bratu i przy tym świetnie się bawić, jest to pozycja dla Ciebie. Jeśli szukasz prezentu dla jakiegoś nastolatka, chcąc mu uświadomić moc przyjaźni i lojalności (a Harrego Pottera już ma), podaruj mu Błękitny Księżyc.
Ktoś ginie, kogoś rozszarpują demony, ale nie są specjalnie bardziej przerażające od Muminków. Dla mnie to opowieść na 5/10 punktów. Książka, którą czyta się z przyjemnością, by następnego dnia nie pamiętać imion głównych bohaterów.
A! Warto ją przeczytać dla samego jednorożca!

Ogólnie rzecz biorąc, czuł się mało heroicznie.
- Wyjdź, szkaradna potworo! Ja, książę Rupert z Leśnego Królestwa, przybyłem, by zakończyć twój marny żywot! Stawaj i walcz! 
Przez chwilę nic się nie działo, aż wreszcie z głębi pieczary wydobył się głos.
- Słucham?

niedziela, 12 października 2014

Oczyszczenie/ Andrew Miller/ 2014

Nie wiem od czego zacząć, tak bardzo jestem rozczarowana. Napis na okładce informuje: Nagroda Costa dla książki roku! Do tego dwustronicowy wywiad z Millerem w Newsweek’u, bardzo pozytywne recenzje, zewsząd spływa zachwycenie. Tylko ja taka sceptyczna. Trudno, nie każdemu musi się podobać, ale aż mi się łezka kręci w oku – takie oczekiwanie na listonosza, taka piękna okładka, taki pachnący papier, a tekst pozostawia tak wiele do życzenia.

Ostanie lata XVIII wieku w Paryżu. W Paryżu śmierdzącym, brudnym i zawszonym - jeżeli ktoś chce sięgnąć po książkę ze względu na urokliwe miejsce akcji odradzam, to miasto nie od zawsze było stolicą mody. Nasz bohater Jean – Baptiste Baratte jest inżynierem, który dostaje zlecenie od ministra. Zadanie nie jest przyjemne, ma on bowiem zlikwidować cmentarz Niewiniątek i przyległy do niego kościół. Od kilku stuleci chowano na tym terenie setki tysięcy osób – bez planu i nie patrząc na brak miejsca. Został definitywnie zamknięty w 1785 roku, ale ziemia przepełniona trupami zatruwała wodę, a wyziewy mieszkańców. Nie wspominającym o strasznym odorze, wyczuwalnym już na kilka kilometrów. Mężczyzna nie może zrezygnować z zdania, po wykonaniu takiej pracy może zdobyć sławę na salonach i dostawać więcej zleceń. Praca jak praca prawda?

Cytując Newsweeka „zaczyna się jak solidny gotycki horror” – niestety do horroru mu daleko, do kryminału zresztą też. Miałam duży problem z umiejscowieniem tej powieści w jakimkolwiek gatunku. Nie mogę odmówić Millerowi dobrego stylu, czyta się szybko i z lekkością. Zaryzykowałabym nawet, że momentami nie pasuje do świata przedstawionego – zbyt finezyjny. A wozy pełne ludzkich kości nie są zbyt finezyjne. Obraz la Paris, jego uliczek, domów i mieszkańców jest tylko ramowy. Czytając czułam jakbym miała opaskę na oczach, a jednym moim zmyłem był dotyk - nie budzi wyobraźni do życia. Dla mnie jest to największy minus.

Autor wybrał sobie ciekawy temat na powieść. Cmentarz Niewiniątek istniał naprawdę pochowano na nim blisko dwa miliony osób. Wyobrażacie sobie więc, jak to musiało wyglądać na skrawku ziemi zabudowanej ze wszystkich stron murem. Cmentarz oprócz poszerzania w głąb, poszerzano w górę - stawiano grobowiec na grobowcu, w końcu wystawały nawet za betonowe ogrodzenie. Tylko przez zainteresowanie tą nekropolią przeczyłam Oczyszczenie do końca. Bohaterowie nijacy, do żadnego nie zapałałam sympatią – nie pamiętam nawet imion i to nie z powodu choroby Alzheimera. Książka miała być refleksyjna, zachęcająca do chwili wytchnienia i przemyśleń nad przemijaniem. Zamiast tego mamy dużo koniaku, innego rodzaju samogonów i kobiet lekkich obyczajów.

Oczyszczenie to przerost formy nad treścią. Sam autor odpowiada w wywiadzie na pytanie o kryzys czytelnictwa w taki sposób: „A mówiąc poważnie, dobra literatura nie ma się czego obawiać. Solidna 300-stronicowa powieść jest w czasach Twittera nadal potrzebna”. Cóż, wolę powieść o połowę  krótszą a wnosząca więcej do mojego życia – wybitną, o której trudno zapomnieć niż przeciętną i małostkową. Największym oburzenie wywołał u mnie tekst promujący powieść: „Jeśli podobało się Wam Pachnidło Patricka Suskinda ta książka Was zachwyci”. Wyprowadzam z błędu, ta książka mogła co najwyżej leżeć obok Pachnidła na półce w księgarni.